Przed gmachem opery we Lwowie tłum. Przeważają siwe głowy i niemodne, choć odświętne ubrania. Ktoś komuś rzuca się w ramiona, wszędzie słychać polską mowę. Afisz na gmachu opery tłumaczy wszystko: trwają Dni Kultury Polskiej na Ukrainie. Za kilka minut wystąpią zespoły amatorskie ze Lwowa, Sambora, Drohobycza, Stryja i innych miejscowości. Piękne głosy, dobrze ustawione. Trudno będzie się powstrzymać od ukradkowego ocierania łez, gdy chłopięcy chór zaśpiewa na dwa głosy refren pieśni do matki: „Tobie winienem miłość, a ojczyźnie życie”.

Prawie wszyscy występujący zaprezentują się w tym tonie: „Być Ojczyźnie wiernym, a kochance stałym/ (...) a gdy przyjdzie zginąć w ojczystej potrzebie/ nie rozpaczaj dziewczę, zobaczym się w niebie”.

Oklaski, bisy, biało-czerwony bukiet na scenie. W kulisach pospieszne przebieranie się - pociąg nie poczeka.

Nazajutrz polski Lwów plotkuje, kogo ze znanych osób nie było. To oznaczałoby, że ten ktoś nie dostał lub nie przyjął zaproszenia od Emila Legowicza, prezesa Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej; mówi się, że wielu zasłużonych Polaków jest źle traktowanych przez zawiadującego towarzystwem.

Nie pojawiła się Bożena Rafalska, redaktor naczelna „Lwowskich Spotkań miesięcznika polskiego środowiska artystycznego we Lwowie, a wcześniej, przez 10 lat naczelna reaktywowanej przez nią „Gazety Lwowskiej (Pismo ukazywało się od 1811 r., w 1944 r. zostało zamknięte na ponad pół wieku). Nie było państwa Cydzików, bardzo zasłużonych dla cmentarza Orląt, ks. Andrzeja Kurka, proboszcza z Sambora, nie udało mi się znaleźć Tatiany Bojko ze Stryja, Adama Chłopka z Drohobycza. I wielu innych.

Postanawiam odwiedzić tych legendarnych już „konserwatorów” polskości w miejscu ich zamieszkania.

Ostali się mandoliniści

W 1991 r. Adam Chłopek, obecnie dyrektor sobotniej szkoły polskiej w Drohobyczu i członek rady parafialnej, zaapelował do wiernych w parafiach III RP: - Kochani bracia Rodacy. Z woli Bożej przyszło nam żyć poza krajem. Należymy do rzymskokatolickiej parafii św. Bartłomieja. Nasz kościół ufundował w 1392 r. Władysław Jagiełło. Wnętrze gotyckiej świątyni zdobiły freski, witraże wykonane przez Matejkę, Wyspiańskiego i Mehoffera. Były liczne obrazy, barokowe ołtarze, organy, bogata biblioteka. Wszystko to przepadło po przymusowym zamknięciu świątyni w 1949 r. przez KGB. Książki z biblioteki służyły do podpalania w piecyku Urzędu Ochrony Zdrowia mieszczącego się w zakrystii. Jako opału używano ławek, konfesjonałów, ołtarzy. Organy zostały sprzedane do konserwatorium w Tbilisi. Od 1979 r. było tu muzeum ateizmu. (...) Za Gorbaczowa rozpoczęliśmy starania o odzyskanie kościoła. Po dwóch latach obijania progów w Moskwie, Lwowie i Drohobyczu w Wigilię 1989 r. znów odbyła się msza. Ale stan kościoła jest straszny (...) Prosimy o pomoc. Rada parafialna

Z Senatu dostali trochę pieniędzy na remont dachu. I to, niestety, wszystko. 13 lat później stoję przed tą warowną gotycką farą. Zaraz przyniesie klucze kościelny, Stanisław Winiarz, lat 74, opowie, co tu przeżył, gdy przyszli Niemcy, potem banderowcy. Dlaczego nie wyjechał wtedy z rodziną do Polski? Bo czekali na ojca, którego bolszewicy wywieźli na Sybir. Wrócił w 1954 r., rodzina mogła się pakować, ale wtedy on, najstarszy syn, dostał powołanie do wojska. I tak zostali.

Pan Stanisław tylko troszkę kaleczy polską mowę, gdy opowiada: parafia ma 422 dusze. Jeszcze w latach 70. palili tu w kościele ognisko.... Idę za jego wzrokiem ku gotyckim sklepieniom czarnym od sadzy. Tylko gdzieniegdzie widać cień kolorowych polichromii. - Ciężko chwalić Pana - wzdycha kościelny - gdy ani jednego świętego na ścianach.

Gdyby na renesansowym, nietypowym dla tego rodzaju świątyń krużganku zachowały się gromadzone tam książki (widać tylko gołe półki), mogłaby tam do dziś leżeć „Atlantyda” Andrzeja Chciuka, wydana w 1969 r. przez Polską Fundację Kulturalną w Londynie. Autor, drohobyczanin, mieszka w Australii. „Atlantyda” jest jasnym jak beztroskie dzieciństwo wspomnieniem przedwojennego Drohobycza. Znajduję tam rozdział i o Jagiełłowej katedrze: Wypiękniała szczególnie, gdy jej dziekanem był ks. dr Kazimierz Kotula. „Chodząc z tacą w czasie mszy - wspomina go Chciuk - napierał potężnym brzuchem na ociągających się przed otwarciem portfela. A gdy przystanął koło znanego z chytrości starosty, to aż do plafonu niósł się Kotulowy krzyk:- Zapłać! (bo pierwsze słowo „Bóg” mówił szeptem). I czekał, aż na tacę spadnie 5 zł. Wszystko szło na wyposażanie fary.

Kotula uratował w czasie okupacji niemieckiej kilku Żydów. Ale nie mógł ich uchronić przed pogromem. Ludność z pejsami, w chałatach i jarmułkach, mieszkała w Drohobyczu wszędzie, miała też swoją dzielnicę Łan. Pisze Chciuk:„Nosło się stamtąd wiele ch woni. (...) Oto na płachcie gazety pokrytej ciasno literkami jidysz suszyły się pestki dyni, ówdzie na stołach przed świętem Purym zastygały wonne, brunatne i lepkie makagigi, dalej biło w nos naftaliną i stęchlizną; to od Szmula Rosenzweiga, handlarza starzyzną. Był jeszcze mizerny sklepik: szwarc, mydło i powidło z dyndającym dzwonkiem nad drzwiami. Na tle zakurzonych półek ze słojami landrynek stał zapatrzony w wieczność stary Kuba, którego nikt nie pamiętał z nazwiska. Kupiec zawieszał wzrok na pobliskiej blaszanej kopule synagogi, największej na ziemiach II RP.” Dziś została z niej tylko jedna ściana. Gruzowisko służy jako miejski szalet.

Adam Chłopek nie może pamiętać sklepiku Rosenzweiga, bo urodził się już po wojnie. Ale pieczołowicie pielęgnuje ostatnie ślady po przedwojennym, wielonarodowościowym Drohobyczu – tego nauczyła go matka. Trzeba być przygotowanym na lata lisich starań, zabiegów. Z Ukraińcami tak już jest. Nawet jeśli obiecają, potem nie dotrzymują słowa. W 1992 r. miejscowi Polacy chcieli postawić pomnik Brunonowi Schulzowi, w 50. rocznicę zastrzelenia pisarza przez gestapowca na jednej z ulic Drohobycza. Władze się nie zgodziły. Jeszcze raz podjęli tę inicjatywę w 2001 r., gdy wybuchł skandal związany z wywiezieniem fresków Schulza (to były bajki wyrysowane na ścianie pokoju dziecinnego w domu hauptscharführera Feliksa Landaua) przez wysłanników izraelskiego instytutu Yad Vashem. Wtedy kierownik miejskiego domu kultury, Mykoła Mychać, powiedział wprost: - Ten Schulz nikogo u nas nie obchodzi.

Chłopek znalazł inny sposób na zachowanie pamięci o wybitnych rodakach: Kazimierzu Wierzyńskim, który w Londynie tęskniąc za swymi stronami ojczystymi, napisał: „Bo nie ma ziemi wybieranej,/ jest tylko ziemia przeznaczona/ ze wszystkich bogactw cztery ściany/ z całego świata tamta strona” o Brunonie Schulzu, pisarzu, dlaktórego Drohobycz, choć w twórczości nienazwany, to było ”miasto jedyne; założył sobotnią szkołę polską. Dziś cieszy się ona taką renomą, że zaglądają do niej i młodzi Ukraińcy. Maluchy uczą się na pierwszej lekcji recytacji: „Kto ty jesteś / Polak mały; (autor wiersza, Władysław Bełza, leży na cmentarzu Łyczakowskim). W starszych klasach uczniowie dowiadują się, że dzisiejsza ulica Stryjska w Drohobyczu to w „Sklepach cynamonowych”; ulica Krokodyli.

Prawda, niewiele na niej śladów po rozpasaniu w czasach naftowego bumu, który prawie sto lat temu ogarnął Drohobycz. Z eklektycznej architektury i nowobogackich willi (równocześnie z budową kamienic zaczęły się afery naftowe, w Drohobyczu osiedliło się ponad stu adwokatów z innych miast Galicji i Lodomerii) pozostały tylko mansardowe dachy, ozdobne obramienia okien i zalotnie wybrzuszone balkony.

A w budynku dzisiejszego Uniwersytetu Pedagogicznego mieściło się kiedyś gimnazjum im. Władysława Jagiełły. Uczył w nim rysunku nieśmiały z powodu widocznego platfusa, lekceważony przez grono pedagogiczne z powodu żydłaczenia Bruno Schulz.

„Moja zatopiona Atlantyda” - pisze Chciuk. I na wieczne czasy przenosi na papier zapamiętane osobowości przedwojennego Drohobycza: filigranowego aptekarza Gorgoniusza Tobiaszka jak z grafiki Schulza w staromodnym tużurku, z olbrzymimi cwikierami i pożółconymi od papierosowego dymu wąsami. Chodził po rynku z weterynarzem Czubatym, który do końca życia nie mógł rozstrzygnąć kwestii: jest Polakiem, czy Rusinem (ewentualność Ukrainiec w ogóle do niego nie docierała). Odpowiadał sam sobie: - Ta ja naprzód zdaji si jezdnym drohobyczaninem.

A także powstańców styczniowych w mundurach i niebieskich rogatywkach, którzy mimo podeszłego wieku pili na rynku z gwinta i śpiewali: „W krwawym polu srebrne ptasze, poszli na bój chłopcy nasze, hu ha krew gra, duch gra hu ha, niechaj Polska zna, jakich synów ma”.

Głosy były skrzeczące, frazy przerywane w nieodpowiednich momentach, bo kombatantów zatykała starcza zadyszka.

Albo taka zapamiętana scena z 1937 r. przed pocztą na Jagiellońskiej, gdy 2 tys. Polaków czekało na wynik meczu polskiego Junaka z lwowską Ukrainą we Lwowie. Panowała taka cisza, że słychać było tylko litanię z kościoła; ksiądz nie mógł odmówić nabożeństwa starym kobietom z kółka różańcowego, ale otworzył drzwi i też nasłuchiwał komunikatów. W pewnej chwili wyszedł sam naczelnik poczty i ze wzruszenia płacząc, krzyknął piskliwie: - Wygraliśmy 4:3!

Tłum oszalał. W pobliskim kinie przerwano wyświetlanie filmu, operator drżącą ręką napisał na kartce: „Cziąg dalszy za chwyle, sze nabilo Ukraine 4:3”

Poczta jest w tym samym miejscu, ale darmo szukać spontanicznej radości tłumu. Po ulicy chodzi homo sovieticus; upodlony biedą, wobec obcych szczególnie burkliwy, nieprzyjazny. I nie ma niedzielnych zabaw w pobliskim uzdrowiskowym Truskawcu, gdzie tak pięknie przygrywał zespół mandolinistów.

Andrzej Chciuk zachował zdjęcie z 1939 r., właśnie odbierał nagrodę: alabastrowy komplet na pióra i ołówki. „- W imieniu Zarzondu Zdrojuwegu i naszy urkiestry mam zaszczyt wrenczyć panu pierwszy nadgrody na konkursi na najlepszegu dyrygienta i komika. Na nastepny niedzieli panstwu zobaczu i uslyszu naszu orkiestru z uwerturzy z Cyrulika Cebulskiegu - bałakał juror.

Już nie usłyszeli. Nazajutrz na małym truskwieckim dworcu stały pulmanowskie wagony do Warszawy. Zapłakana panna żegnała swego podporucznika rezerwy w pięknie wyprasowanym mundurze. Pociąg gwizdnął, młody mężczyzna posłał dziewczynie jeszcze jednego całusa, a kolejarz powiedział: „Tak go pani zacimkałaś, że liszaji dostanie pan porucznik”.

A te stare melodie z Truskawca odtworzyła niedawno Lucyna Nielepa, ucząca w sobotniej szkole muzyki i razem z dziećmi koncertująca na polskich imprezach. Byli też oklaskiwani na festiwalu w Mrągowie.

Koziołek poprowadzi

Czterdziestokilkuletnią Tatianę Bojko ze Stryja zastaję w zarośniętym pokrzywami ogródku. Stoi zamyślona; zastanawia się, jak wykorzystać ten spłachetek gruntu w środku miasta. Może letnia kawiarenka, jakiś klub dla młodzieży? Budynek wraz z ogródkiem wykupiła Fundacja Pomoc Polakom na Wschodzie dla prowadzonego przez Tatianę Centrum Kulturalnego Wspólnoty Polskiej w Stryju im. Kornela Makuszyńskiego (300 członków, w tym setka dzieci). Po długich staraniach, w 120. rocznicę urodzin polskiego pisarza, Bojko usiłuje zamontować tablicę od wdzięcznych rodaków na budynku, gdzie Makuszyński przyszedł on na świat.

Przez całe wakacje polskie dzieci rysowały przygody Koziołka Matołka i przy tej okazji wzbogacały swoje słownictwo. Tatiana Bojko twierdzi, że urodzonym w Stryju Makuszyńskim można jeszcze długo „grać” bo dzieci chętnie się uczą tekstu, aby wystąpić w szkolnym teatrzyku. Na ulicach Stryja coraz mniej okazji, aby usłyszeć polską mowę.

- Nie mamy już polskiej inteligencji ze starszego pokolenia, wyjechali - zauważa Tatiana, z zawodu inżynier ceramik. Stosunek miejscowych władz do tych Polaków, którzy zostali? - Nasz kraj, Ukraina, jest nie tak mocno demokratyczny – zauważa ostrożnie prezeska centrum. Celowo powiedziała: nasz kraj, ona ze Stryja się nie wyprowadzi. Owszem, miałaby gdzie: w Krośnie, skąd w 1939 r. wywieziono jej ojca do Kazachstanu, zostało sporo rodziny, przede wszystkim babcia. Ale, tłumaczy, to taka radość, gdy ci sobotni, już podrośnięci uczniowie z własnej woli zaglądają do biblioteki (książki są darem Uniwersytetu Śląskiego, także oprogramowanie komputerowe) i proszą o „coś dobrego, po polsku, takiego, wie pani...”

- Nigdy nie wiadomo - zamyśla się Bojko - w którym pokoleniu odezwie się genetyczny kod polski. Ten maturzysta Hałas, który tak porywająco, z głębokim zrozumieniem recytował wieszczów w operze, ma matkę Ukrainkę. Ale ojca Polaka.

Parafia jak trampolina

W Samborze proboszcz Andrzej Kurek założył parafialny zespół śpiewaczy. A gdy już wszystko dopiął na ostatni guzik, siostra zakonna, która ten chór prowadziła, została, wbrew proboszczowi, odsunięta przez osobę świecką. - Teraz pieniądze z Warszawy, konkretnie z Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie czy Stowarzyszenia Wspólnota Polska, idą z pominięciem naszej parafii żali się ksiądz. - Ja już o niczym nie jestem informowany. Przypadkowo byłem ostatnio w Ustrzykach. Od miejscowych władz dowiaduję się, że przyjeżdża polski chór parafialny z Sambora. Wysłało go Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej. Mniejsza o to, że połowę śpiewaków stanowili Ukraińcy, ale dlaczego ja o tym nie wiedziałem?

To częsta sytuacja w środowiskach polskich na Ukrainie: impuls do pielęgnowania ojczystej kultury wychodzi z miejscowej parafii, a gdy już jest się czym pochwalić, sukces zapisuje na swe konto Towarzystwo Kultury Polskiej. I ono przejmuje dotacje z Polski. Proboszcz ma powody do rozżalenia. Wiele zrobił, aby kościół w Samborze stał się przystanią dla zabiedzonych i wystraszonych Polaków. Tu umierano nie tylko z głodu. W 1941 r. NKWD zamordowało 570 osób. To, że XVI-wieczna katolicka świątynia miała otwarte podwoje nieprzerwanie od 1945 r., jest zasługą przede wszystkim nieustraszonych księży. Aż do 1988 r. byli prześladowani.

Zaraz po wrześniowej agresji Niemiec i ZSRR parafia została pozbawiona wszystkich budynków poza kościołem, którego los też się wydawał przesądzony. Sowieci zajęli plebanię na porodówkę, potem urządzono tam muzeum Bojkowszczyzny. Wtedy wierni postanowili sami wybudować nową parafię. Choć było to jak porywanie się z motyką na słońce, dopięli swego. Gdy napotykali biurokratyczny opór miejscowej władzy, ks. Kurek pisał do ZG Związku Ukraińców w Polsce, aby wsparli go moralnie i wyjaśnili samborskim urzędnikom, że w Polsce nie prześladuje się mniejszości ukraińskich.

Łotysz z Sambora

Działaczom towarzystwa musiał też rzucić rękawicę ks. Kazimierz Halimurka, proboszcz parafii w dawnym Stanisławowie, dziś Iwano-Frankowsku. Początkowo towarzystwo liczyło 90 osób. Pierwsze spotkania były w wyremontowanym kościele. Kiedy budowali nowy dom parafialny, uzgodnili, że będzie on otwarty również dla każdej organizacji polskiej. - Przyszła pani prezes z towarzystwa - opowiada ks. Halimurka - siadła za biurkiem i mówi: - To jest nasze.

I jeszcze mi przegania dzieci z pobliskich wiosek, że nie potrafią poprawnie mówić po polsku, bo to bajstruki (znajduchy). Ja jej tłumaczę: - Wokół zruszczone wsie, to jak te dzieci mają się odzywać, trzeba z nimi pracować.

- Ale ja nie pozwolę na takie kaleczenie polskiej mowy, ja Polka!

Wtedy wypaliłem: - Bo wyproszę wasze towarzystwo z parafii. Członków macie już tylko 30, a parafian jest 2 tysiące.

- Niech ksiądz tylko spróbuje!

- Ale ja nawet próbować nie będę - odpowiedziałem, podnosząc się, a jak widać, ułomkiem nie jestem.

- Widzi pani – ksiądz zwraca się do mnie - z takich ludzi nieraz rekrutują się u nas działacze polskich towarzystw kulturalnych. Ale po co szukać w terenie, wystarczy przyjrzeć się sytuacji we Lwowie.

O proboszczu ze Stanisławowa krąży na Ukrainie wiele opowieści. Nie ma dla niego spraw nie do załatwienia. Pochodzi z Sambora. Żeby mógł wstąpić w latach 70. do seminarium, musiał wyjechać na Łotwę, nauczyć się tamtejszego języka, zostać Łotyszem. Ksiądz mówi, że odkąd dorósł, wyznaje zasadę:” Nie oglądamy się na trudności, robimy swoje”.

Krzyż będzie drogowskazem

Możliwe, że przejął tę maksymę od por. Eugeniusza Cydzika. Gdy spotykamy się po raz pierwszy, pan Cydzik w postawie na baczność recytuje mi rotę przysięgi, którą składał dowódcy AK w 1942 r.: „Będę wiernie i nieugięcie stał na straży honoru Polski, a o jej wyzwolenie będę walczył z bronią w ręku. Nagrodą zwycięstwo, a za zdradę śmierć!”.

Cydzik, podobnie jak pani Czesława, jego żona plastyczka, przeżył łagry w Workucie. Przez siedem najtrudniejszych lat, gdy ważyły się losy cmentarza Orląt, był prezesem Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie. Niszczono go, pomawiano. Dziś jest prezesem honorowym, zastąpił go młodszy Jan Franczuk. Mówi, że póki nie odejdzie na wieczną wartę, będzie dbał o groby swych rodaków, którzy tu w obronie ojczyzny zginęli.

Nie jest łatwo rozmawiać z miejscowymi władzami. Już raz przypłacił to zawałem. Ale oto album z fotografiami dokumentującymi to, co już zrobili: Gen. Kołyszko, kościuszkowski żołnierz, leżał na cmentarzu Łyczakowskim w zapomnieniu. Teraz ma krzyż z tabliczką. 63 zastrzelonych polskich żołnierzy pogrzebano w gliniance we wsi Malechów. Nie było żadnego znaku, że tam zginęli. - Przenieśliśmy szczątki na cmentarz katolicki - raportuje Cydzik. - Postawiliśmy im pomnik.

W Hucie Pieniackiej 28 lutego 1944 r. zamordowano tysiąc mieszkańców, głównie Polaków. Miejscem kaźni jest ugór. Władze ukraińskie twierdzą, że to robota funkcjonariuszy NKWD przebranych w mundury UPA. Ale miejscowi, którzy poznali niektóre twarze, są przekonani, iż mordercami byli ci z UPA. - Ofiarom należał się krzyż - tłumaczy swoją determinację prezes.

Upamiętnili też groby w Trzech Kopcach, gdzie walczył z Niemcami gen. Sosnkowski. Itd., itd. Nie było nawet krzyża na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie, gdzie wymordowano polskich profesorów. Eugeniusz Cydzik: Władze miasta odmówiły pomocy, więc choć większość z nas to emeryci, wszystko, co się należy pamięci ofiar, zrobiliśmy sami. Notabene prezes uważa się za bogatego, jego miesięczna pensja to 200 hrywien (5,4 hryw. = 1 dol.), żona otrzymuje 40 hrywien.

Stale trzeba krążyć po zabytkowym cmentarzu Łyczakowskim, gdyż Ukraińcy rabują polskie pomniki. Na grobowcu księdza prałata Stanisława Sokołowskiego ktoś położył tablicę informującą, że to miejsce pochówku niejakiego Bałki. Polskie Towarzystwo Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie zaczęło składać wieńce z patriotycznymi napisami, palić lampiony i w końcu tablica zniknęła.

Uratowano też orła z pomnika gen. Bolesława Popowicza, dowódcy lwowskiego garnizonu. Wyrwany z nagrobka orzeł został wmurowany w postument pomnika Lenina. Gdy pomnik Lenina rozwalono, Cydzik schował orła u siebie w domu, a następnie zaniósł go do konsulatu. I jeszcze jeden dokument z biurka honorowego prezesa: poświadczenie przekazania na odbudowę cmentarza Obrońców Lwowa 12.630 dol. Tyle zebrali członkowie Towarzystwa.

- Wiem - mówi prezes - że to była kropla w morzu potrzeb, ale dla nas ogromna suma.

Czterech czytelników

Są w Polsce stowarzyszenia i fundacje, które wspierają Polaków we Lwowie i okolicy. Jedne robią to za pośrednictwem Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, drugie same szukają kontaktów. Tadeusz Samborski, prezes Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, chce, aby wszystkie organizacje polskie na ziemi lwowskiej zjednoczyły się i podporządkowały Emilowi Legowiczowi. Ale wśród Polaków prezes nie ma dobrej renomy. Nie miałam możliwości konfrontacji, prezes nie chciał ze mną rozmawiać, gdy tylko dowiedział się, że szukam kontaktu z byłą naczelną Gazety LwowskiejBożeną Rafalską.

Lwowscy Polacy odsunięcie tej pełnej pomysłów osoby od redagowania Gazety odebrali jako skandal. Legowicz, który z wykształcenia jest elektromonterem, na miejscu niepokornej Rafalskiej posadził młodą Rosjankę po polonistyce na KUL-u. Rozmawiałam z nią, przejrzałam też ostatni rocznik pisma. Gazeta aż kapie od serwilistycznych ukłonów pod adresem prezesa. Reszta materiałów to czytanki katechetyczne z inwokacją: Módlmy się. Śmieszy to nawet proboszczów. Czy ktoś w Senacie przyznającym pieniądze na redagowanie Gazety Lwowskiej przyjrzał się, jak jest robiona? Obecna naczelna wyrzeka, że już nie wie, o czym ci Polacy chcą czytać. Ankietę dla czytelników wypełniły cztery osoby. A list do polskiego papieża (gazeta zainicjowała taką akcję wśród czytelników) przysłało tylko jedno dziecko.