Pradziadek Wojciecha Byrcyna – Kasper, umarł na Polanie Kasprowej, która należała do niego jako jedna szósta z jednej siódmej całej powierzchni. - Kiedy już beł stary i cuł swojom śmierzć - opowiada o Wojciechu Byrcynie jego praprawnuk - lignąl se na skale i usnon na wielki. A coby mu było bliżej ku wodzie, kie wstanie, to go w źlebiku pochowano. W Zaduszki idymy tam ze świeczką.

Dziadek Wojciecha, Stanisław Gąsienica Byrcyn był ratownikiem. A właściwiej byłoby powiedzieć: twórcą ratownictwa w Tatrach. W 1914 roku wziął udział w głośnej wyprawie po Marię Bandrowską, która wybrała się w góry z koleżanką i bratem. Zabłądzili i tkwili w ścianie Granatów. Czwartego dnia chłopak z koleżanką samobójczo rzucili się na położone sto metrów niżej piargi. Bandrowska była o krok od takiej desperacji. Wieczorem stanęła na skalnej półce i, wykonując wahadłowe ruchy, chciała runąć w przepaść... W tym momencie, znad Zmarzłego Stawu zobaczył ją Byrcyn. Usłyszała: „Czekać spokojnie, idziemy”. Do dziś tak właśnie brzmi niosący wybawienie komunikat goprowców.

W tym samym roku Stanisław Starszy Byrcyn wyciągnął ze szczeliny śnieżnej pod Zawratem ówczesnego mieszkańca Białego Dunajca Władmira Iljicza. Potem wybuchła I wojna światowa. Byrcyn, jako poddany Najjaśniejszego Cesarza trafił na front, stamtąd wraz z innymi jeńcami za Ural. W czasie, gdy rąbał tajgę, jego żona i dwoje dzieci zmarli w Zakopanem z głodu. Ostało się tylko najmłodsze dziecko, późniejszy ojciec Wojciecha Byrcyna. Stanisław Starszy nigdy nie odcinał kuponów od tego, że jak powiadał, na postronku losy świata wodził. Choć nadal był biedny, niczym mysz kościelna.

Już za PRL na jakiejś uroczystości podszedł do niego Józef Cyrankiewicz i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że spotkał samego towarzysza Lenina. Byrcyn odprasnął: - Cobyk mioł nie bocyć, kie ón mi jesce ze dwie dniówki winien psiokrw jedna.

Ojciec Wojciecha Byrcyna był bacą. Pilnując owiec pisał wiersze: „Juhasko miełość/. Woło cęsto ku sobie/ ryje w dusy blizny/ i ozpolo ogromnom miełość do ojcyzny/ tej tatrzańskiej ziemicy i regli i lasów/ i tyk gęśli z jawora, tyk mrucnych basów”.

Wojciech Byrcyn, doktor nauk, wykładowca na amerykańskich uniwersytetach, autor kilku książek, też po cichu pisze wierszyki w góralskiej gwarze. I jak w dzieciństwie, w wolnej chwili wybiera się z rodziną („straśnie fajną mom babę”, powiada) na Polanę, „co by ukochać jesionka”. Bo stoi tam samotny jesion, w Tatrach wielka rzadkość, już stuletni, przyniesiony jako mała roślinka z Potoka Gładczyńskiego przez pradziadka. - Gdy przychodziliśmy z ojcem tam jako dzieci - wspomina - otaczaliśmy pień ramionami a on wołał: „Tulimy go syćka.”

Miłuje - nie wstydzi się tego słowa - Tatry. Zna ich wszystkie tajemnice. Ośmioletni, był homelnikiem (pomocnikiem juhasa), u bacy Jana Wiermińskiego w Dolinie Jaworzyny. Stary góral gniewał się bardzo, gdy chłopiec tak po prostu wypowiadał słowo „niedźwiedź”. Z ostrożności należało mówić: „on”. Ale homelnik od Byrcynów nie szukał spotkania z misiem w maliniaku. Mały Wojtek już wtedy podglądał świstaki, kozice - „chyba każdą płasienkę w Tatrach przeszedłem, żeby je spotkać”. Za kilkanaście lat napisze o tych zwierzętach pracę magisterską, następnie doktorską.

Wiele nocy i dni spędził na halach razem z ojcem bacą. Nauczył się o każdej trawce; wiedział, którą wyskubie młoda owca, a którą sarna. I jakiej trzeba poszukać, gdy „cosi się miało urodzić” - bo przed rozwiązaniem mama wysyła ich na polanę, żeby nazbierali roślinki zwanej słodyczką. Chowało się ją w mokrej szmatce, zastępowała smoczek. A gdy zakwitały krokusy, ojciec klękał na ziemi i mówił do swych dzieci, których miał ośmioro: - bydziemy je bośkać (całować).

Witojcie ku nom

Wszyscy mówili, że nie ma lepszego kandydata, niż Wojtek „Serdusko”. Tak nazywali go swoi pod Tatrami. Teraz jest dla nich Byrcynem co wyrcy, jak to śpiewano w noworocznej szopce zakopiańskiej.

Zatem w 1990 roku dyrektorem Tatrzańskiego Parku Narodowego został on, góral z Gąsienicowego rodu, zasiedziałego pod Giewontem od kilkuset lat. Wreszcie nie pupil komitetu PZPR jak poprzednik Niedzielski, człowiek „dólny”, który przybył tam z woli resortu i partii. Za jego czasów prominenci strzelali do jeleni w rezerwacie, starodrzewie wycinano na potęgę, a otaczaki kradzione z rzek Białki i Siwej Wody używane były do zdobienia podmurówki nie tylko w Zakopanem, czy Nowym Targu, ale i nad Zalewem Zegrzyńskim. Niedzielski nie upierał się przy jedynowładztwie. Tatrami rządziło wówczas kilkanaście instytucji, jak: Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze, Państwowe Koleje Linowe, Związek Podhalan, Polski Związek Narciarski, Związek Hodowców Owiec, Polski Związek Alpinistów, Towarzystwo Ochrony Tatr, Liga Ochrony Przyrody, Wojskowa Ochrona Pogranicza, Polska Akademia Nauk. W rezultacie, bacy nie było. Park zadeptywały nie tylko liczne wycieczki zakładowe, ale i propagandowe, wielkie rajdy, jak polski i słowacki, które puszczone równocześnie z dwóch stron gór, musiały się spotkać na Rysach. Zarówno uczestnicy wycieczek jak i rajdów stawiali sobie za punkt honoru opijanie wódą każdego napotkanego smreka. Pozostawały po nich góry śmieci, rozbite butelki i smród w ustronnych krzakach.

Gospodarzom TPN specjalnie to nie przeszkadzało, podobnie jak ścieki ze schronisk, które szły prosto do potoków. Planu przestrzennego zagospodarowania Parku jeszcze nie było. Uchwalono go pod koniec 1988 roku.

Rozdepczą

Nowo mianowany Byrcyn odkłada na półkę legitymację Solidarności, od tej chwili żyje Parkiem. Bardzo potrzebne są mu pieniądze; nie ma nawet na remont jednej leśniczówki, a sypią się wszystkie. W mundurze leśnika chodzi z czapką do różnych instytucji, niewiele to jednak daje. Aż wpada na pomysł - będzie pobierać pieniądze od turystów za wejście do Parku. Tak, jak to się robi w Ameryce. Uzbiera dutki, wszak rocznie Tatry rozdeptuje około 6 milionów turystów. Zdarzają się dni, gdy na terenie parku przebywa 45 tysięcy ceprów.

To nie jest dla dyrektora powód do radości. Granica, powyżej której zaczyna się niszczenie przyrody, wynosi 10 tysięcy.

Byrcyn mówi o tym coraz głośniej, przygotowuje plan ochrony parku.

Już nie jest noszony na rękach, choć wszyscy, którzy mają cokolwiek władzy pod Tatrami, pochodzą jak on, z tego samego politycznego pnia. I mają wspólnego wroga. Tyle, że wróg siedzi gdzieś w Warszawie i zajmuje się głównie gadaniem. A tu władza ma proste przełożenie: równa się nabijanie kabzy. Sobie i obywatelom.

Ujawniają się przeciwnicy Byrcyna. Numer jeden, to miejscowa władza. Początkowo Byrcyn nie może się z tym pogodzić. – Przeca my siyćka som górale - tłumaczy w ratuszu. Kieruje te słowa zwłaszcza do Adama Bachledy Curusia, który pod wielką Krokwią, ubrany w cuchę, portki, z ciupaską i kapelusem w ręku składał hołd papieżowi. Cała Polska płakała, gdy burmistrz jak malowanie, na klęczkach, dziękował ojcu świętemu: „Żeś nas wydostał z czerwonej niewoli a teraz uczysz, jak dom ojczysty wysprzątać z tego, co hańbi.” Curuś powinien zrozumieć dyrektora Parku, wszak jest żywym pomnikiem góralszczyzny, jego kolorowe zdjęcie, gdy klęczy pod Krokwią, ozdabia wiele paradnych izb na Podtatrzu, nawet u gaździny Marii Gruszkowej, prezeski Stowarzyszenia Obrony Praw Obywatelskich Powiatu Tatrzańskiego. Choć opowiada wokół, że burmistrz potraktował ją straśnie brzyćko, wyrzucając jej stragan z Krupówek.

Wprawdzie rozżalona Gruszkowa mówi teraz, że to Curuś pohańbił górali, bo gdy inni spali na styropianie, on w tym czasie na Krupówkach okulary sprzedawał, ale nie może zaprzeczyć, że ten cuchraty (kędzierzawy, stąd przezwisko) burmistrz w Zakopanem jest z bardzo dobrego rodu. Jednego z dwóch na Podtatrzu, bo są jeszcze Gąsienice. W latach 60. sporo ziemi Bachledowej zabrało państwo pod domy wypoczynkowe. Ale senior rodu, ojciec dzisiejszego burmistrza nie dał się. Założył szklarnie i dzięki nim wykształcił dzieci. Brat Curusia jest wiceministrem ochrony środowiska.

Bachleda zrobił karierę dzięki krewnemu. Pierwsza samorządowa rada w Zakopanem miała organizować zimową uniwersjadę. Ówczesny burmistrz, na fotel dyrektora biura organizacyjnego wsadził swego powinowatego, Curusia. Młody człowiek nie znał się na polityce, ale, że dobrze już wtedy obracał rodowym kapitałem, na posiedzeniu rady rzucił mało znane tam hasło: miasto potrzebuje sponsora. I skutecznie poszukał go w Ameryce, wśród Polonusów.

Wówczas na czele gminy stoją przedstawiciele dwóch wielkich rodów: przewodniczący rady Michał Gąsienica Szostak i burmistrz Franciszek Bachleda Ksiedzulorz, popierany przez koalicję Skalne Podhale. Wszyscy pochowali w szafach garnitury; założyli portki, kapeluse, mówią gwarą, niech każdy ceper widzi, że są zagorzałymi miłośnikami góralskiego folkloru. Jeszcze trzymają się razem, ale Księdzulorz już powinien bacznie oglądać się wokół. Zagrożenie wynika stąd, że w Zakopanem, po wydzieleniu się z obszaru miasta gmin Kościelisko i Poronin, muszą odbyć się nowe wybory. Burmistrz Ksiedzulorz liczy na Skalne Podhale, w skład którego wchodzi Związek Podhalan. I nagle okazuje się, że przeciwko ma... właśnie ten związek.

Nóż w plecy, jak to później nazwał, wbija mu 5 marca 1995 roku partyjny kolega, równocześnie prezes Związku Podhalan Andrzej Gąsienica Makowski. Jego grupa poparła utworzony tylko do wyborów klub prawicowy im. hr. Zamoyskiego.. U Zamoyskiego pierwsze skrzypce gra Curuś. Oba ugrupowania, ale bez aktualnego burmistrza, spotykają się w Białej Izbie Związku Podhalan. Gdy dobija do nich trochę spóźniony Ksiedzulorz, właśnie podpisują porozumienie, które przewiduje, że burmistrzem zostaje Curuś a przewodniczącym Rady Miasta Gąsienica Szostak. Gąsienicy Makowskiemu też opłaca się zdrada, zostaje starostą. Na uroczystej sesji „robi niedźwiedzia” z Curusiem. Już nic nie zmieni nowego rozdania, choć na tej sesji Ksiedzulorz ma okazję do drobnego rewanżu: informuje, że dostał pismo wzywające gminę do zapłacenia na rzecz międzynarodowej federacji narciarskiej nie zaplanowanych w budżecie 10 tysięcy dolarów za Uniwersjadę. Pan Curuś nie dopilnował, podatnicy zapłacą. Prztyczek przechodzi bez echa.

Nowy burmistrz szybko się uczy. Gdy po Krupówkach zaczyna krążyć hasło „Olimpiada”, on, początkowo postrzegany jako podhalański Niesiołowski, zaczyna wyzwalać się spod kurateli ultra prawicy w Krakowie.

Rzuca hasło igrzysk rodzinnych, czyli tylko Nowy Targ i Zakopane. Choć nie spodoba się to pod Tatrami, deklaruje współpracę z prezydentem Kwaśniewskim i posłami, bez względu na ich polityczne usytuowanie. Nie na długo. Po klęsce idei olimpiady, pojechał na zjazd Ruchu Społecznego AWS i wszedł w skład władz krajowych.

Zrobił się światowcem, przygadują złośliwi, to po tych podróżach na linii Lozanna-Sydney. Jest bogaty, nie kryje się z tym. Gdy wprowadzali go na urząd burmistrza, dostał prezent symbol - dwie drewniane łyżki do jedzenia ze wspólnej michy, jak to niegdyś u górali bywało. Większą miał karmić miasto, mniejszą swoją rodzinę. Odpowiedział, że tej małej mu nie trzeba. Wszyscy pod Tatrami wiedzą, że pół Krupówek należy do niego. Biznesmeni uważają go za swego męża opatrznościowego. Dlatego apel Byrcyna o porozumienie się, jest jak kulą w plot.

Taki interes

Numer dwa - Polskie Koleje Linowe i Centralny Ośrodek Sportowy. Koleje wożą ludzi na Kasprowy i inne wierchy, a nie podlegają Parkowi. Zasiedziały w PKL dyr. Antoszyk już policzył, że po sprywatyzowaniu Kolei- wszak min. Emil Wąsacz zgodził się na komercjalizację –odpowiednio rozbudowane, mogą przynieść rocznie nie jak obecnie 4 mln złotych, ale trzy razy tyle. Pod warunkiem, że przepustowość linii zwiększy się - ze 180 do co najmniej 360 osób na godzinę. Na to jednak trzeba mieć zgodę dyrektora parku, bo inwestycje zostaną przeprowadzone na terenie chronionym. Byrcyn godzi się tylko na 200 pasażerów.

Jest też spór o wielką Krokiew. Bo na 135 metrze Krokwi zaczyna się Park. Skocznia, zaprojektowana 75 lat temu jest przestarzała. Można by ją przebudować kosztem kilku milionów złotych, ale COS nie chce inwestować w granicach Parku, bo mogą być kłopoty w razie prywatyzacji Ośrodka. Domaga się wyłączenia skoczni, stadionów i Nosalu spod kurateli Byrcyna.

Przeciwnik nr trzy – to amatorzy dużego zarobku. Można wreszcie zarobić i już nie tak nielegalnie, jak w latach 60. W ostatnich latach w Zakopanem zarejestrowano 7 tysięcy podmiotów gospodarczych. Gdyby niejaki Kucharski z Nowego Targu dożył tych czasów, nie musiałby ryzykować, przerzucając przez granicę cały pułk koni, w zamian za czeskie traktory. Teraz nielichą fortunę przynosi choćby handel nieruchomościami. Albo podwieszenie się do kapitału zagranicznego. Wszyscy, którzy mają głowę na karku, czapkują na Krupówkach przedstawicielowi Coca Coli (ma kontakty) i rodakom przybyłym zza wielkiej wody. Ci najbardziej widoczni to Zbigniew Janiszewski, Tadeusz Baranowski, właściciel narciarskiej góry pod Montrealem, Jan Kuńczycki producent wyciągów krzesełkowych. W Zakopanem utworzyli Polish American Development. Byli u Curusia, gotowi zainwestować w Kasprowy, ale warunek – ta narciarska góra musi być wyłączona z TPN i oddana im na własność. W ostateczności – wydzierżawiona.

Jest jeszcze Andrzej Karpiel prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej który dawno już zwietrzył w Parku interes i interweniował w tej sprawie u min. Wachowskiego. Karpiel wrócił z Ameryki po kilkunastoletniej nieobecności. Ma w Zakopanem dużą firmę budowlaną. Marzy mu się ekskluzywna stacja narciarska w rejonie Kasprowego. Gdy więc Kuńczycki rzuca kolejny pomysł – utworzenia spółki, do której weszłyby: gmina, „Mostostal Zabrze” jako producent wyciągów na amerykańskiej licencji i Tatrzańska Izba Gospodarcza, która zrzesza wiele przedsiębiorstw m. in. Państwowe Koleje Linowe, Karpiel jest jak najbardziej za. Co więcej, ma gotowy plan - budowa 19 wyciągów w dolinie Bystrej i Kasprowej, zagospodarowanie Krokwi, co wymaga wycięcia ponad 60 ha lasów, stacje narciarskie w masywie Hrubego. Oraz hotel w Dolinie Chochołowskiej.

Przyłącza się delegatura Solidarności i Związek Podhalan. Koniec z podziałami, podchodami o stanowiska. Teraz jest jeden wróg – Byrcyn. Na ręce przewodniczącego Rady Gminy Tatrzańskiej Macieja Krupy składają wniosek o odwołanie dyrektora TPN. Rada Gminy popiera. Ale Byrcyna może usunąć tylko minister. Czy przekonają go bardzo ogólnikowe zarzuty, jak np. ten, że „działania dyrektora są destrukcyjne”? Ale jak inaczej nazwać odpowiedź z matecznika Tatr: „Maluśkie te Taterki. Możliwe jest tylko zmodernizowanie istniejących urządzeń narciarskich”..

Wracamy do hal

Przeciwnik czwarty: Prezeska Stowarzyszenia Właścicieli Wywłaszczonych Hal i Polan Zofia Bigosowa, gaździna z Głodówki. Wielokrotnie już wykrzyczała ze szklanego ekranu: Praojcowie 180 lat temu kupili te lasy, niektórzy za ostatnią krowę. Przez 40 lat procesowali się o swoje, dopiero w 1872 roku cesarz Franciszek Józef przyznał im prawo własności. W 1954 roku komuniści zabrali wszystko na park.

Wielu zakopiańskich prominentów zaczynało swoją kampanię od obietnicy oddania góralskich hal. Tak postąpił m. in. starosta Andrzej Gąsienica-Makowski ogłaszając, że TPN zrodziły mroczne czasy stalinizmu. Nikt z władz Zakopanego nie sprostował tej oczywistej dezinformacji, choć powszechnie wiadomo, że TPN powstał po 70 latach starań naukowców i działaczy organizacji społecznych, którzy tę formę ochrony przyrody podpatrzyli w Ameryce.

Za dyrektora Niedzielskiego powołano międzyresortową komisję roboczą do sporu miedzy góralami a Parkiem. Głównym powodem konfliktu były ujawnione w 1980 roku przez Solidarność RI. różne nieformalności w wywłaszczaniu terenów górskich. Weryfikacja dokumentów była bardzo trudna, wręcz niemożliwa, bo pierwsze akty własności w Tatrach mają pieczęć Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Poza tym wielu gazdów twierdziło, że gdy powstał Park Narodowy, nie otrzymali żadnego odszkodowania, a potem okazywało się, że pieniądze i to wcale nie byle jakie, wzięli. Bigosowa, do walki z „parkowcami” wciągnęła senatora Zbigniewa Romaszewskiego. Bez skutku. - Pisaliśmy potem do Pawlaka – żali się - odpowiedział, że będzie załatwione pozytywnie. Ostatecznie wykręcił się jakimś głupim pismem. Mazowiecki w ogóle nie odpowiedział. Wałęsa, że będzie interweniował w Nowym Sączu. I też nic nie zrobił.

Stowarzyszeniu chodzi o wyłączenie z granic parku terenów stanowiących własność Wspólnoty Uprawnionych 8 wsi. To majątek chłopski o pow. 3100 ha, z czego ponad 2 tysiące leży na terenie parku - w Dolinie Chochołowskiej, Lejowej, oraz w rejonie Magury Witowskiej. Wieszcz Stowarzyszenia, poeta ludowy z Poronina Józef Para-Hejka napisał do Byrcyna list otwarty: „Trza wom syckim bałwochwalcom z Parku pedziec w ocy, ze o zadek ozbić takie wierowanie, kie śwątynia halno zostało zrabowano bez bolszewików a gazdujecie w niej i udajecie jesce wierzącyk, bo fcecie rabować dalej na zochyliny parkowe, nie pytajęcy sie o zgode górali”.

Od 1998 r Wspólnota domaga się też od dyr. Byrcyna podzielenia się zyskami za bilety, pobierane od turystów. Żądanie, ponawiane co sezon, przybiera tony histeryczne, gdy okazuje się, że w przygotowywanym rządowym projekcie ustawy reprywatyzacyjnej nie przewiduje się zwrotu w naturze nieruchomości w granicach parku narodowego. Na skraju Siwej Polany Wspólnota ustawia szlaban i bierze po dwa złote od osoby. Turyści, wybierający się na Chochołowską płacą więc podwójnie: góralom i parkowi.

Bigosowa, rozczarowana postawą nawet solidarnościowych posłów, nie zamyka się na Głodówce. Gdy jesienią ubiegłego roku w Zakopanem odbywa się międzynarodowa konferencja Europarc, 30 członków Stowarzyszenia Właścicieli Wywłaszczonych Hal i Polan rusza pod hotel Kasprowy z transparentem: Nie dostaliśmy olimpiady, chcemy odebrać nasze góry”. Niektórzy ubawieni delegaci robią sobie pamiątkowe zdjęcia z prezeską Stowarzyszenia, która krzyczy o oddaniu całego parku. Nie może uciszyć jej nawet prezydent Europarcu Hans Bibelriether informując, że w krajach UE właścicielom wywłaszczonych lasów oferuje się jednorazowe zapomogi, które w żadnym wypadku nie stanowią wartości czegoś, co jest dobrem narodowym. Poza tym konferencja nie zajmuje się wywłaszczeniami, jej uczestnikom chodzi raczej zorientowanie się, czy w kwestii ochrony przyrody jesteśmy krajem cywilizowanym. Awantura z transparentami pod hotelem nie jest tym razem nawet na rękę władzom miasta, wszak co światlejsi obywatele Podtatrza wiedzą, że teraz „nowoźniejse, coby do Jeuropy jakosi się wdupcyc, bo inacy bydzie bars płono.(Bardzo źle).

Przeciwnik nr pięć: Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze. Trwa walka o schroniska PTTK na Ornaku i Kondratowej. Umowa TPPR jako dzierżawcy z TPN wygasła i nie została odnowiona. Zarząd Główny Towarzystwa pozwał do sądu skarb państwa bo uważał, że od niego dostał w latach 50. te schroniska. W sądzie skarb państwa reprezentował starosta Makowski, który niewątpliwie był po stronie PTTK. I chętnie aktem notarialnym wieczystego użytkowania oddał Towarzystwu oba schroniska, wycenione na symboliczne 9 tysięcy zł podczas, gdy wartość rynkowa takich obiektów wynosi 3 mln dolarów. (W Zakopanem wszystko przelicza się na walutę USA). Park o niczym nie wiedział. Wyrok się uprawomocnił. W rewanżu ZG PTTK podarował starostwu 59 ha w Tatrach. Dokonano wpisu do ksiąg wieczystych z pominięciem gospodarza tych terenów. Byrcyn wystąpił do sądu o unieważnienie całej procedury. Sąd orzekł, żeby schroniska wróciły TPN. Mimo to PTTK oddało schronisko na Kondratowej agentowi.

Palcem w górę

Gdy stało się już oczywiste, że Byrcyn nie ugnie się, ani przed miejscową władzą, ani mieszkańcami, choćby ci pluli mu w twarz, (co zdarzyło się na Krupówkach), jego przeciwnicy nadzieję ulokowali w Ministerstwie Ochrony Środowiska. Jedynie minister może zmienić rozporządzenie w sprawie granic Parku. Przygotowywano się do tego starannie. Gdy w listopadzie 1998 roku starosta Antoni Tokarczuk wysyłał list gratulacyjny do nowo mianowanego ministra ochrony środowiska napisał wprost: „Wierzę, że pan minister nie ulegnie pięknym słowom wypowiadanym przez dyrekcję o miłości do Tatr i dokładnie przyjrzy się jej działaniu. To państwo w państwie”. Gąsienica Makowski ogłosił też w TV, że odwołanie dyrektora TPN byłoby najwspanialszym prezentem milenijnym dla Zakopanego. A nawet dla całego kraju.

Pod koniec stycznia 1999 minister przyjechał do Zakopanego. Jego rozmowa z radnymi miasta i powiatu odbywała się przy drzwiach zamkniętych na klucz. Władze przemawiały patetycznie: minister usłyszał o nie uwzględnionej przez Park podmiotowości gmin nie, liczeniu się ze społecznością lokalną. Burmistrz zakończył słowami: Myślę, że to spotkanie pozwoli zobrazować panu ból ludu tej ziemi.

Potem pomknął doliną Chochołowską kulig złożony z kilkunastu zaprzęgów. W pierwszych saniach minister z rodziną, w następnych starosta, burmistrz, senator, wójtowie. W schronisku zjedli gulasz, zabawili kilka godzin. Byrcyna nie zaproszono. Na pytanie miejscowych dziennikarzy, gdzie jest gospodarz Tatr, minister odpowiedział, pokazując palcem do góry – tam na górze. Bo to Pan Bóg.

Niech wyrcy

Minister miał dać odpowiedź w ciągu miesiąca. Termin minął, a resort ciągle nie był gotowy do podjęcia decyzji. Było bowiem oczywiste, że usunięcie Burcyna musi się odbyć w atmosferze skandalu. Ale już w wywiadach dla gazet min. Tokarczuk mówił o „kompromisie, konieczności podjęcia męskiej decyzji, nawet z ewentualnymi konsekwencjami personalnymi”. Wszyscy zainteresowani odczytali to jednoznacznie: Poleci głowa Byrcyna.

Ale póki co, miejscowym władzom pozostaje czekać – jedyne co można zrobić, to podgrzewać atmosferę. Świetnie nadawała się do tego Bigosowa, telewizyjna gwiazda w niegdysiejszych programach Cejrowskiego. Poważniej zasadza się na dyrektora parku starosta Makowski Właśnie czatuje na drodze z Łysej Polany do Morskiego Oka. Kiedyś była wojewódzką, zarządzaną przez TPN. Teraz z mocy ustawy o samorządach powinna być powiatowa. Na tym szlaku kursują góralskie bryczki. Bo kiedyś do Morskiego Oka szło się pieszo z parkingu we Włosienicy, a teraz, ze względu na niebezpieczeństwo osunięcia się lawiny koło Wodogrzmotów Mickiewicza, drogę zamknięto już od Palenicy Białczańskiej. Makowski wylicza, że TPN pobierając opłaty od fiakrów, zarabia na tym około 800 tysięcy złotych rocznie. Niech więc trochę odda powiatowi. Byrcyn godzi się oddać ten kawałek od miasta do Włosienicy, ale dalej, to już jest droga zakładowa, więc na wszelki wypadek ustawia szlaban. Makowski nie byłby góralem, gdyby nie kazał go porąbać. Będzie sąd.

Dobra do nękania jest też sprawdzona metoda wysyłania do przeciwnika kontroli. Było ich siedemnaście, a każda liczyła co najmniej osiem osób. Niczego nie znalazły.

Potem poszło na udry o tradycyjny przed sezonem remont szlaków. Urząd Miasta postanowił piętrzyć przeszkody: zażądał od TPN dodatkowych danych dotyczących działek, na których pojawią się robotnicy z łopatami i grabiami, oraz potwierdzenia, że są one własnością parku. Urzędnicy chcieli zobaczyć pozwolenie na „budowę”, ustawa uwłaszczeniowa im nie wystarcza. Dyr. Lesław Oporowski z TPN: remontujemy szlaki od wielu lat i coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy, przecież to nie są roboty budowlane. Jeśli burmistrz uniemożliwi nam naprawienie tego, co zniszczyła zima, będą zamknięte szlaki z Grzybowca na Giewont z Suchej Przełęczy na Beskid, znad Czarnego Stawu Gąsienicowego na Zawrat, na Nosal.

xxx

Są różne poziomy przeliczania majętności. Dyrektor TPN: - Moja mama np. przeliczała wszystko na bułki, bo to był jej „Giewont” luksusów. Ojciec zwykle pytał: kielo by my mieli za te dutki książek?

Ziemia pod skocznią kosztuje 80 dolarów za metr kwadratowy. Wojciech Byrcyn, syn gazdy tarzańskiego też miałby co sprzedać. Ale powiada: - Mimo budżetowej pensyjki, „dobiedzony” nie jestem. Żadne pieniądze nie są warte jednego wyjścia na halę ukochaną.

Maria Gruszkowa wykrzyczała na sesji miejskiej rady, że Byrcyn nic złego nie robi, tylko chroni i broni. A psa, ftory dobrze pilnuje chałupy i obejścio nie kopie siy...

A jednak go odwołali.