- Będę wieczorem, szkoda, że Paweł nie ma czasu - powiedział dr Wacław Januszewicz* do żony w niedzielę o piątej rano. Był już gotowy do drogi. Z podwarszawskiego miasteczka, w którym mieszkali, do wsi na Mazurach gdzie często spędzał z wędką weekendy, było około stu kilometrów. Nie zatrzymywała go, choć wolała, gdy na ryby wybierał się z przyjacielem.

Mąż miał upatrzone miejsce na łowienie - małe jezioro, z dala od głównej turystycznej trasy. Mógł tam napawać się kojącą ciszą, gdy godzinami sam jeden tkwił w plastikowej łódce. Wraz z cichym pluskiem fal odpływały problemy, z którymi codziennie musiał się zmierzyć, gdy brał do ręki skalpel. Dr Wacław Januszewicz miał opinię lekarza, który walczył o cudze życie do końca. Rodziny ciężko chorych uważały go za cudotwórcę. Zasłużona sława napędzała pacjentów; zdarzało się, że w czasie jednego dyżuru przeprowadzał aż trzy operacje, po których dosłownie słaniał się na nogach. Wyjazd w weekend na ryby to było ładowanie „akumulatorów” na cały tydzień.

Więcej…

 

Zygmunt B. patrzy z ławy oskarżonych na sędziego współczującym wzrokiem, jakby chciał zapytać: „W czym mogę pomóc?”. Gdy podchodzi bliżej, aby zapoznać się z fragmentem akt, jego krok jest dostojny, głowa dumnie uniesiona. Prawie każdej jego wypowiedzi towarzyszy otwarty, przyjazny ruch ręki.

Oskarżony, z zawodu technik budowlany, lat 54, przedstawiał się chorym jako profesor, kierujący zespołem naukowców specjalistów od nowatorskich metod zwalczania komórek rakowych. Miał gabinety w podwarszawskich Włochach i na Ursynowie, a swój rzekomy lek o nazwach antyra i derax (jak wyjaśnił w sądzie, różniły się tylko gęstością), produkował w wynajętych garażach i piwnicach.

Więcej…

 

Bartłomieja Wyszlaka* obudził dzwonek u furtki jego rodzinnego domu w Węgrowie. Było parę minut po godzinie szóstej, ostatni dzień września 2004 roku. Dopiero świtało. 25-letni jeszcze zaspany Bartek wyjrzał na podwórko przez szparę w okiennej rolecie; zobaczył przy parkanie trzech nieoczekiwanych gości. W szarówce dnia błyszczały żółte litery POLICJA na odblaskowych kamizelkach dwóch funkcjonariuszy. Trzeci mężczyzna miał cywilne ubranie.

- Tata! - krzyknął do ojca - jacyś mundurowi. Mam ich wpuścić?

- Poczekaj, tylko się ubiorę, wyjdę do nich.

Więcej…

 

Kolejarz Zbigniew W. czekał, aż się zagotuje w czajniku woda na herbatę. Jego kuchenne okno wychodziło na oficynę, w której wynajmował kawalerkę młody mężczyzna. Ostatnio trochę popili, poznał nazwisko sąsiada - Artur Z. Szybko przeszli na ty, umówili się, że Artur pomoże mu położyć tapety. Uczynny był z niego chłopak. Ale nawet po dużej wódce kolejarz nigdy nie pytał, z czego właściwie żyje, skoro nie wstaje rano do roboty. To nie była jego sprawa. Może matka mu pomaga? Podobno wyjechała za robotą do Anglii.

Więcej…

 
Więcej artykułów…