Pradziadek Wojciecha Byrcyna – Kasper, umarł na Polanie Kasprowej, która należała do niego jako jedna szósta z jednej siódmej całej powierzchni. - Kiedy już beł stary i cuł swojom śmierzć - opowiada o Wojciechu Byrcynie jego praprawnuk - lignąl se na skale i usnon na wielki. A coby mu było bliżej ku wodzie, kie wstanie, to go w źlebiku pochowano. W Zaduszki idymy tam ze świeczką.

Dziadek Wojciecha, Stanisław Gąsienica Byrcyn był ratownikiem. A właściwiej byłoby powiedzieć: twórcą ratownictwa w Tatrach. W 1914 roku wziął udział w głośnej wyprawie po Marię Bandrowską, która wybrała się w góry z koleżanką i bratem. Zabłądzili i tkwili w ścianie Granatów. Czwartego dnia chłopak z koleżanką samobójczo rzucili się na położone sto metrów niżej piargi. Bandrowska była o krok od takiej desperacji. Wieczorem stanęła na skalnej półce i, wykonując wahadłowe ruchy, chciała runąć w przepaść... W tym momencie, znad Zmarzłego Stawu zobaczył ją Byrcyn. Usłyszała: „Czekać spokojnie, idziemy”. Do dziś tak właśnie brzmi niosący wybawienie komunikat goprowców.

Więcej…

 

 

 Irena Różewska przyszła na Starówkę ubrana tak, jak wtedy nosiły się dwudziestolatki: góra pod Sagankę - z owalnym, dużym dekoltem, dół pod Bardotkę - spódnica krótka, szeroka, na falbaniastej halce, całość ściągnięta w talii szerokim, gumowym paskiem. Na nogach czółenka z ostrą szpilką. Podeszła do czegoś, co stało pośrodku Rynku i wyglądało jak latarnia morska. W miniaturze. Była to kabina kierownika robót, inż. Mieczysława Strzeleckiego. Przedstawiła się: studentka ASP, chce pracować społecznie przy odbudowie Starówki. - W takim razie do domu, przebrać się - usłyszała przez szybę.

Więcej…

 
Rok 1981. Wieczorem, w Święto Zmarłych, wielu z nas opuściło na kilka godzin rodzinę, nawet tę, która zjechała z daleka, i jeszcze raz udaliśmy się na cmentarz. W bardzo praktycznym celu: aby pozbierać roztopioną stearynę. Za rok będzie jak znalazł - ponownie przetopiona, wlana do musztardówek z usztywnioną sznurówką w środku. Nikt z nas nie łudził się, że prawdziwe znicze pojawią się w sklepie. Ale to wieczorem. Wcześniej był obiad - może nawet rosół z kurzych szkieletów, na drugie sztuka mięsa, której żylastość można było ukryć pod sosem chrzanowym. Cieszyliśmy się ze spotkania, bo takie odwiedziny były coraz rzadsze - głównie z braku benzyny do naszych „maluchów”. Jazdy pociągami raczej unikaliśmy. Od czerwca zawieszono 28 linii dalekobieżnych i 116 miejscowych. Z radości, że mamy bliskich przy sobie, wyciągnęliśmy schowany przed domownikami wyrób czekoladopodobny. I bardzo pilnowaliśmy się, aby nie dać po łapie wujowi, który korzystając z tego, że właśnie planowo wyłączono światło, sięgał już po drugą kostkę.

Więcej…

 
1981, początek grudnia .Warszawa tonie w śniegu i błocie. Nie ma części zamiennych do pługów, ani paliwa. Na ulicach nic nie zapowiada świąt Bożego Narodzenia - jest brudno, ciemno, a ponure witryny sklepowe ledwo podświetla zazwyczaj jedna żarówka. Mimo to nasze dzieci pamiętają o świętym Mikołaju i wyczekują na prezenty. Nie chcemy odbierać im tej przyjemności. Co kupić, żeby wytrzymał rodzinny budżet i nie za bardzo uchodzić nóg? W sklepach gołe półki, jeśli coś się na chwilę pokazuje, np. dresy, można nabyć tylko jedną sztukę, bez prawa wyboru rozmiaru. Dopiero przed sklepem klienci dogadują się, kto jaki potrzebuje. Na bazarze bardzo drogo. Kusi Pewex z cinkciarzami przed wejściem, ale to nie jest właściwy adres dla przeciętnej rodziny.

Dlatego skończyło się na szaroburych klockach o prowokującej nazwie "Nasze lego" produkcji inwalidzkiej spółdzielni w Częstochowie i podrabianych dżinsach. My cieszyliśmy się mydełkiem Fa i kremem do golenia Polleny. Zarówno przedszkolaka, który chciał prawdziwe lego, jak i nastolatka marzącego o prawdziwych "wranglerach" pocieszaliśmy, że będą jeszcze prezenty pod choinkę.

Więcej…

 
Więcej artykułów…