Michał J. chciał być dziennikarzem. Cel wydawał się na wyciągnięcie ręki. Skończył politologię, z rodzinnego Wołomina do Warszawy, gdzie wszelkiego rodzaju redakcji w bród, niecała godzina jazdy kolejką.

A jednak nigdzie nie czekano na niego z etatem. Może by się zaczepił, gdyby obniżył wymagania, zgodził na terminowanie w dziale miejskim, albo kontaktu z czytelnikami i z tego poziomu powoli piął się w górę... Ale jego rozsadzała ambicja, chciał od razu zostać reporterem śledczym. Miał swego mistrza w tym fachu - redaktora P. ze stołecznego dziennika, który dotarł do mafii pruszkowskiej, zrobił wywiad ze słynnym gangsterem (ksywa „Masa”), a później świadkiem koronnym.

Michał był szczęśliwy, gdy któregoś dnia jego kolega z podwórka pracujący w Super Expressie powiedział mu, że zna P. i mogą w trójkę wypić piwo.

Po tym spotkaniu politolog wrócił do domu z teczką artykułów pana P. wyciętych z jego gazety. Czytał je wielokrotnie, aż prawie nauczył się ich na pamięć.

Mistrz okazał się nie tylko przystępny, ale od razu miał dla Michała zadanie. Chciał, aby mu pomógł w przygotowywaniu listy tysiąca gangsterów z okolic Warszawy, która miała zawisnąć na specjalnie do tego celu zainstalowanej stronie internetowej. Nie mógł lepiej trafić. 27-letni J., interesował się międzynarodowym i lokalnym światem przestępczym. Na własnej stronie internetowej publikował, „listy gończe” za członkami mafii. Przygotowywał się do pisania pracy naukowej na temat korupcji w polityce.

- Wołomińska mafia to był jego konik - twierdzą zgodnie bliscy Michała. Czy miał na to wpływ zawód jego ojca policjanta, atmosfera w domu, że na zło trzeba śmiało reagować? A może był to skutek zapatrzenia się na red. P.?. Jak się okaże w czasie procesu, ten dziennikarz najbardziej cenił w kontakcie z jego uczniem adres politologa - mieszkał bowiem w gnieździe słynnej mafii.

xxx

 Pierwszego września 2006 roku wieczorem ciotka Michała, która mieszkała w tym samym budynku co siostrzeniec z narzeczoną Karoliną, wyjrzała po wieczornym dzienniku telewizyjnym na podwórko, zaintrygowana odgłosami zamykania furtki. Zobaczyła samochód stojący tuż za płotem. Siedziało tam dwóch chłopaków. Po chwili z mieszkania szybko wyszedł Michał i z nikim się nie witając, wsiadł do auta.

Kobieta spojrzała na okna sąsiedniego mieszkania. Nie paliły się światła. Znaczy, Karolina jeszcze nie wróciła z pracy. - Może Michał pojechał po farby do marketu? - pomyślała - w nadchodzący weekend zamierzał malować mieszkanie. Termin ślubu z Karoliną był już wyznaczony.

Następnego dnia rano  dziewczyna Michała zdenerwowana, że jej chłopak nie wrócił na noc, poderwała się na dźwięk telefonu. Usłyszała obcy męski głos. Ktoś, kto się nie przedstawił chciał wiedzieć, czy rozmawia z Karoliną. Potwierdziła i wtedy usłyszała: - Mamy Michała. To jest porwanie. Jak myślisz, ile jest warte jego życie?

Nie zdążyła wykrztusić słowa, gdy rozmówca ją ostrzegł: powiadomisz policję, upierdolimy mu łeb. A teraz daję słuchawkę twojemu kochasiowi.

- Nie martw się, wszystko będzie dobrze - usłyszała rozedrgany głos narzeczonego. Zbierz pieniądze na okup. Idź do Pawła, on pożyczy. Chodzi o 5 tysięcy złotych.

Potem w tle ktoś krzyknął: - Koniec z tymi rozmowami!. I cisza.

Tego dnia były jeszcze nękające ją anonimowe SMS-y. Ostatni: - „Ile masz pieniążków kotku?”. I zaraz potem odezwała się jej komórka. Mężczyzna, którego głos już poznawała, mówił rozwlekle. Tak, jakby był zamroczony: że żądają już nie 5, ale 15 tysięcy złotych.

Karolina nie wiedziała, o jakiego Pawła chodzi. Znała właścicielkę hurtowni w Wołominie, która miała chłopaka o takim imieniu. Ten Paweł miał brata zamieszanego w mafijne przestępstwa, słyszała, ze został świadkiem koronnym.

Pobiegła do hurtowni, opowiedziała, co się stało. Z ostatniej rozmowy z Michałem wywnioskowała, że Paweł będzie wiedział, co zrobić. Ale ta para w niczym jej nie pomogła.

Mniej więcej w tym samym czasie na numer komórki Michała dobijał się jego przyjaciel Artur. Za którymś razem telefon odebrał mężczyzna mówiąc: „Spadaj gościu. Michał leży spętany”.

Wieczorem do ojca Michała zadzwonił porwany syn. Zdążył tylko tyle powiedzieć, że ma na strychu ich domu schowane siedem tysięcy złotych, niech pójdą na okup. Potem ktoś wyrwał mu aparat i krzyknął: - Zbieraj gościu szybko pieniądze, bo będzie giemza. Jeszcze się odezwiemy.

Nie odezwali się. Michał również zamilkł. Jego rodzice jeszcze nie wiedzieli, że na zawsze.

Dziesięć dni później pewien emeryt spacerował w pobliżu mulistej glinianki w podradzymińskiej wsi Ciemne i zobaczył unoszący się przy brzegu czarny worek foliowy, porozrywany drutami z siatki ogrodowej, która owijała obły kształt. Przyjrzał się bliżej - były to zwłoki mężczyzny. Jego ręce i nogi krępował drut kolczasty.

Ustalono tożsamość zmarłego - Michał J. Sekcja zwłok wykazała, że był brutalnie zmasakrowany ale żył, gdy go wrzucano do wody. O tragicznej śmierci politologa napisała miejscowy tygodnik „Wiadomości Podwarszawskie”. Na internetowej stronie gazety sypnęły się wpisy czytelników. Między innymi:

- Michał był wspaniałym kolegą. Nie mogę uwierzyć, że ktoś odebrał mu życie i to w tak bestialski sposób... Chodziliśmy razem do podstawówki, byliśmy w harcerstwie. Zawsze będę pamiętać jego zaraźliwy śmiech i poczucie humoru. (Monika)

- Z naszego Michała było dobre, inteligentne i bardzo wrażliwe na ludzką krzywdę dziecko. Mam nadzieję, że ci, którzy go zabili, zgniją w więzieniu opuszczeni przez Boga i ludzi. (Ciocia Wanda).

 xxx

 Wychowawca z zakładu poprawczego zgłosił policji w podwarszawskich Markach, że mimo rozpoczęcia roku szkolnego nie wrócił do placówki Łukasz W. z tej miejscowości; trzeba się zorientować, dlaczego. Funkcjonariusze pojechali pod wskazany adres. Łukasza nie zastali, jego matka wiedziała tylko tyle, że jest na mieście. Ponieważ chłopak wszedł w konflikt z prawem m. in. z powodu narkotyków, przeszukano jego pokój. Znaleziono ukryty telefon komórkowy, jak się potem okazało, własność Michała J.

Analiza połączeń telefonicznych z tego aparatu 2 i 3 września wskazywała na związek z porwaniem Michała trzech młodych mężczyzn: 21 letniego Łukasza W. i 18 letniego Damiana S. z Marek, oraz 25 letniego Mariusza W. z Wołomina. Po przesłuchaniu wszyscy zostali aresztowani

Mariusz W. wypierał się wszystkiego. Owszem, był w Markach, bo zgubił dokumenty od swego samochodu, ale nie zna ani S. ani W.

Łukasz W. też się wypierał tej znajomości, ale rozpoznał Mariusza na zdjęciach porównawczych, które mu przedstawiono na policji. W czasie kolejnego przesłuchania przyznał się do uprowadzenia politologa.. Ale twierdził, że nie wie, kto zlecił tę „robotę”. Był wówczas „trochę naćpany”, w samochodzie, którym wieźli porwanego całą drogę spał. W każdym razie pomagali mu Mariusz W. i Damian S. Michała J. zamknął w pewnym mieszkaniu, chyba zażądał od jego dziewczyny 10 tysięcy zł okupu.

Najwięcej śledczy dowiedzieli się od najmłodszego z trójki podejrzanych, Damiana.

Jego pierwsza wersja zeznań w śledztwie brzmiała tak: jest sobota 2 września 2006 roku, koło południa. Dopiero co wstał, zjadł śniadanie, zastanawiał się co robić, bo nuda, w Markach nic się nie dzieje. Ucieszył się, gdy zobaczył przez okno parkujący samochód marki Ford. To przyjechał nim kolega Łukasz W.. Ale nie sam - z kumplem Mariuszem Mieli do Damiana pilną sprawę. Łukasza aż nosiło z podniecenia.

- Ktoś wystawił trupa, jest nagrana robota tylko trzeba gościa uwalić się - powiedział Mariusz i zaraz dodał, że będą z tego pieniądze.

Nie wyjaśnili mu konkretnie, co to za robota. Ale zastanawiali się na głos, jak to zrobić.. Mariusz uważał, że trzeba tego kogoś związać, schować do samochodu, po czym wywieźć.

- Ja myślałem, że oni żartują - twierdził Damian S. na policji - Ale nie było czasu na gadanie, bo zaraz odjechali.

Wieczorem Łukasz zjawił się ponownie. Był zdenerwowany. - Widziałem - zeznał Damian S. - że palec prawej ręki miał rozharatany. Powiedział mi w tajemnicy, że porwali typa, a ten go ugryzł. Z bólu i wściekłości Łukasz rozbił mu butelkę na głowie.

Starszy o kilka lat i pokaźniejszej postury Łukasz zawsze dominował nad Damianem. I tym razem wydał mu rozkaz: - Weź dwie kanapki, nalej wody do butelki, bo pójdziemy w jedno miejsce.

Nie podał adresu. Damian był zaskoczony - tak twierdził w śledztwie·- gdy okazało się, że to kilkanaście metrów od jego domu. Stała tam rozpadająca się chałupa, w której żył samotnie pewien znany w okolicy pijaczyna Tadeusz Z. Nigdy nie zamykał swojej nory, bo nie było co ukraść, a w razie niepogody znajdowały tam schronienie miejscowi menele. Tym razem nie było go w domu.

Weszli do zagraconego pokoju, Łukasz W. otworzył tapczan i wyciągnął stamtąd młodego mężczyznę. Mocno pobitego. Miał opuchnięta twarz, ręce pocięte nożem. Na oczach samoprzylepna taśma. W. owinął szyję porwanego przewodem od ładowarki do telefonów i koniec przywiązał do klamki od okna. Każde poruszenie się ofiary powodowało, że pętla się zacieśniała.

Mężczyzna był bardzo wystraszony, pytał się, kiedy go wypuszczą. Łukasza to rozwścieczyło, zaczął bić go kulą ortopedyczną, która stała w kącie izby i szczypać sekatorem po całym ciele. W pewnej chwili wziął od Damiana telefon komórkowy i kazał porwanemu wybrać numer do jego dziewczyny; miał jej powiedzieć, aby zorganizowała pieniądze na okup.  Tyle pierwsze zeznanie 19-letniego Damiana S.

Policja zebrała linie papilarne w melinie Tadeusza Z. W laboratorium stwierdzono ślady obecności w tym budynku Łukasza W. i prawdopodobnie Damiana S. W plamkach krwi na tapczanie i podłodze odkryto DNA uwięzionego Michała J.

Wszystkim trzem przesłuchiwanym prokurator postawił zarzut porwania Michała J. dla okupu. Mariusz W. i Łukasz W. zostali ponadto oskarżeni o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, którego dokonali wspólnie z nieustalonym mężczyzną.

 xxx

 Na stronie internetowej „Wieści Podwarszawskich” pisze o swym bólu ojciec zamordowanego:

- „Minął tydzień od pogrzebu Michała. Czekałem z jego Mamą 40 dni na wydanie ciała Syna. I na wynik badań porównawczych DNA. Co tydzień dowiadywałem się, że jeszcze nie teraz, później. Ta huśtawka niepewności doprowadzała do szaleństwa. Z jednej strony bardzo bałem się, a z drugiej, chciałem mieć to już za sobą. Teraz nie ma wątpliwości... Chodzę na cmentarz prawie co dzień. Stojąc przed piramidą kwiatów dokonuję rachunku sumienia. Zamordowano wspaniałego chłopaka, czułego syna (jego Mama walczy z rakiem a On pomagał jej i był na każde wezwanie) i wraz z Nim zabito naszą przyszłość. Kiedy wybiegam myślami w przyszłość, to tam nie ma nic. Oboje z żoną jesteśmy jak drzewa, co nie dają owocu. Ból jest tym większy, że już kiedyś pochowaliśmy Córkę Katarzynę.

Zawsze byłem przeciwnikiem kary śmierci. Dziś nie zmieniłem poglądów. Jestem jednak za karą BEZWZGLĘDNEGO DOŻYWOCIA, bez możliwości wyjścia na wolność do momentu zgonu. Takich "ludzi" trzeba izolować od społeczeństwa na zawsze. W celi bez okna w tzw. pojedynce. Niechby nie wiedzieli czy to noc czy dzień i ile lat siedzą. Nie jestem fanatycznie religijny, ale uważam, że nikt nie ma prawa odbierać komukolwiek życia. Oni wzięli na swoje dusze grzech zabójstwa”.

Są też inne wpisy pod tekstem redakcji o zarzutach prokuratorskich postawionym porywaczom.

- „Najwyższy czas wrócić do kary śmierci, gdyż w więzieniu za nasze pieniądze ci zbrodniarze będą mieć lepiej niż niejedna ofiara ich przestępstwa. Poza tym uważam, że za mord ze szczególnym okrucieństwem należy stosować publiczne tortury”. (Jan)

- „Zero przebaczenia. Niech zginą w taki sam sposób jak on” .(Jarząb)

- „Dla takich zbrodniarzy i kara śmierci to zbyt mało, to nie ludzie, bez sumień” (Aleksandra)

- „Żadna kara nie jest w stanie dorównać temu, co przeżyła ofiara zbrodni. Ja również jestem za publicznymi torturami. Oko za oko, ząb za ząb”. (Gusia)

- „To, co się stało jest przerażające, jak sobie pomyślę, ile Michał cierpiał zanim zginął...Od tego wydarzenia jestem za karą śmierci, albo publicznym linczem. Myślę, że nikt nie chce żyć obok takich zwyrodnialców. Rodzinie i bliskim Michała składam najszczersze kondolencje. Życzę także najwyższej kary dla sprawców”. (Kasia)

- „Michał chodził do szkoły średniej rok niżej ode mnie.. Pamiętam go jako uśmiechniętego, pełnego energii. Co do oprawców i kary śmierci, to za piękne by było tak po prostu odebrać im życie. Nie bądźmy tacy jak oni. Nie mordujmy ich. Wystarczy pozrywać paznokcie i pozostawić na tydzień bez jedzenia, w celi metr na metr, bez światła, bez okna, bez niczego, w pustce ciszy. Później dać coś do zjedzenia i poucinać palce, znowu przerwa. Później, nogi, ręce uciąć. Wypalić oczy i taką roślinkę pozostawić przy życiu. Wegetacja jest lepszą karą, niż kara śmierci”. (Sławek)

 xxxx

 Kim są sprawcy?

Damian S. - uczeń 1 klasy szkoły zawodowej w Markach. Jako nieletni miał już sprawy o demoralizację i paserstwo. Przydzielono mu kuratora. Ojciec jest alkoholikiem. Matka bezrobotna (z zawodu tkaczka) dostaje zasiłek 450 zł; żeby dorobić, wyjeżdża w sezonie zbioru pomidorów do Włoch. Damian ma młodszego brata Kamila.

Mariusz W. - ukończona szkoła zawodowa, w domu dobra sytuacja materialna. Siedział już w więzieniu, karany za rozbój i narkotyki. Po zawarciu małżeństwa ze studentką resocjalizacji przestał - jak twierdzi - ćpać. Ma roczne dziecko.

Łukasz W. - 6 klas szkoły podstawowej. Alkohol zaczął pić w wieku 11 lat. Kilkakrotnie zatrzymany w izbie wytrzeźwień. Leczony w ośrodku odwykowym z powodu przedawkowania narkotyków. Rodzice rozeszli się. Ojciec nadużywał alkoholu, miał ograniczone prawa rodzicielskie. Matka podobnie, ale z czasem odzyskała prawa do syna.

Łukasz Od dziewiątego do siedemnastego roku życia był w domu dziecka a następnie w zakładzie poprawczym. Gdy uzyskał pełnoletność, trafił do „poprawczaka” o wzmożonym rygorze. Latem 2006 roku uciekł stamtąd na przedłużone wakacje. Nigdy nie pracował zarobkowo.

Oskarżeni przeszli szczegółowe badanie psychiatryczne w ośrodkach klinicznych. Damian S. nawet kilkakrotnie, bo jego obrońca przyznanie się do winy i obciążenie kolegów tłumaczył upośledzeniem umysłowym 19-latka.- Zachodzą poważne wątpliwości, co do tego, czy oskarżony miał zdolność do samodzielnego formułowania twierdzeń zawartych w protokółach z przesłuchania w postępowaniu przygotowawczym - twierdził.

Ale specjalistyczne badania wykluczyły chorobę psychiczną, jakkolwiek poziom inteligencji oskarżonego został określony na pograniczu lekkiego upośledzenia umysłowego. Nie daje to jednak podstaw do kwestionowania jego poczytalności. Zdaniem biegłego psychiatry trudności Damiana S. w wyrażaniu się wiążą się z jego postawą obronną.

Również psycholog w pełni podtrzymał swą wcześniejsze opinię. Nie ma żadnych danych ani przesłanek co do tego, aby badany nie był zdolny do samodzielnego formułowania myśli w czasie przesłuchania.

Osobowość Mariusza W. została zdiagnozowana jako zaburzona, uzależniona od środków odurzających - przez dłuższy czas brał on heroinę i amfetaminę. Cechuje go lekceważenie norm społecznych, zubożenie uczuciowości wyższej, podwyższony poziom agresji. Ale w czasie porwania Michała J. zdawał sobie sprawę z tego, co robi.

Na życzenie prokuratora biegły wyjaśnił, sens terminu „zubożenie uczuciowości wyższej”:- To się wyraża w relacjach z innymi osobami. Egocentryzmem, instrumentalnym traktowaniem osób, ograniczoną możliwością wczuwania się w ich przeżycia. Skłonnością do impulsywnego rozwiązywania sytuacji konfliktowych.

Nieprawidłową osobowość stwierdzono też u Łukasza W. Również ten oskarżony nie ma choroby psychicznej, ani zmian organicznych w mózgu. (wykonano tomografię), choć nadużywał narkotyków. Poziom inteligencji przeciętny, stała tendencja do posługiwania się agresją - w ten sposób rozwiązuje konflikty i tak zaspokaja swoje potrzeby. Agresja nie pojawia się w sytuacjach wyjątkowych. To są utrwalone sposoby zachowania. W literaturze fachowej o takim zachowaniu mówi się jako o przemieszczaniu agresji (może ją skierować na kogoś niewinnego). Takie zachowanie akceptowane jest w środowisku z pogranicza prawa.

 xxx

 Tuż po Wielkanocy 2008 roku ojciec Michała J. zawiadomił na portalu wychodzącego w Wołominie tygodnika, że za kilka dni w Sądzie Rejonowym dla Warszawy odbędzie się rozprawa główna oskarżonych o porwanie i zabicie jego syna. Byłoby mu lżej, gdyby w ławach dla publiczności zobaczył kolegów Michała. On jest oskarżycielem posiłkowym.

Natychmiast po tej prośbie pojawiły się nowe wpisy. Nadal dominowała spontaniczna dyskusja o karze śmierci, ale... nie był to już jednomyślności jak dwa lata wcześniej, gdy Wołomin obiegła tragiczna wiadomość o męczeńskiej śmierci politologa.

Zaczęła „Bezstronna”: - „Sprawiedliwa kara śmierci - owszem, ale dla naprawdę winnych, a nie oszkalowanych. Skoro policja chce się popisać, to niech pracuje jak trzeba, bo taka sprawa zasługuje na wyjaśnienie, nie tylko dla niego, ale i dla pomówionych, a aniołem to ten Michał ksywa Karzełek nie był”.

Natychmiast spotkała się z ripostą: - „Pani Bezstronna, a jaką sprawiedliwość ma Pani na myśli? Czy jest coś takiego, jak sprawiedliwy osąd takiego czynu i to jeszcze w polskim sądzie? Cierpienie niewinnych osób, które wychowały morderców - dobre sobie. Dlaczego choć jeden z morderców nie wypuścił Michała, dlaczego nie zawiadomił policji, dlaczego w bagażniku samochodu jednego z morderców była krew ofiary? Jest wiele pytań, na które chcę znać odpowiedź. Jestem matką i nie wyobrażam sobie stracić dziecka, nie mówiąc o takiej stracie, z jaką spotkali się Państwo J.

Teraz były imieniny Michała i na jego grobie znowu te same znicze, od rodziny. Deklaracje kolegów i koleżanek o zachowaniu go na długo składane były pod wpływem chwili. Wiem, że każdy ma swoje sprawy, ale nie mieć chwili czasu, by zapalić znicza na pomniku? Nie ma dnia, bym nie myślała o Michale i jego rodzicach. Rodzinom morderców życzę wszystkiego, co najgorsze!(matka)

W sukurs Bezstronnej spieszy SPRAWIEDLIWA:- A może to akurat nie oni, a bynajmniej nie wszyscy to zrobili. Bardzo możliwe, że podajesz rękę prawdziwemu zabójcy na co dzień i o tym nie wiesz...Ja nikogo nie bronię, ale niech naprawdę winni poniosą karę. I to najwyższą, bo na taką zasługuje taki czyn

 xxx

 Pierwszy dzień procesu. Żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy.

Nawet do tego, co zostało zaprotokołowane w śledztwie.

Damian S., który ma trudności z wyartykułowaniem prostego zdania mówi, że nie rozumie „co tam gada prokurator”. Podczas przesłuchania policja biła go, więc podpisał każdy podsuwany papier. Nikomu tego nie zgłaszał, bo „chcieli mnie jeszcze bardziej tłuc”. Do rudery, gdzie podobno był przetrzymywany Michał J. (ale on tego nie widział) poszedł, aby popić.

- Skąd taka zmiana w wyjaśnieniach? Dlaczego oskarżony nie potwierdza swoich zeznań na policji? - dopytuje się sędzia Cezary Puławski.

- Bo nie - odpowiada wyglądający jeszcze na dzieciaka Damian S. I szuka wzrokiem wsparcia u Łukasza W.

A ten szeroko śmieje do małego Damiana. Jego mina zdaje się mówić - dalej tak trzymaj.

On sam nie tylko nie przyznaje się do porwania i dręczenia ofiary, ale nawet nie wie, w jaki sposób znalazł się w melinie pijaka. - Byłem pod wpływem alkoholu proszę wysokiego sądu. A trafiłem pod ten adres, bo w Markach jest znany, gdy się szukał kompanów do wypicia. Pewnie myślałem że i tym razem ich tam spotkam. Ale tam byli jacyś mężczyźni, których nie znałem. Obiecali dać mi pieniądze za popilnowanie kogoś w drugim pokoju. W ruderze nie było prądu, więc nie widziałem, czy ten  ktoś był związany. Usiadłem w ciemnościach i zaraz mnie zmorzyło. Obudziłem się, gdy przyszedł Damian.

Z dalszych wyjaśnień oskarżonego wynika, że od swego młodszego kolegi dowiedział się, że jakiś chłopak jeździ po okolicy i szuka dokumentów od swojego samochodu. Za oddanie zguby oferuje znalazcy pieniądze.

- Pomyślałem, że może coś pewniejszego wpadnie mi do kieszeni, więc zrezygnowałem z pilnowania tego gościa.

O zabójstwie J. ksywa Karzełek dowiedział się na komendzie. Przyznał się do porwania, aby nie mieć zarzutu morderstwa, bo z doświadczenia wie, jak jest w więzieniach. Domyśla się, dlaczego Damian S. obciążył go w śledztwie: policja mu wszystko ułożyła. Nie ma co do tego wątpliwości, bo jego również funkcjonariusze z dochodzeniówki namawiali, aby w zeznaniach oskarżył Mariusza W., to nie spędzi reszty życia więzieniu.

- Mówili mi, że dobrze wiedzą, że nie mam nic wspólnego ze śmiercią Michała.

Mariusz W. przedstawia w sądzie taką wersję wydarzeń: owszem, był w Markach, ale u młodszego brata Damiana S. Kamila. Chodziło mu o zgubione dokumenty do samochodu. Nie wie, o jakiej ruderze mówił śledczy. Nie zna Łukasza W.; o jego istnieniu dowiedział się od policjanta, który chciał, pogrążył tego podejrzanego.

Po złożeniu wyjaśnień oskarżeni zapowiadają, że w dalszym toku procesu nie odpowiedzą na pytania prokuratora i sędziego.

Matki, które po rozprawie biegną za konwojentami, gdy ci odprowadzają oskarżonych do aresztu, maję biedę wypisaną na twarzach. Głośno złorzeczą na widok dziennikarzy z mikrofonami w ręku.

Tymczasem proces się toczy. Przed sądem staje Tadeusz Z. ten pijaczyna, w którego mieszkaniu przestępcy schowali porwanego Michała.

Świadek wygląda jakby noc spędził w śmietniku, ale jest trzeźwy.

Tak, zna oskarżonych. Również tego, który nie mieszka w Markach, ale w Wołominie, czyli Mariusza W. Dom po rodzicach, w którym mieszka, ma dwa pokoje z kuchnią ale do jednego nie zagląda, to właściwie graciarnia. Oczywiście od lat nikt tam nie przebywał, przecież by zauważył.

Nazwisko Michała J. nic mu nie mówi.

- Czy na początku września przyjmował pan gości? - pyta sędzia.

- Nie powiem, byli koledzy. Wypiło się jedno czy dwa piwa. Raczej nikt nie został na noc.

- Czy kiedykolwiek był ktoś siłą przetrzymywany w pana mieszkaniu??- pyta wprost sędzia

W odpowiedzi wzruszenie ramion. - Ja o niczym nie wiem.

- A czy wie pan, że w pana domu znaleźliśmy ślady krwi Michała J. ? - naciska prokurator.

- Nie wiem.

- Panie Z. - prokurator denerwuje się - Pan jest w sądzie, proszę nie żartować. W pokoju, którego pan ponoć nie używał, zabezpieczono różne przedmioty i na każdym była krew osoby porwanej. Potrafi pan to wyjaśnić?

- Raczej nie.

- Co pan robił 2·i 3 września?

- Chyba leżałem w domu, bo miałem złamane żebra, spadłem z rusztowania. Ale nie byłem u lekarza, kości same się zrosły. Tak dokładnie to nie pamiętam, co robiłem. Nieraz było tak, że nadużyłem alkoholu. Ale we wrześniu w ogóle nie piłem, bo leżałem. Cały miesiąc. Koledzy przychodzili, częstowali, ale ja ani kropli.

- Sąd ma protokół z dnia zatrzymania świadka, to było 15 września, wydmuchał pan dwa promile.

- Może byłem po dwóch piwach.

- Czy na początku września 2006 roku zdarzyło się, że ktoś został pobity w pana mieszkaniu?

- Raczej nie.

- Czy ma pan w domu kule ortopedyczne?

- Jedna jeszcze została. Drugą sprzedałem w punkcie skupu złomu.

- Czy miał pan sekator?

- Raczej nie. Miałem młotek.

Ojciec Michała, który nie opuszcza żadnej rozprawy i czernią odświętnego garnituru przypomina o swej żałobie po stracie syna dzieli się po  kolejnej rozprawie refleksami na blogu „Wieści Podwarszawskich”:

- „Pokonałem jedną z największych moich obaw. Spojrzałem w oczy domniemanych zabójców Michała. „Czas leczy z ran”- tyle powiedzenie. Czas leczy z deklaracji, zapewnień, przysiąg. Znów odbyła się rozprawa sądowa. Kolejne oglądanie uśmiechniętych gąb trzech oskarżonych i kolejny raz wspominanie tego co się zdarzyło. Tak, jakbyśmy debatowali nad tym, czy żaba ma sierść. Najliczniejsza publiczność na rozprawach, to rodziny oskarżonych. Ze strony Michała tylko ojciec i stary kumpel mojego „Karzełka”. Poza tym - Spokój, cisza, dziewczyny w przerwach całują swoich chłopców, siedzących w ławie dla oskarżonych. Dobroduszny i drobiazgowy Pan sędzia pozwala, by chłopcy w czasie rozprawy gadali ze sobą, albo układali się na oparciach do snu. Sielanka. A przecież to tu ma być albo nie być tych, których oskarża się o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.

Myślałem, że każdej rozprawie będzie się przysłuchiwał tłum kolegów mego syna. Zobaczę znane mi twarze, zdeterminowane do potwierdzenia swoich deklaracji sprzed dwu lat. A tu...sielanka. Młodzi śpią, ich narzeczone cicho śmieją się w ostatnich ławkach. I tylko zadumać się trzeba: naprawdę zamordowano mi syna, okręconego w siatce utopiono żywcem? KOLEDZY I PRZYJACIELE "KARŁA" gdzie jesteście?”

Zrozpaczony ojciec nie doczekał się reakcji na jego pytanie. Natomiast pojawiły się wpisy wątpiących w winę oskarżonych:

- „Czy są jakieś dowody że to oni zrobili?? Może to tylko pomówienie???  Prasa lubi popeline siać”. (Renata).

Janusz J. w odpowiedzi: - Zawsze piszę o „domniemanych zabójcach”. Ja nikogo nie oceniam i nie skazuję. Chcę tylko sprawiedliwego osądu czynu. I dla tych co są podejrzanymi i dla „drugiego dna” które jest na sto procent. Czy kiedykolwiek prawdziwa prawda będzie uwolniona? Kto to wie”.

 xxx

 Sąd przesłuchuje świadków, którzy mogą wiedzieć, co Mariusz W. robił wieczorem 2 września 2006 roku.

Zeznaje Sylwia K. Nie jest pewna tej daty, ale prawdopodobnie było to 2 września - o zmierzchu widziała Mariusza z jego żoną na festynie w Klembowie. Rozmawiała z nimi, gdy kupował piwo.

Kolejny świadek Karol G. (przedstawia się jako menedżer drajwer, co konkretnie oznacza, że chodzi z towarem po domach) też widział oskarżonego na festynie. - A dlaczego akurat tego uczestnika zabawy sobie przypomniał po dwóch latach? - pyta sędzia.

- Bo żona Mariusza chciała, abym sobie przypomniał.

Na portalu „Wieści...” coraz to nowe wpisy z apelami aby nie osądzać, póki nie zapadnie wyrok. Ale są też głosy wspierające ojca ofiary:

- „. Ludzie, dlaczego trzymacie stronę zwyrodnialców? Te „niewinne” osoby są doskonale znane policji. Dlaczego mam nie osądzać tych ,niewiniątek", oni nikogo nie pytali o zdanie, czy mogą zabić człowieka. Wszystkiego co najgorsze dla rodzin skazanych morderców! Nie wstydzę się, że ich osądziłam, chciałabym ich dostać w swoje ręce.” (Rena)

 xxx

 Jest jeszcze jeden trop, który chcą sprawdzić sędziowie w poszukiwaniu „drugiego dna” morderstwa Michała. Od początku przecież sprawie towarzyszy hipoteza, że może było to zabójstwo na zlecenie. A jeśli tak, to, kto za nim stał? Może ci młodzi mężczyźni tragicznego dnia przymuleni alkoholem i narkotykami, którzy siedzą na ławie oskarżonych to tylko narzędzia mordercy Michała? A jeśli politolog zginął, bo zbytnio interesował się wołomińską mafią? Sąd decyduje się na przesłuchanie trzech najważniejszych w tej bandzie: samego bossa Roberta R., jego zastępcę Dariusza B. i „księgowego” Piotra O. Dostęp do świadków jest ułatwiony, bo wszyscy siedzą w areszcie, gdyż przeciwko nim toczy się sprawa karna. (o zabójstwo) O. jest świadkiem koronnym.

Księgowy „Wołomina” patrzy na ławę oskarżonych i stwierdza, że nie zna żadnego z siedzących tam mężczyzn. Natomiast, owszem, wie, kto był Michał J. ksywa Karzełek. Uczestniczył bowiem w spotkaniu politologa, redaktora Rafała P. i Roberta R. w kawiarni na warszawskiej Starówce. Chodziło o to, że szef mafii miał pretensje do dziennikarza o jego artykuły na temat zorganizowanej grupy przestępczej w Wołominie. Twierdził, że jest tam wiele kłamstw albo informacji zbędnych - które na przykład naprowadziły morderców na ukrywającego się  poprzedniego bossa Wołomina Jacka K. ( Został zastrzelony, nad jeziorem w Mikołajkach )

Dziennikarz nie chciał powiedzieć, kto jest jego informatorem. Ale jak twierdził świadek - dogadał się z R., że będzie go informował o czym pisze, zanim opublikuje artykuł. P. Uprzedzi też członków mafii o szykowanych na nich nalotach policji. W zamian  szef „Wołomina” miał przekazywać do redakcji informacje o innych grupach przestępczych. Łącznikiem w tych kontaktach został dobrze znany redaktorowi Michał. J.

Te uzgodnienia miały ściśle obowiązywać obie strony - świadek potajemnie nagrał je na dyktafon.

Ze spotkania pamięta jeszcze tyle, że redaktor P. był blady ze strachu w, a Michał go zapewniał, że nic mu nie grozi.

Na pytanie sędziego: - Nie wiem, czy Michał czerpał z tych kontaktów jakieś korzyści. On był przez naszą grupę traktowany na dystans, nie należał do „Wołomina”. Ale lubiliśmy z nim pogadać, bo był wesoły, dowcipny. Mógł chodzić do tej samej knajpy, co my.

Na pytanie adwokata oskarżyciela posiłkowego: - Tak, wiem że „Karzeł” nie żyje. Zabili go narkomani. Moim zdaniem dlatego został porwany. Żądanie pięciu tysięcy złotych okupu czy nawet piętnastu to tylko przykrywka dla rodziców i policji. Sprawcy chcieli mieć czas na przesłuchanie porwanego i potem go zlikwidowali. Komuś na tym bardzo zależało.

Na pytanie prokuratora: - Nie wiem, z czego Michał się utrzymywał. Słyszałem, że szykowała mu się sprawa o handel narkotykami. On chyba przez jakiś czas brał marihuanę od naszych hurtowników. W Wołominie nie byłoby takiej możliwości, aby kupował towar od kogoś innego. Wszedłby w konflikt z grupą i zostałby sprzedany. On szybko się sparzył i przestał handlować.

Zdaniem świadka Karzeł dobrze wywiązywał się z roli łącznika między „Wołominem” a warszawską redakcją. Spadła liczba artykułów niekorzystnych dla „Wołomina”. Otrzymywali też od red. P. ksero artykułów, które się nie ukazały, oraz pewne informacje o przekrętach wewnątrz grupy wołomińskiej, które miał od policjantów.

Założona przez redaktora i Michała strona internetowa też była pod kontrolą bossa „Wołomina”. Michał radził się Roberta R. co może ujawnić, aby nie zaszkodzić grupie.

Przyprowadzony przez konwojentów z więzienia Robert R. nie rozpoznaje oskarżonych. Co do ofiary: - Raz, czy dwa widziałem tego „Karzełka”. Znam nazwisko P. - to dziennikarz, pośrednio sprawca moich kłopotów. Przypisywał mi różne przestępstwa. Przypuszczam, że od tego zaczęła się nagonka CBŚ na mnie. Mogło tak być, że za pośrednictwem Michała umawiałem się z P. Owszem, doszło do spotkania w kawiarni na Starym Mieście. Nie przypominam sobie, aby był tam Piotr O. i Michał J. Nie zawierałem z redaktorem porozumienia, że przestanie pisać o grupie wołomińskiej i w zamian będzie otrzymywał informacje o innych mafiach. Pojechałem na to spotkanie, aby żądać sprostowania tego, co P. powypisywał o nas. Myślałem też, żeby mu dołożyć. Ale rozbawił mnie, był taki wystraszony, a równocześnie przymilny. Gdy doszliśmy do konkretów odpowiedział, że po publikacji nic już nie może zrobić, bo takie informacje dostał z policji. Uzgodniliśmy że w przyszłości będzie do mnie dzwonił i konsultował. Ponadto pokaże mi tekst przed oddaniem do druku. Potem jeszcze raz się z nim spotkałem, wypytał mnie o różne rzeczy. Raz w jego artykule wystąpiłem pod inicjałami jako „współpraca”.

Świadek potwierdził, że większość kontrolowanych informacji dla P. o „grupie” (konsekwentnie używał tego określenia w stosunku do mafii wołomińskiej) docierała za pośrednictwem Michała.

Z akta własnej sprawy karnej wie, że zarówno Michał J. jak i P. byli do zamknięcia w sprawie „Wołomina”.

- Można powiedzieć, że ja uratowałem P. dupę. Nim doszło do spotkania na Starym Mieście, ostrzegałem go listownie, aby nas nie szkalował. Ubliżałem mu. On to wszystko pokazał prokuratorowi, przedstawił się jako moja ofiara. I mu się upiekło.

Również przyprowadzony z aresztu Dariusz B. członek zarządu „Wołomina” (kolejny oskarżony w innej sprawie, o zabójstwo) nie miał wątpliwości, że „Karzeł” handlował narkotykami.

- Myślę, że pracował dla P., który dawał mu na narkotyki a Michał sprzedając je, próbował dowiadywać się o różne sprawy mafii.

Kolejny świadek nazwał zamordowanego J. wprost był dilerem narkotyków w Wołominie.

- Wiem, bo miałem sprawę w sądzie, gdyż od „Karła” kupowałem narkotyki. Obaj byliśmy oskarżeni.. Na sali rozpraw dowiedziałem się, że Michał nie żyje. Ja zostałem prawomocnie skazany.

- To nie było dokładnie tak - tłumaczył mi po rozprawie ojciec Michała J.. - Syn miał w swym życiu pewien epizod z używkami. Gdy się o tym dowiedziałem, doszło między nami do męskiej rozmowy i on skończył z tym. Utrzymywał się z reklam zamieszczanych na tej stronie internetowej, o której była mowa w sądzie..

 xxx

Został też wezwany przed sąd dziennikarz śledczy Rafał P. Od razu skorzystał z prawa dziennikarza do osłaniania swych informatorów i nie ujawnił, skąd  otrzymywał informacje do artykułu o mafii w Wołominie. Nie miał pewności, czy pseudo „Karzeł” było przypisane do Michała J., bo nie bardzo pamiętał tego mieszkańca Wołomina. Przypomniał sobie dopiero z pomocą prokuratora, który już go przesłuchiwał w śledztwie. Wtedy zeznał:

- Dla mnie on nie był członkiem grupy przestępczej, ja go znałem jako studenta z Wołomina. Zastanawiałem się, skąd taka osoba ma kontakty z zorganizowaną grupą przestępczą i wie, co tam się dzieje. Michał zdał m-i na przykład relację z pierwszej ręki o przebiegu słynnego wśród członków mafii wesela jej bossa Roberta R.

P. potwierdził, że kiedyś Michał J. pośredniczył - bardzo zresztą wystraszony - w spotkaniu z Robertem R. Ale nie doszło do żadnych ustaleń z szefem mafii. Ani wtedy, ani w czasie następnych rozmów, których mogło być trzy, cztery. We wszystkich J. był milczącym świadkiem.

Dziennikarz śledczy zaprzeczył, aby boss „Wołomina” cenzurował jego artykuły. Owszem, raz dostał od R. kasetę video, na której zarejestrowano spotkanie „Klepaka” poprzedniego szefa „grupy” z Januszem Cz. członkiem tego gangu, wówczas świadkiem koronnym. To było nagranie bez głosu, kręcone w lesie z ukrycia. Miało świadczyć, że Janusz Cz. gra na dwa fronty. Materiał przekazał policji z wydziału kryminalnego.

Padło jeszcze kilka pytań od sędziego:

- Czy tę kasetę dostał pan za pieniądze?

- Nie.

- Czy Robert R. zwracał się do pana z prośbą, albo poleceniem opisywania innych grup przestępczych w taki sposób, jakby on to widział?

- Nie. Nigdy bym się na to nie zgodził.

- Do czego służyły panu kontakty z Michałem J.

- Michał pomagał mi w robieniu tzw. Listy Gangstera, która miała być zamieszczona na stronie internetowej. Weryfikował dane, sugerował osoby, które powinny się tam znaleźć.  Listę - około 1000 nazwisk - przekazałem policjantom z CBŚ. Po jakimś czasie dałem sobie spokój z aktualizacją listy, bo nie miałem na to czasu. Nie wiem, czy Michał pracował nad ciągiem dalszym. I czy te listę do czegoś wykorzystywał.

Na koniec świadek oświadczył, że od 2008 roku nie zajmuje się już „Wołominem”,  bo był stroną w jednym z dochodzeń związanych z tą mafią. A poza tym...

- Po moim przesłuchaniu pojawiła się pewna wątpliwość, czy przypadkiem Michał J. nie był po drugiej stronie i czy nie brał pieniędzy od grupy. Ja osobiście wykluczyłem tę możliwość.

 xxx

Ojciec zamordowanego na portalu „Wieści Podwarszawskich”:

- „Sprawa Michała rozwija się jak bandaże na rannym. Za każdym zwojem inna rana. Teraz zatacza kręgi o domniemanych przywódców gangu wołomińskiego. Dowiadujemy się sensacyjnych wieści o przyjaciołach Michała z gangu. Zeznają nowi świadkowie, z różnych poziomów, m. in. redaktor poczytnej gazety. Sprawa rozbiega się jak plama z rozlanej krwi. Oby Sędziom wystarczyło siły dociec, kto rozlał tę krew, kto był nie tylko ręką zabijającą, ale i mózgiem kierującym narzędziami. Pytania, pytania. Tak naprawdę jesteśmy dopiero na początku tej bardzo zagmatwanej sprawy. Gdzieś na końcu tego tunelu jest jakieś światełko. Oby było latarnią, oświetlającą wszystkie piętra”.

Artykuł w „Wieściach...” relacjonujący na jakim etapie jest proces i że w śledztwie Damian S. dokładnie przedstawił porwanie oraz dręczenie Michała J. przez jego dwóch kolegów już w dniu publikacji został na portalu gazety skomentowany przez anonimowych inernautów. Oto charakterystyczny głos:

- „Wymiotować mi się chce jak czytam. „Porażka!” Co to za bzdury? Jakie przyznanie się!!!!???? Kto się kurwa przyznał. I jak ludzie mogą pisać takie brednie skoro nie maja pojęcia o sprawie. Gazeta sobie opisała że złapali morderców i miliony innych pierdoli a ktoś sobie przeczyta i już!!! Co wy kurwa wszyscy sędziowie jesteście czy co...? Co wy możecie wiedzieć!!!!!!! A może z policją współpracujecie że tak wszystkiego pewni jesteście!!! Że to tak napewno oni okrutni mordercy hehe. Może warto poczekać na jakieś wyroki a nie osądzać. Czy ktoś zastanawia się, dlaczego wlasnie to tak długo trwa???? Powiem wam bo oprócz tego ze to oczywiste ze względu na pracę naszych sądów, to najważniejsze jest to, NIE MAJA DOWODOW!!!! Tak że jak ktoś nie ma zielonego pojęcia o tej sprawie to niech ściśnie dupsko i się odpierdoli!!!!!!!!!”

 xxx

 Czwarty rok od aresztowania oskarżonych. Bardzo zmienili się od pierwszej rozprawy. Teraz, gdy idą na salę sądową konwojowani przez groźnie uzbrojonych policjantów, dowcipkują. I z tym głośnym rechotem wchodzą na salę.

Najmłodszy z nich Damian S. chyba urósł przez te trzy lata, a na pewno zmężniał. Już się nie trzęsie ze strachu a i mówi trochę składniej, nie tylko knajackim slangiem. Podczas rozprawy już nie trzeba go sadzać daleko od pozostałych oskarżonych, bo mogliby mu zrobić krzywdę. Teraz patrzą na Damiana jak na kumpla. Skąd ta łaskawość? Bo odwołał obciążające ich zeznania. I nadal konsekwentnie twierdzi, że śledczy biciem zmusili go do podpisania nieprawdy w protokole. Jego opowieści, jak był maltretowany rozrastają się z rozprawy na rozprawę. Ma to chyba przećwiczone w celi, bo już nie brakuje mu słów.

- Jak wyglądało maltretowanie na komendzie, konkretnie proszę - wypytuje sędzia.

Oskarżony S.: - Gdy tylko usiadłem, dostałem na dzień dobry w twarz.

- Dlaczego?

- Trzeba by ich zapytać. Potem przesłuchujący kazał mi poszukać czegoś w szufladzie jego biurka. Włożyłem rękę a on wtedy kopnął w tę szufladę. Poczułem straszny ból. Nie zgłaszałem prokuratorowi, bo na komendzie mnie uprzedzili, że jeśli powiem, będzie jeszcze gorzej, ścisną mnie psychicznie i fizycznie.

Sędzia: - Czy przed zatrzymaniem miał pan uraz tej dłoni?

- Nie przypominam sobie.

- 5 czerwca 2008 r powiedział pan na rozprawie: „Bili mnie aż do podpisania protokółu. Przed zatrzymaniem miałem złamaną rękę, policjanci mi ją wykręcali.

-Ja tylko wiem, że gdy byłem na wolności, miałem rękę zdrową.

Prokurator: - Czy podczas przyjmowania do aresztu zgłaszał pan uraz prawej ręki?

- Prosiłem o rentgen, to mi dali maść, pięć tubek wysmarowałem, nie pomogło.

Sędzia: - Mamy rentgen dłoni oskarżonego wykonany w lutym 2009 roku. Nie stwierdzono zmian pourazowych.

Na następną rozprawę zostali wezwani funkcjonariusze z komendy policji w Wołominie, którzy mieli kontakt z oskarżonym tuż po zatrzymaniu go.

Naczelniczka wydziału kryminalnego jest pewna - mimo upływu trzech lat - że zarówno w komendzie jak i w areszcie Damian S. nie uskarżał się na bóle ręki. A spotykała się z nim kilkakrotnie. Jednakże te czynności operacyjne nie były protokołowane.

Podobnie policjant wydziału dochodzeniowo - śledczego. Na pytanie obrońcy oskarżyciela prywatnego czy wywierał presję w stosunku do osoby, która odmówiła składania wyjaśnień, świadek zaprzeczył dodając, że nigdy nie był z przesłuchiwanym sam. Zawsze towarzyszył mu drugi funkcjonariusz, a ponadto w pomieszczeniu była kamera.

Tata Michała pisze po tej rozprawie w internecie  - „Termin za terminem. Moje nerwy i lęk przed każdą rozprawą. Śmiechy rodzin oskarżonych podczas procesu. Jeden z domniemanych sprawców już tak się znudził, że zakomunikował sądowi (z pomocą swej pani adwokat): dajcie sobie spokój i wypuśćcie mnie do domu, bo ja tu trawię czas na darmo. Udawani niby-świadkowie do zapewnienia alibi, udawana skrucha w liście oficjalną pocztą jednego podejrzanego do drugiego , chory na rzekomy uraz ręki, który nie jest chorym....A Michał tam w dole, w podwójnych, plastikowych workach. Modlitwy Jego Mamy. Zabita rodzina. Zabita przyszłość. Marność i tylko marność”.

- „Czy jest już wyrok w tej sprawie?” - dopytuje się na portalu MC

Odpowiada mu Znajoma: - „Jeszcze nie. Oby dostali dożywocie, bez widzeń, o spleśniałym chlebie i brudnej wodzie, bez gazet, tv, bez toalety, w celi metr na metr... Ale to nie realne...a szkoda. Nadal jestem pełna nienawiści dla morderców. Michał żyje w mojej pamięci”.

xxx

 30 marca 2010 roku zamknięto przewód sądowy. Prokurator zażądał dla oskarżonych Mariusza W i Łukasza W. dożywocia. Dla Damiana S. ośmiu lat więzienia. Oskarżyciel posiłkowy i jego pełnomocnik poparli ten wniosek. Adwokaci wszystkich oskarżonych domagali się uniewinnienia. Następnego dnia sędzia Cezary Puławski odczytał wyrok: Mariusz W. i Łukasz W. po osiem lat więzienia, Damian S. spędzi za kratkami pięć lat.

Jeden z najpoważniejszy z zarzutów prokuratorskich: zabójstwo - upadł.

- Sąd co prawda skazał oskarżonych, ale tylko za porwanie Michała J. i próbę wymuszenia okupu - uzasadniał sędzia tak niski wyrok. - Nie udało się ustalić losów ofiary po opuszczeniu domu w Markach, gdzie była przetrzymywana. Można mnożyć wersje, spekulować. Ale materiał dowodowy przedstawiony przez prokuraturę nie dał żadnych podstaw do skazania oskarżonych za zbrodnię zabójstwa.

Janusz J. był wstrząśnięty. - Nie spodziewałem się tego - powiedział mi. - Miałem nadzieję, że sąd wskaże, kto jest winny. Dobrze, że moja żona tego nie doczekała.

Przeprosił, nie jest w stanie dłużej rozmawiać. Poznaliśmy się bliżej w czasie procesu. Wiedziałam, że od lat walczy z chorobą nowotworową żony. Na kilka tygodni przed ogłoszeniem wyroku spotkało ją jeszcze jedno nieszczęście - przez nieuwagę dotkliwie poparzyła się gorącym płynem. Ból był tak silny, że nie mogły go stłumić nawet silne narkotyki. Gdy zmarła, ojciec Michała, został zupełnie sam. Wszyscy jego najbliżsi: syn, córka, żona leżeli pochowani na wołomińskim cmentarzu.

- Ludzie boją się dotknąć cudzego cierpienia - skarżył mi się. - Póki nie zdarzyło się nieszczęście, nasz domek pod lasem był celem wielu odwiedzin. Żyliśmy w przekonaniu, że jesteśmy szanowani i lubiani. Ale od dłuższego czasu nawet przyjaciele omijają nas szerokim lukiem. Mam wrażenie, że nie wiedzą, jak się zachować.

Co czuł po usłyszeniu wyroku ojciec Michała, ten współczesny Hiob, zwierzył się anonimowym internautom:- „To było wczoraj. Godzina11.45, sala sądowa znana mi od prawie czterech lat. Dzwonek podrywa wszystkich - wchodzą sędziowie. I już po sprawdzeniu obecności padają słowa: Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej... Moje serce szamocze się jak gołąb w klatce, po plecach płynie strumień potu.. Padają jakieś liczby, paragrafy i...po słowach : „Damiana S na 5 lat, Mariusza W. na 8 lat, Łukasza W. na 8 lat”, sędzia każe nam usiąść. Wpatruję się w zapisane na kartce cyferki. I jedna myśl. To wszystko? Tyle dostali? Sędzia jeszcze uzasadnia wyrok .I nagle słyszę nagle słowa: „ofiara znała niemal całą przestępczą grupę wołomińską, miała kontakty z grupą markowską, kontaktowała grupę z redaktorem P. Sąd i to musiał wziąć pod uwagę”...

I zaraz potem cała trójka obrońców żąda zwolnienia do domu swoich klientów. A w mojej głowie karuzela jak po secie spirytusu. Na pytanie sądu, czy zgadzam się na wyjście tej trójki na wolność, jestem w stanie zaprotestować. Tylko jednym słowem „nie”.

Potem przyszły te myśli: Czy prokuratura zawaliła sprawę w całej rozciągłości? Apelacja nadzieją na sprawiedliwość?

A tu Święta Wielkanocne za pasem. Zapalę znicze na grobie żony, syna i córki. I co im powiem?

Internauci też nie mogą się pogodzić z tak niskimi wyrokami. Ktoś kto ma nick MC dwukrotnie powtarza pytanie:- „Czy to znaczy, że nie dostali dożywocia? W takiej sprawie to niemożliwe. Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem to tylko taka kara?”

Włącza się Znajoma: - „Mord ze szczególnym okrucieństwem potraktowany przez sąd, jak jakieś pobicie! Jestem wstrząśnięta, przecież to jest kpina!!! Brak mi słów, dla polskiej tzw. sprawiedliwości.

Sekunduje jej Paweł: - „Nie bardzo rozumiem takiego toku myślenia sądu. Wiadomo, że do każdego szczegółu się nie dotrze. Ale skoro wiadomo kto porwał i więził, to powinien odpowiadać i za śmierć”.

Ostatni wpis jest próbą wyciszenia emocji. - „Wyroki wyniknęły z niedociągnięć policji i prokuratury, zaniedbania wielu czynności na etapie śledztwa, a także z niezatrzymania faktycznych morderców. Oby przyszedł dzień, że prawda ujrzy światło dzienne - dla spokoju duszy Michała, Jego cierpiącego ojca i naszego bezpieczeństwa”..

Helena Kowalik

Reportaż ukazał się w wydaniu książkowym „Warszawa Kryminalna” rok 2010 Wydawnictwo Muza