- Kloss miał zginąć w szóstym odcinku. - Nie przywiązywałem do tego żadnej wagi - wspomina Zbigniew Safjan* - moją ambicją było pisanie prozy politycznej.

Spółka "Andrzej Zbych" utworzona przez Andrzeja Szypulskiego i Zbigniewa Safjana przypadkowo narodziła się w roku 1965. Firmowała takie słynne seriale jak "Stawka większa niż życie", "Życie na gorąco" czy "Najważniejszy dzień z życia". Ze sławną "Uszczelką". Do tego rozdziału swej kariery pisarz ma dziś przekorny komentarz: - Od 200 lat istnieje w Polsce twarda zasada przeniesiona jeszcze z polityki rosyjskiej. Chodzi o wycinanie w Prywislańskim Kraju wszystkiego, co autentyczne, nie wymyślone przez władzę. Jeśli w żaden sposób nie można tego zlikwidować, trzeba uczynić to popieranym przez rządzących. "Stawka większa niż życie" cieszyła się autentyczną popularnością. Była taka pani Illa Genachow, ona stworzyła w telewizji "Kobrę". Zwróciła się do nas, żebyśmy wymyślili coś dla jej teatru z czasów wojny. Dała nam wzór fabuły - jakąś rosyjską książkę szpiegowską. Po lekturze doszliśmy do wniosku, że to bzdura. I sami zmajstrowaliśmy pierwsze sześć historyjek o Hansie Klossie - nazwisko to widniało w książce   telefonicznej. Na tym miał być koniec. Chcieliśmy wrócić do swojej roboty - pisania rzeczy poważniejszych.

Więcej…

 

 W gabinecie Gregory'ego Gerisa z Minnesoty, szefa Milenium (firma zajmuje się okablowaniem telefonicznym), ulokowanym na 39. piętrze biurowca Daewoo, plastikowa ryba rozchyla pysk i śpiewa "Don't worry, be happy". Bo to ma być przestrzeń przyjazna, nawet dla wezwanego na dywanik.

Hasła wiszą nie tylko w gabinecie szefa, również w korytarzu, w sali konferencyjnej. W dyrekcji McDonalda skromne dwujęzyczne: "Uśmiechnij się". W Daewoo: "Marzenia zmieniają świat". Gdzie indziej jak wystrzał z karabinu: "Jeden zespół, jeden cel". Może też być hymn do melodii "We are the champions" z polskimi słowami: "Byliśmy pierwsi, jesteśmy pierwsi, będziemy jedyni".

Więcej…

 

- Kto? - dobiega zza drzwi trwożliwe wypowiedziane pytanie, choć pukam w biały dzień. Szepty, szuranie kapci, miauczenie kota. Tłumaczę po polsku, po rosyjsku, że jestem dziennikarką z Warszawy, chcę napisać o dziejach tego domu. Znów świszczący szept: - Jula, nie atkrywaj! Wreszcie szczęk zasuwy. Jestem na korytarzu przedwojennego domu we Lwowie przy wyboistej uliczce Ostrogskich, dawniej Paulinów. Kiedyś ta nieruchomość była własnością rodziny polskiej.

Kobieta, która przekręciła klucz w zamku, nazywa się Julia Simonowicz. Mieszka z krewną na parterze, a właściwiej byłoby napisać - w suterenie. Prowadzi mnie do kuchni, bo choć na dworze szron, ona oszczędza opał na prawdziwe mrozy. Gdy upewnia się, że jestem z Polski, z parapetu, który służy jej za lodówkę, wyjmuje okrawek zjełczałego masła, kładzie na to plasterek cebuli, otwiera słoik z miodem. Sama nie będzie jadła, mówi, że nie jest głodna.

Więcej…

 
Nikt się nie uśmiecha. Rysy chłopów są stężałe; mężczyźni jakby się dusili w odświętnych koszulach zapiętych na ostatni guzik. Nie wiedzą, co zrobić z rękami. Więc kładą je - ciężkie, z zadziorami koło paznokci - na kolanach. I patrzą z napięciem prosto w czarną skrzynkę, zza której za sekundę rozpryśnie bijące po oczach ostre światło lampy.

W przedwojennym ubogim Michniowie nie znano rodzinnych albumów. Fotografie robiło się tylko z ważnych okazji, głównie urzędowych. Fanaberią było pamiątkowe zdjęcie rodziny z okazji np. złotych godów rodziców. Na taki luksus zdecydowali się Miernikowie - może dlatego, że on był sołtysem. Pojechali furmanką do Suchedniowa, wszyscy wystrojeni, wypucowani. Rodzice dziadkowie, dzieci i wnuki. Fotograf długo ich ustawiał, aby wypadli szacownie. Zdjęcie wyszło dobre, bo upozowane, dlatego wyniósł klisze na strych.

Więcej…

 
Więcej artykułów…