Odezwał się dzwonek u furtki. Profesorowa wyszła na ścieżkę między kwiatami w ogrodzie wokół jej willi. Był słoneczny lipcowy ranek i kobieta z uśmiechem wypatrywała, któż to ją niespodziewanie odwiedza w tej podwarszawskiej arkadii. Koło parkanu stał młody mężczyzna w skórzanej czarnej kurtce, obok niego pancerny motocykl harley. Ktoś od Magdy*? - idąc w kierunku furtki pomyślała o córce, która na stałe mieszkała w Niemczech.

Nieoczekiwany gość miał arogancką, butną minę. Bąknął swoje nazwisko, po czym zatoczył ręką szeroki łuk w kierunku lewej części ogrodu mówiąc: „Jestem nowym właścicielem tej nieruchomości, jutro będę odmierzać swoją część, radzę nie przeszkadzać, bo ze mną nie wygracie”. I chciał otworzyć furtkę.

W tym momencie podszedł do ogrodzenia Jan G. 78 letni, emerytowany profesor politechniki. Uprzedził intruza, aby nie robił następnego kroku, bo może się to źle skończyć.

Gdy psy leniwie podniosły się ze swych legowisk, harleyowiec szybko odjechał, ale wkrótce zjawił się z geodetą.

Wtedy profesor wezwał policję i zażądał od intruza dokumentu potwierdzającego, że rzeczywiście posesja jest jego własnością. Młody mężczyzna okazał tylko akt notarialny na część parceli, w którym - co profesor po dokładnym obejrzeniu zauważył - numer repetytorium na stronie pierwszej nie zgadzał się z numerem na ostatniej. Nie był to oryginał, lecz kopia. Zawiadomiona policja kazała najeźdźcom opuścić teren.

Profesorowa zatelefonowała do córki - niech ratuje rodzinne gniazdo. Ojciec jest załamany, przecież na kupno tej parceli i budowę domu wydał oszczędności całego życia.

Do przyjazdu Magdy Jan G. już trochę się rozeznał w nowej sytuacji. Przede wszystkim sprawdził wpis parceli do ewidencji gruntów w gminie - z przerażeniem zobaczył, że obok jego nazwiska jako właściciela domu i połowy nieruchomości, druga część jest przypisana do spadkobierców Ferdynanda Ludwika Krola* - Jana Krola i jego zamężnej siostry Jadwigi .

Profesor zawiadomił prokuraturę o popełnieniu oszustwa. Przesłuchano odpowiedzialną za wpisy urzędniczkę. Stwierdziła, że w 2001 roku zgłosił się do gminy znany warszawski adwokat z wnioskiem o ujawnienie w ewidencji gruntów jako nowych właścicieli rodzeństwa Krolów spadkobierców Erwina - jedynego brata Ferdynanda Ludwika Krola. Mecenas przedstawił dokumenty: postępowania spadkowe i osobliwe pismo z sądu ksiąg wieczystych, gdzie w pierwszym akapicie potwierdzono zniszczenie przedwojennej księgi wieczystej nieruchomości, którą to zakupił w 1936 roku Ferdynand Ludwik Krol, a w drugim podaje się treść owego nie istniejącego wpisu..

Innych dokumentów, stwierdzających czarno na białym co naprawdę dziedziczą Krolowie, nie było.

Potem wypadki potoczyły się szybko. Po złożeniu przez profesora zawiadomienia o przestępstwie, sporna część parceli została błyskawicznie odsprzedana. Jak się później okaże, za jedną trzecią wartości i z wpisaną hipoteką. Zakładanie księgi wieczystej dla nowej właścicielki Beaty T. trwało zaledwie trzy dni.

Następnie jej adwokat wezwał pismem procesowym Jana G. do „wydania nieruchomości w ciągu pięciu dni; w przeciwnym razie wystąpi z powództwem o eksmisję i odszkodowanie”. Profesor wytropił, że nękający go mecenasi to ta sama kancelaria. A harleyowiec, który zamierzał kupić od Beaty T. ową działkę, jest właścicielem dużej agencji nieruchomości w Warszawie.

 xxx

 - Wszystko się wyjaśni, odkręci, dajcie mi tylko trochę czasu - Magda pociesza załamanych rodziców i zaczyna przeglądać domowe archiwum. Do tej pory niewiele wiedziała o historii rodzinnego domu. Była przekonana, że stoi na jednej dużej działce.

Sprowadziła się do niego, gdy miała już kilkanaście lat, bo choć ojciec kupił parcelę w roku 1975, czyli zaraz po urodzeniu się jedynej córki, budowa domu ciągnęła się do 1992 roku.

- Tato, nie mogę znaleźć w twoich papierach dokumentu kupna - to było pierwsze zaskoczenie Magdy.

Bo profesor dysponował wyciągiem z księgi wieczystej na pół parceli. Co do drugiej części (faktycznie granicy między nimi nie było) pokazał umowę, spisaną na kratkowanej kartce papieru z datą 15 września 1975 roku:

„Niniejszym zaświadczam, że sprzedałam p. doc. dr Janowi G.(..) nieruchomość w .... położoną przy ul. (...) obejmującą działki leśne nr 392 i 394 wraz ze wszystkim, co się na nich znajduje... (Dalej jest informacja, że działka nr 392 ma księgę wieczystą i w oparciu o nią nastąpiło przeniesie własności. Natomiast sytuacja działki o numerze 394 jest bardziej skomplikowana).

.„Wobec braku pomiarów geodezyjnych, które zaginęły z ksiąg hipotecznych zaznaczam, że sprzedana nieruchomość ogrodzona jest siatką drucianą częściowo zniszczoną i graniczy z... (tu szczegółowy opis). Zaznaczam, że teren ten dziedziczę po mojej siostrze Janinie z domu Z. Podpis - Stanisława. K.”

- Tato, czyli tę część naszego ogrodu, gdzie nie ma zabudowań kupiłeś nieformalnie?!.

- Nie mogłem inaczej. Trudno było parcelę rozdzielać. Miały wspólny ogród, płot, pośrodku jedną furtkę. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że całość należała do Janiny Z.. Kupowałem od jej siostry, a jakimi drogami działka trafiła w jej ręce, nie wnikałem. Zapłaciłem za wszystko 190 tys. złotych, wówczas duże pieniądze. Podatek gruntowy płaciłem jeden, myślałem, że jest od całości. W gminie okazało się, że tylko do tej części, na której stoi nasz dom.

Magda jedzie do Archiwum Państwowego m.st. Warszawa. Udaje jej się potwierdzić informacje, że w 1936 roku tę nieruchomość zakupił od hrabiego Branickiego niejaki Ferdynand Ludwik Krol. Niestety, księga wieczysta zaginęła. Z aktu kupna sporządzonego przez notariusza Adama Branickiego wiadomo, że nowy właściciel mieszkał w Warszawie. (Jest podana ulica). Więcej informacji typu: data urodzenia, czy imiona rodziców nie zamieszczono.

Magda pyta ojca, czy słyszał od siostry Janiny Z. o Ferdynandzie Krolu. Nigdy. Ponownie udaje się do gminy. Chce wiedzieć, skąd zjawili się spadkobiercy. Okazuje się, że dokumenty dotyczące dziedziczenia przyszły z Dolnego Śląska. Trop prowadzi do sądów w województwie dolnośląskim.

Trzeba by zobaczyć te akta. Dla Magdy to rudna wyprawa, bowiem dopiero co przeszła ciężką chorobę. Ale determinacja w dotarciu do prawdy dodaje jej sił.

Zatem - kierunek Wrocław.

 xxx

 Musi się przekopać przez akta sądowe gromadzone od dziewięciu lat:

Zaczyna się od tego, że w 1993 roku Sąd Rejonowy dla m. Wrocławia Wydział Cywilny pozytywnie rozpoznał sprawę z wniosku Jadwigi Krol o stwierdzenie nabycia spadku po mężu Erwinie zmarłym 20 lat wcześniej.

Żona Erwina umiera w 1995 roku. W tym samym roku jej dzieci - Jadwiga i Jan zgłaszają we wrocławskim sądzie, że ich ojciec miał jedynego brata Ferdynanda Ludwika. Chcą odtworzyć krewnemu akt urodzenia, gdyż USC we Wrocławiu z niewiadomych przyczyn odmówił.

Wnioskującym wiadomo, że stryj Ferdynand zmarł w czasie wojny. Brak jednak jakichkolwiek na to dokumentów. Mają tylko zaświadczenie z USC w B. pod Łodzią, że akt urodzenia Ferdynanda Ludwika Krola nie istnieje. A oni twierdzą, że stryj na pewno się tam urodził.

Dochodzi do rozprawy. Pani Jadwiga (z zawodu nauczycielka, co w oczach sędziego dodaje jej wiarygodności) podaje, że po wojnie rodzina bezskutecznie szukała Ferdynanda. Nie wie, czy był żonaty. Jej brat Jan nigdy nie widział stryja.

Tylko na podstawie zeznań wnioskodawców i aktu małżeństwa dziadków, bez okazywania jakichkolwiek dowodów potwierdzających istnienie Ferdynanda Ludwika Krola, sąd uznał sprawę za dostatecznie wyjaśnioną. Ustalono treść metryki Ferdynanda: urodzony 08.05.1905 roku w B. Imię ojca: Gustaw Adolf; imię matki: Julianna. Nazwisko panieńskie matki: Buff.

Rok później Jan i Jadwiga z za pomocą warszawskiego adwokata specjalizującego się w odzyskiwaniu kamienic w Warszawie, występują do Sądu Rejonowego w K. z wnioskiem o uznanie za zmarłego Ferdynanda Ludwika Krola.

Jan Krol zeznał na rozprawie, że z Ferdynandem miał kontakt tylko we wczesnym dzieciństwie. Dokładnie pamiętał, że stryj mieszkał w Warszawie, podał nazwę ulicy. W rodzinie mówiło się, że ten krewny do końca życia pozostał kawalerem. Chyba był na wojnie; rodzice opowiadali, że walczył na wschodzie a potem podobnie jak Erwin w Armii Andersa. Później ślad po stryju zaginął. Jan pamięta, że ojciec szukał swego brata zaraz po wyzwoleniu, również za pośrednictwem Czerwonego Krzyża - ale bezskutecznie.

Jadwiga ostatni raz widziała stryja tuż przed napaścią hitlerowców. Od ojca wiedziała, że spotkał się z Ferdynandem w czasie wojny na terenach radzieckich.

Sąd nakazał zamieścić w „Kurierze Polskim” wezwanie do zaginionego Ferdynanda Ludwika Krola rodem z B., aby się zgłosił w ciągu trzech miesięcy, bo w przeciwnym wypadku zostanie uznany za zmarłego. Gdy upłynął stosowny termin, sąd uznał sprawę za wyjaśnioną: Ferdynand Ludwik Krol zmarł 9 maja 1946 roku o godzinie 24. Taką datę wpisano do aktu zgonu.

Magda wertując akta sądowe zauważyła, że dane osobowe Erwina są rozbieżne z przedstawianymi w akcie urodzenia Ferdynanda, stworzonym w 1995 roku. Erwin ma matkę Juliannę Słowińską, ojca Jana Krola. Ferdynanda natomiast urodziła Julianna Buff a jego ojcem jest Gustaw Adolf. Mimo to sąd uznał Ferdynanda za członka „tych” Krolów.

Po tym orzeczeniu w sprawie nastała cisza. Krewni jakby się zadowolili samym aktem zgonu, nie zrobili następnego kroku. Dopiero w 1999 roku od Jadwigi i Jana wpłynął do Sądu Rejonowego w K. osobliwy wniosek - o zmianę danych Erwina Krola

Imię jego ojca zostało poprawione z Jana na Gustawa Adolfa, nazwisko panieńskie matki z Słowińskiej na Buff..

Jak to uzasadniono? W protokołach z rozpraw nie ma wyjaśnienia. Sąd, mimo rażących rozbieżności, uznał obu mężczyzn za braci z tej samej matki i ojca.

Od tego momentu sprawa spadkowa ruszyła z kopyta.

W maju 2000 roku Jan Krol zeznał przed sadem, że jego ojciec, choć mieszkał na drugim końcu Polski, w celu odzyskania nieruchomości kilkakrotnie jeździł do podwarszawskiego miasteczka.

- W latach 90. - wspominał - ja też kilka razy się tam wybrałem. Parcela po stryju to właściwie kawałek lasu. Ale oddzielnie ogrodzony, z bramą wjazdową. Działka sąsiednia, na której znajdował się budynek mieszkalny, była tuż za płotem. Kiedyś zadzwoniłem do gminy i uzyskałem potwierdzenie, że jedynym właścicielem figurującym w ewidencji gruntów jest Ferdynand Ludwik Krol.

Trzy miesiące później sąd w K. uznał sprawę za dojrzałą do rozstrzygnięcia: spadek po Ferdynandzie dziedziczą jego jedyni krewni Jadwiga i Jan. Jako dowody, załączono postanowienia spadkowe po Erwinie, jego żonie, odpisy aktów urodzenia Ferdynanda i jego brata Erwina.

Na mocy tego prawomocnego orzeczenia, adwokat spadkobierców wystąpił do podwarszawskiej gminy o wpisanie do ewidencji gruntów prawowitych właścicieli parceli: Jana Krola i jego siostrę Jadwigę .

Profesor i jego rodzina nadal o niczym nie wiedzieli.

 xxx

Magda postanawia na stałe przeprowadzić się do Warszawy. Trzeba pomó  staremu ojcu w sprawach sądowych. Wprawdzie harlejowiec więcej już się nie pokazał, ale dziewczyna nie może spać spokojnie. Przecież gdzieś na Dolnym Śląsku toczy się przed sądem proces, w którym jacyś ludzi twierdzą, że należy im się połowa ogrodu rodziców. (Tak naprawdę już nie są „jacyś” - poznała ich na rozprawach w K. Jan Krol mówiąc przed sądem o Ferdynandzie Ludwiku Krolu raz po raz wyrażał się o nim „kochany stryj Fredzio”, a i w rozmowie z Magdą na wspomnienie F. L. Krola używał tego pieszczotliwego zdrobnienia).

Za namową córki emerytowany profesor wystąpił do Sądu Rejonowego dla Warszawy Praga Południe o stwierdzenie, że nabył sporną działkę przez zasiedzenie. Ale warszawskie młyny sprawiedliwości mielą powoli, trzeba długo czekać na rozpoczęcie procesowania. Tymczasem - jest rok 2005 - stan zdrowia profesora się pogarsza. Musi używać wózka inwalidzkiego. Przed sądem reprezentuje go córka.

Na rozprawę o zasiedzenie stawia się Jan Z. od urodzenia mieszkający w tej samej miejscowości, co profesor. Świadek jest kuzynem nieżyjącej już Janiny Z., której siostra sprzedała profesorowi sporną parcelę. Opowiada, że jego ciotka i Ferdynand Ludwik Krol byli przed wojną zaręczeni, zamierzali się pobrać. Zachowało się ich zdjęcie ze spaceru po Warszawie: Ona młodziutka, o prezencji panienki z dobrego domu (szary kostium, biała bluzka z kołnierzykiem zapiętym pod szyję, krótkie skręcone włosy w sam raz do noszenia beretu), siedzi na ławce obok pani w średnim wieku, ubranej równie nobliwie. Może to jej matka? Dziewczyna uśmiecha się lekko, jej rozmarzone spojrzenie skierowane jest przed siebie. On stoi obok i patrzy tylko na nią. Smukły, z początkami łysiny, przystojny.

Nim jednak doszło do ślubu, w 1936 roku kupili sąsiadujące ze sobą dwie nieruchomości. Ogrodzili wspólnym płotem, kazali zrobić jedną bramę. To miało być ich siedlisko.

Potem wybuchła wojna. Ferdynand wstąpił do Wehrmachtu. Na odchodne powiedział narzeczonej, że jeśli nie wróci, jego działka należy do niej. Pożegnali się i od tej pory słuch o nim zaginął.

Po wyzwoleniu Janina założyła rodzinę, zmieniła nazwisko. Nie szukała przedwojennego narzeczonego. Może nie mogła mu wybaczyć hitlerowskiego munduru? Aż do swej śmierci w 1956 roku zarządzała całą parcelą. Następnie nieruchomość przejęła jej siostra Stanisława R. Postanowieniem sądu z 1974 roku stała się jedyną jej właścicielką.

A dlaczego w latach 50. nie uregulowano praw spadkowych? Zdaniem Jana Z. na przeszkodzie stała antykomunistyczna działalność członków jego rodziny zaraz po zakończeniu wojny. Poza tym - brat Janiny walczył w dywizjonie 301 i pozostał w Anglii. Te fakty „obciążały” obie siostry, wolały nie przypominać się ówczesnej władzy.

- Czy możliwe było - dociekał sąd - aby siostra pani Janiny sprzedała profesorowi dwie działki jako swoje, choć miała prawa tylko do jednej?

- Nasza matka - zeznały dorosłe dzieci pani R. - była kobietą o wysokim morale. Na pewno wzięła pieniądze tylko za jedną nieruchomość, tę z księgą wieczystą.

Magda nie była zbytnio zbulwersowana oczywistym dla jej rodziców mijaniem się z prawdą potomków Stanisławy R.; wszak widziała pisemne jej oświadczenie o zbyciu dwóch nieruchomości i wycenę sprzedawanych parceli. Była pewna, że ojciec płacąc 190.000 zł kupił całość. Dla niej istotne było to wszystko, co po raz pierwszy usłyszała o Ferdynandzie Ludwiku Krolu, a mianowicie, że wstąpił do armii niemieckiej. Czy w tej sytuacji rzekoma rodzina z Dolnego Śląska „stryjka Fredzia” mówiła prawdę?

 xxx

 Poszukiwania zaczyna od internetu. Jako informatyk porusza się tam z dużą biegłością. Znajduje drzewko genealogiczne rodu Krolów. Na jednej z gałęzi rodowych widnieje Ferdynand (bez drugiego imienia) urodzony w 1899 w W. koło Grodziska Mazowieckiego - Skoro Ferdynand był w Wehrmachcie - zastanawia się Magda - to powinnam odnaleźć więcej o nim informacji w bazach archiwów niemieckich.

Wpisuje do wyszukiwarki interesujące ją hasła w różnych wersjach i dowiaduje się, że niejaki Ferdynand Krol żołnierz hitlerowskiej armii został pochowany w Warszawie, w zbiorowej mogile na Cmentarzu Północnym. Jedzie tam. Odszukuje nazwisko: Ferdynand Krol ur. 1899, zmarł w 1944. Trapi ją niepewność, czy ten Ferdynand, którego odnalazła, miał na drugie Ludwik. Ponieważ archiwa mieszkańców W. znajdują się w Grodzisku Mazowieckim, tam szuka aktu urodzenia Ferdynanda. Dociera do metryki (po rosyjsku), a w niej cennej informacji: nie miał brata, tylko siostry!. A co najważniejsze, na drugie dali mu chrzcie Ludwik. Tłumaczy dokument na polski i do sprawy o zasiedzenie dołącza sugestię, że w postępowaniu spadkowym doszło do oszustwa. Sąd Rejonowy w Warszawie ignoruje te dowody, tłumacząc że rozprawa dotyczy zasiedzenia, a nie postępowania spadkowego. Sąd uznaje, że profesor działał w zlej wierze. Wprawdzie nawet tzw. zła wiara umożliwia zatrzymanie własności, ale musiałoby minąć 30 lat od przejęcia działki. A Janowi G. brakowało roku, aby znalazł się w takiej szczęśliwej sytuacji. Zasiedzenie zostało bowiem przerwane przez Beatę T. gdy wytoczyła profesorowi powództwo o wydanie nieruchomości

Sąd rejonowy w Warszawie oddalił wniosek profesora o zasiedzenie. W uzasadnieniu stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że Ferdynand Ludwik Krol zmarł 6 maja 1946 roku, spadek po nim odziedziczył jedyny brat Erwin, a następnie jego dzieci Jadwiga i Jan. W 2002 roku założyli oni dla tej części parceli księgę wieczystą. Rok później dokonano wpisu aktem notarialnym. Następnie rodzeństwo Krolow odsprzedało działkę Beacie T. Miało do tego prawo, wszak profesor w żadnej mierze nie był właścicielem drugiej części parceli bowiem nigdy za nią nie zapłacił.

Magda zakłada apelację - sprawa ponownie wraca do sądu rejonowego „ze względu na bardzo dużą ilość dowodów wskazujących na możliwość podstawienia spadkobierców”. Ale czekanie na rozprawy to już nie miesiące, lecz lata.

Córka profesora nie siedzi bezczynnie. Postanawia nadal zbierać informacje o Ferdynandzie.

Następny krok wykonuje całkowicie w ciemno, pod wpływem impulsu: a może ten Ferdynand studiował przed wojną na Politechnice Warszawskiej? Ponieważ sama jest absolwentką tej uczelni napisała, jak do swoich, czego szuka.

Po tygodniu odzywa się telefon. - Mamy takiego - mówi chętna do pomocy archiwistka, ale on nie skończył studiów. Zachowało się siedem podań o urlopy dziekańskie i ponowne przyjęcie. Z życiorysami. Początkowo student Krol pięknie je kaligrafował, z biegiem lat zatracił tę umiejętność.

Magda starannie ogląda pożółkłe papiery. Porównuje sposób stawiania liter z podpisem Ferdynanda Ludwika Krola na akcie kupna parceli od notariusza Branickiego. Widzi duże podobieństwo. Miarodajnie jednakże mógłby się wypowiedzieć tylko grafolog.

W międzyczasie przychodzą z Bundesarchiv dokumenty Ferdynanda Ludwika Krola z jego zdjęciem i szczegółowymi informacjami: Syn Ludwika i Katarzyny Haebe, ur. 11.01.1899 r. w W., chrzczony w tamtejszej parafii ewangelicko-augsburskiej. Miał tylko siostry: Joannę, Apolonię, Amalię, Adolfinę. W latach 1910-1915 uczęszczał do szkoły realnej w Warszawie. W latach 1916-1918 uczył się w Charkowie, następnie studiował na Politechnice Warszawskiej. Wówczas mieszkał kolejno przy ulicach (...) Wiadomo też, jaki miał wzrost (164 cm), wagę (60 kg), kolor oczu (szare), uszczerbki w zębach.

Natomiast w danych z Deutsche Dienstelle podana jest data, miejsce i przyczyna śmierci Ferdynanda Ludwika Krola strzelca wyborowego z niemieckiego batalionu policyjnego kompanii Monnek.: 02.08.1944 roku, na ul. Górnośląskiej w Warszawie, w czasie walki z powstańcami.

Zatem wszystkie dane osobowe Ferdynanda z archiwów polskich, niemieckich, z Politechniki Warszawskiej i aktu urodzenia - zgadzają się.

Magda dociera do przedwojennej księgi wieczystej kamienicy na warszawskim Mokotowie, gdzie przed wojna mieszkał Krol. Niestety, takie nazwisko tam nie figuruje, choć ten adres Ferdynanda widnieje w akcie notarialnego zakupu nieruchomości od hrabiego Branickiego. Wypytuje o wojenne losy budynku w Muzeum Powstania Warszawskiego. Wiadomo tylko tyle, że mieściła się tam od 1939 r. główna siedziba gestapo.

 xxx

 Na rozprawie o zasiedzenie córka profesora porównuje dane osobowe „jej” Ferdynanda z danymi przedstawionymi przez spadkobierców. Na swój użytek, tego drugiego, z odtworzoną w sądzie metryką i aktem zgonu, nazywa fantomem.

Wygląda to tak:

Ferdynand nr 1 (ten od Magdy ) urodził się 11.1.1899 roku. Ferdynand fantom - 08.05.1905 r. Pierwszy w W. na Mazowszu, drugi w B. woj. łódzkie. Imiona rodziców tego pierwszego: Ludwik, Katarzyna. Drugiego - Gustaw Adolf i Julianna. Nazwisko panieńskie matki u pierwszego: Haebe. U fantoma - Buff.

Pierwszy miał wyłącznie siostry, drugi, jak podają rzekomi spadkobiercy, tylko brata Erwina. Pierwszy studiował na Politechnice Warszawskiej; co do wykształcenia fantoma zabiegający o spadek nie mają żadnej wiedzy.

Gdy Niemcy zajęli Polskę, pierwszy służył w Wehrmachcie; drugi, jak sugeruje jego rodzina, był w Armii Andersa.

Pierwszy zginął 02.08.1944 r. w walce z powstańcami na ulicy Górnośląskiej, drugi - 09.05.1946, miejsce śmierci nieznane.

Pierwszy ma grób na Cmentarzu Północnym w Warszawie; co do drugiego nie ma w tym względzie żadnych danych. (Kochająca rodzina nie zadbała o postawienie stryjkowi chociaż krzyża?)

Magda stawia na rozprawie pytania:

Czy mogło istnieć dwóch Ferdynandów Ludwików Krolów o tym samym adresie w Warszawie, równocześnie kupujących od hrabiego tę samą nieruchomość? Dlaczego od 52 lat nikt nie interesował się sporną dziś nieruchomością? Dlaczego Erwin Krol, skoro od roku 1945 był przekonany, że ma parcelę po nie żyjącym jedynym bracie (rzekomo oglądał ją przez płot) nie odtworzył aktu urodzenia Ferdynanda, ani nie przeprowadził postępowania spadkowego?

Na dowód, że Ferdynand kupujący od Branickiego ziemię w owej podwarszawskiej gminie to ten sam, który wcześniej pisał podania o urlopy dziekańskie na Politechnice, Magda okazuje na rozprawie sześć dokumentów z archiwum uczelni. Adwokat strony przeciwnej wybiera dwa pierwsze, pisane kaligrafią. Na ich podstawie grafolog nie może stwierdzić, czy litery na pismach studenta i na akcie notarialnym nakreśliła ta sama osoba. Magda nie daje za wygraną i występuje o wykonanie ekspertyzy wszystkich dokumentów z politechniki i aktu notarialnego do wybitnego grafologa biegłego sądowego prof. Tadeusza Tomaszewskiego z Uniwersytetu Warszawskiego. Sąd wniosek o powołanie tego specjalisty ignoruje; profesor wykonał więc obszerną, liczącą 18 stron ekspertyzę na zamówienie prywatne.

Konkluzja jego badań: wszystkie teksty „zostały nakreślone przez tego samego wykonawcę”

Ekspertyza jeszcze nie wpłynęła do sądu, gdy Jan Krol oznajmia na rozprawie, że jego zdaniem było dwóch Ferdynandów Ludwików o tym samym nazwisku. I on dochodzi spadku po urodzonym w B.. Skoro profesor Jan G. doszukał się właściciela rodem z W. to znaczy, że spór toczy się o dwie różne osoby. Zatem rodzina Magdy nie ma w sprawie interesu prawnego.

Takie stanowisko zajął też sąd...

Ale Magda nie poddaje się. Aby udowodnić, że drugiego Ferdynanda Ludwika Krola nigdy nie było, zaczyna poszukiwania genealogiczne od strony Erwina i jego rodziny.

„Uczepia się” dwóch informacji, które podał w sądzie Jan. Otóż na pytanie, dlaczego niektóre dane osobowe jego nieżyjącego już ojca we wniosku spadkobierców z 1999 roku były inne, niż w pierwotnej metryce wyjaśnił, że Erwin sfałszował za życia swoje dane, chciał w ten sposób zatuszować przed służbami bezpieczeństwa pobyt w Anglii.

Ponadto Jan przedstawił akt małżeństwa Erwina z Parafii Rzymsko-Katolickiej z Wyszogrodu.

Magda jedzie zatem do Wyszogrodu, gdzie Erwin Krol przed wojną brał ślub i gdzie urodziła się dwójka jego dzieci: Jan i Jadwiga. Dzięki pomocy kierowniczki USC odnajduje kopię aktu małżeństwa, akty urodzeń dzieci. W księdze parafialnej nie ma wzmianki, że nastąpiła zmiana obrządku.

Od dyrekcji Szkoły Podstawowej w Wyszogrodzie dowiaduje się, że Erwin miał, owszem, brata – ale Gwidona, a nie Ferdynanda. Pojawia się kolejna zagadka; w 1958 roku Gwido, podobnie jak Erwin, zmienił sobie dane w akcie urodzenia. Od tej chwili nazywa się Krola. A matka jest z domu Sowińska. Dlaczego? Trudno znaleźć wyjaśnienia dla tych decyzji. Zapewnienia Jana Krola, że jego ojciec chciał zatuszować pobyt w Armii Andersa, nie trzyma się logiki, gdyż Erwin w księdze meldunkowej podawał jako poprzednie miejsce zamieszkania Anglię. Niczego nie ukrywał.

Magda zwraca się do Ministry of Defence w Anglii (gdzie zachowało się archiwum żołnierzy Andersa) o ujawnienie jej dokumentów Erwina Krola. Otrzymuje odpowiedź, że człowiek, o którego jej chodzi, służył w Wehrmachcie, a wyjechał do Anglii dopiero po wojnie, po wyzwoleniu przez Andersa żołnierzy niemieckich zamkniętych w obozie jenieckim we Włoszech.

Jeszcze jedno oświadczenie Jana złożone na sali sądowej nie wytrzymuje weryfikacji: że Erwin po wojnie szukał brata Ferdynanda przez PCK. Anna dostaje z tej instytucji odpowiedź na piśmie: „W imiennej ewidencji spraw prowadzonych przez PCK takie zgłoszenie nie figuruje”.

 xxx

 W siódmym roku walki córki profesora o zachowanie rodzinnego gniazda, zaczęły się pojawiać pierwsze sukcesy.

Przede wszystkim państwo G. wygrywają sprawę o zasiedzenie.

Ale są i przegrane. Jak ta przed Sądem Rejonowym Warszawa Praga o uchylenie aktu urodzenia Ferdynanda (powstałego w wyniku zabiegów Jana i Jadwigi Krolów). Po półtorarocznym czekaniu na pierwszą rozprawę, Magda wysłała do sądu prośbę o przyspieszenie terminu ze względu na kalendarz wokand w kwestii postępowania spadkowego po Ferdynandzie Ludwiku Krolu. Całkowity brak odpowiedzi skłonił ją do złożenia skargi do prezesa sądu. W rewanżu jej wniosek o uchylenie aktu urodzenia F.L Krola został całkowicie oddalony na posiedzeniu niejawnym.

W uzasadnieniu napisano, że podnoszone uwagi, jakoby Ferdynand urodził się z innych rodziców, w innej miejscowości i innego dnia to nic innego, jak „drobne uchybienia”. Ponadto sędzia nie wiedział, który akt ma być w końcu uchylony i zasugerował drogę administracyjną prostowania ewentualnych błędów popełnionych w czasie procesu sądowego.

Natomiast złożony w Sądzie Rejonowym w K. na Dolnym Śląsku wniosek o uchylenie postępowania spadkowego został oddalony „ze względu na brak interesu prawnego ze strony prof. G.”. Orzeczenie wydała ta sama sędzia, która w roku 1996 roku uznała Ferdynanda Ludwika Krola rodem z B za zmarłego. Magda złożyła w imieniu swego ojca apelację.

Zawiadomiła też o całej aferze z wydarciem majątku jej rodziców przez podstawionych spadkobierców Prokuraturę Rejonową w Warszawie. Po kilkakrotnych interwencjach zainteresowano się w końcu tą sprawą.

Również Prokuratura w Kamiennej Górze rozpoczęła śledztwo, po zgłoszonym przez Magdę zawiadomieniu przestępstwa spadkowego przez Jana i Jadwigę Krolów, którzy „zapomnieli” o istnieniu brata Gwidona.

Choć nikt już nie zabierze ogrodu - dumy profesorowej G., Magda nie odłożyła jeszcze na półkę swych detektywistycznych tropów. Na portalu ‘Nasza klasa” odkryła córkę Gwidona Krola. Dorosła dziś kobieta kategorycznie zaprzecza istnieniu w jej rodzinie Ferdynanda.

Zdobyła też metryki dzieci Julianny z domu Buff i Augusta Karola Krola. Są to: Natalia ur. w .1901 roku; Artur ur. w 1903 i Alfred rok ur. 1905. Wbrew temu co Jan i Jadwiga Krolowie twierdzili w sądzie, nie było Ferdynanda! No i Erwina.

 Helena Kowalik

*Imiona i nazwiska osób występujących w reportażu zostały zmienione.

 Reportaż ukazał się w wydaniu książkowym „Warszawa Kryminalna” rok 2010 Wydawnictwo Muza