Przed gmachem opery we Lwowie tłum. Przeważają siwe głowy i niemodne, choć odświętne ubrania. Ktoś komuś rzuca się w ramiona, wszędzie słychać polską mowę. Afisz na gmachu opery tłumaczy wszystko: trwają Dni Kultury Polskiej na Ukrainie. Za kilka minut wystąpią zespoły amatorskie ze Lwowa, Sambora, Drohobycza, Stryja i innych miejscowości. Piękne głosy, dobrze ustawione. Trudno będzie się powstrzymać od ukradkowego ocierania łez, gdy chłopięcy chór zaśpiewa na dwa głosy refren pieśni do matki: „Tobie winienem miłość, a ojczyźnie życie”.

Prawie wszyscy występujący zaprezentują się w tym tonie: „Być Ojczyźnie wiernym, a kochance stałym/ (...) a gdy przyjdzie zginąć w ojczystej potrzebie/ nie rozpaczaj dziewczę, zobaczym się w niebie”.

Więcej…

 
Gdy go wieszali, mógł jeszcze spojrzeć na ośnieżony krzyż Giewontu.

Od jesieni 1944 r. Wacław Krzeptowski, lider Goralenvolku na Podhalu, ukrywał się w kolibie nad Przełęczą Iwaniacką. Jego tropami szli partyzanci akowscy, radzieccy i gestapo. Skończyła mu się waluta - egipskie papierosy, którymi w czasie okupacji handlował swym sklepie w Zakopanem. Na koniec zgubił go trzaskający mróz - chciał się ogrzać w swej gazdówce na zakopiańskich Krzeptówkach.

Więcej…

 
Staruszka chwyta stary fotel za poręcze. Wyciąga go z klatki kamienicy na podwórze. - Pomogę pani - mówię. - Nie - odpowiada - muszę coś robić.

Jednak próbuję jej pomóc. Kobieta nie puszcza fotela. - Jak go nie przeniosę - tłumaczy - znaczy, że nie nadaję się do życia. Ustępuję. Weronika Korec ustawia fotel po słonecznej stronie podwórza. Jest niedziela. Będzie odpoczywać i zagadywać do każdego przechodzącego sąsiada.

- Muszę mamy pilnować - mówi jej córka. - Rąbie drzewo, nosi węgiel, przyciąga suche gałęzie. Ma 102 lata. Powinna już odpoczywać.

Matka i córka są wdowami. Mieszkają w Pułtusku. - Kiedy nareszcie mi w życiu dobrze, trzeba uciekać na tamten świat - mówi Korcowa z uśmiechem.

- A kiedy było źle? - pytam.

Więcej…

 
- Ja, ja opowiem - prosi pięcioletni Karolek, gdy pytam jego matkę, Irenę Pruszyńską, jak doszło do tego strasznego wypadku.

- Bawiłem się - chłopczyk z przejęcia aż zachłystuje się powietrzem - w chowanego i znalazłem takie fajne schowanie... A dalej już nie pamiętam - buzia układa się w podkówkę.

Dalej opowie matka, choć nie bardzo ma na to siłę. Od rana nie może przełknąć nawet łyka herbaty. Jest poniedziałek, 12 lipca. Podkrążone oczy Pruszyńskiej biegną za ordynatorem Jerzym Jabłeckim, ilekroć docent zajrzy do pokoiku, gdzie leży Karolek. Kobieta jest zaniepokojona, bo lekarz od rana raz po raz pochyla się nad jej synkiem, każe zrobić transfuzję. Już nie ma w głosie ordynatora tej radości, którą słychać było nazajutrz po operacji, gdy głośno chwalił ciepłe paluszki przyszytej stopy Karolka. Dziś po wyjściu chirurga matka chłopca włożyła rękę pod kołdrę, delikatnie dotknęła prawej nóżki. Nie poczuła tego promieniejącego ciepła, co wczoraj. A już myślała, że najgorsze za nią.

Więcej…

 
Więcej artykułów…