- Kto? - dobiega zza drzwi trwożliwe wypowiedziane pytanie, choć pukam w biały dzień. Szepty, szuranie kapci, miauczenie kota. Tłumaczę po polsku, po rosyjsku, że jestem dziennikarką z Warszawy, chcę napisać o dziejach tego domu. Znów świszczący szept: - Jula, nie atkrywaj! Wreszcie szczęk zasuwy. Jestem na korytarzu przedwojennego domu we Lwowie przy wyboistej uliczce Ostrogskich, dawniej Paulinów. Kiedyś ta nieruchomość była własnością rodziny polskiej.

Kobieta, która przekręciła klucz w zamku, nazywa się Julia Simonowicz. Mieszka z krewną na parterze, a właściwiej byłoby napisać - w suterenie. Prowadzi mnie do kuchni, bo choć na dworze szron, ona oszczędza opał na prawdziwe mrozy. Gdy upewnia się, że jestem z Polski, z parapetu, który służy jej za lodówkę, wyjmuje okrawek zjełczałego masła, kładzie na to plasterek cebuli, otwiera słoik z miodem. Sama nie będzie jadła, mówi, że nie jest głodna.

Emerytury ma 182 hrywien (1 dol. to 5,4 hrywny), ale z tego 100 odchodzi na mieszkanie. Dom jest własnością miasta - od wojny nie był remontowany. Wodzi spojrzeniem za moim wzrokiem: szpary w podłodze przykryte kawałkami blachy przyciśniętej kamieniem. Zwichrowane okna, poczerniałe liszaje na ścianach, zaszyte na okrętkę dziury w wytartym linoleum na korytarzu. Wszędzie czuć pleśń, na to nakłada się fetor od rur kanalizacyjnych.

- Inni mają gorzej – kobieta czyta moich myślach. Jest malarką po akademii sztuk pięknych, do Lwowa przyjechała w 1972 r. z Litwy. Uciekła od męża, bo "jak to Ruski, bił". Zostawiła tam mieszkanie z dużym oknem, przy takim świetle mogła malować. We Lwowie do emerytury pracowała na uczelni. Chciałaby jeszcze wziąć do ręki paletę, ale w suterenie brakuje dobrego światła. Poza tym, za co kupić farby? Nawet na trutkę na szczury jej nie starcza - broni się przed nimi, zakrywając dziury w podłodze.

- Dziesięć lat czekam w komunalce na zamianę mieszkanie - żali się - już byłam w pierwszej dziesiątce, ale urzędniczka chciała łapówki, nie miałam, to przesunęli mnie na koniec kolejki. W drugiej godzinie rozmowy pani Julia przechodzi na język polski. Jej ojciec, Jan Kochanowski, urodził się w Chrząstnicy pod Przemyślem. Gdy weszli tam Rosjanie i chcieli się pozbyć Polaków, bezpodstawnie oskarżyli go o handel wódką. Groziło mu więzienie - wybronił się, bo całą winę wzięła na siebie niepełnoletnia Julia, którą ukarano poprawczakiem. Ofiara okazała się daremna, bo wkrótce i tak stracili dach nad głową. Deportowano ich w głąb Związku Radzieckiego. W latach 60. ona wpisała sobie do dowodu narodowość ukraińską. Tak chciał jej mąż.

- Dzieje tego domu? Może pójdziemy na piętro - proponuje - tam mieszka Tatiana, ona wie więcej, jest tu tu od dziecka.

Pukamy. Julia Simonowicz uspokaja przez drzwi sąsiadkę, żeby się niczego nie bała. - Czto wybrosit! - krzyczy - nikawo nie budiet wybrosit!. Wreszcie opada łańcuch w drzwiach, w szparze widzę przerażoną twarz kobiety w nieokreślonym wieku, okutanej w dwa rozciągnięte swetry, na to szydełkowa chusta. Znów uderza w nos ten sam znajomy już fetor.

Ciasno, ciemno. W zagraconym pokoju na od lat niemalowanych ścianach wiszą upstrzone przez muchy gazetowe fotografie.

Dowiaduję się, skąd ten strach. Oto na drugim piętrze zamieszkał od niedawna "taki jeden podozrennik" (podejrzany), mówił, że robi w biznesie. Chce zająć cały dom. Wykupił swoje mieszkanie na własność, dostał też ich wspólny strych, który rozbudował. Nie zgadzały się, poszły do sądu, bo gdzie wieszać pranie, ale on znalazł sposób na sędziego. - podobno pod stołem. Gdy był już w prawie, wyrzucił z poddasza rzeczy innych lokatorów, również 16-letniego syna lokatorki z dołu, który uciekał na strych, aby pograć na gitarze. I ten uczeń tak to sobie wziął do głowy, że nazajutrz się powiesił.

- Tiszina - chudziutka malarka uspokaja rozdygotaną grubą Tatianę, głaszcząc ją po plecach. A do mnie: - Myśmy tu tyle przeszły. Dają coraz gorszych lokatorów. Był taki jeden w skórze, ze złotym łańcuchem, nocą na rozbój chodził, aż go utopili we własnym mieszkaniu w wannie.

Tak, albo nie

Polaków w 900-tysięcznym Lwowie jest ok. 14 tysięcy. Trudno policzyć co do jednego, bo deklaracje w kwestii narodowości zmieniają się. Był czas, gdy wielu nie przyznawało się do swego pochodzenia. Teraz, gdy we Lwowie Polska jawi się jako zachód Europy, zdarza się, że niektórzy Ukraińcy, chcąc posłać swe dziecko na studia za Bug, kombinują, jak by tu wpisać im narodowość polską. Co wcale nie znaczy, że chcieliby przeżyć to wszystko, co było udziałem Polaków po dwukrotnym wejściu do Lwowa bolszewików.

Przede wszystkim moment dramatycznej decyzji: porzucić wszystko, wsiąść do repatriacyjnego eszelonu, czy zostać. Prawie nie ma już na Ukrainie tych, którzy musieli wybierać: tak czy nie. Ale żyją ich dorosłe dzieci i one powtarzają mi, co usłyszały po latach, gdy pytały rodziców, dlaczego nie wyjechali do Polski.

Bożena Rafalska, naczelna miesięcznika "Lwowskie Spotkania", długo nie wiedziała, dlaczego część rodziny opuściła Lwów, a część   została. O tych sprawach nie mówiło się w obecności dzieci. Wreszcie sama dogrzebała się paru faktów: jej matka była córką ochotnika w legionach Piłsudskiego. Dziadek nie mógł więc zostać na sowietyzowanej Ukrainie. Ale rodzice pani Bożeny zostali, może aby pilnować domku przy ulicy Łyczakowskiej? Wszak powiadały tamtejsze batiary: "Jeszcze jedna wojna atomowa i wrócimy do Lwowa".

Stanisław Winiarz, kościelny z fary w Drohobyczu, został jako chłopak z matką, bo czekała na powrót ojca z łagru pod Rostowem, który wrócił w ostatnim transporcie tak wycieńczony, że chyba by nie przetrzymał kilkudniowej podróży. A potem było już za późno.

Nie zdążyli też, mimo trzymania w kieszeni dokumentu repatriacyjnego, rodzice Tatiany Bojko ze Stryja (matka urodzona w Przemyślu, ojciec pod Krosnem). Wahali się, szkoda im było zostawić pracę w miejscowej hucie szkła. I wyznaczony termin minął. Natomiast młody wówczas porucznik Eugeniusz Cydzik, który dopiero co wrócił z żoną z zesłania w Workucie (oboje akowcy), usłyszał od teściowej słowa, które nawet dziś w ustach Cydzika, honorowego   prezesa Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie, nie brzmią patetycznie: - Nie rzucim ziemi, skąd nas ród.

Uczennica Jadwiga Sabadasz z ulicy Piekarskiej we Lwowie nie wskoczyła do ostatniego już - był rok 1956 - transportu z repatriantami (stanowczo protestuje przeciwko używaniu tego słowa), bo schorowani dziadkowie obawiali się, że nie przetrzymają podróży.

Pan też

Co ich czekało? Po śmierci Stalina trochę politycznej odwilży, ale nadal na Ukrainie panoszyły się przybyłe z Czerwoną Armią rodziny rosyjskich komandirów. Trzeba było używać różnych sposobów, aby uchronić się przed takimi sublokatorami. Rodzice Czesławy Cydzikowej zachowali swą willę dzięki temu, że zameldowali u siebie jeszcze cztery rodziny, które sami wybrali. Podobnie postąpiła pani Ogonowska - ta zabezpieczała się dodatkowo jeszcze w ten sposób, że gdy przychodził do niej czynownik z komunalni, mówiła, że jest Ukrainką.

Nauczyli się żyć w słabo lub wcale nieogrzewanych mieszkaniach, w biedzie, z udręką stale wyłączanego prądu, z permanentnym brakiem wody w kranach. Jadwiga Sabadasz może dokładnie powiedzieć, kiedy po raz pierwszy zastosowano w mieście ograniczenia zużycia wody do dwóch godzin dziennie - gdy urodził się jej syn, który dziś ma 23 lata.

W coraz bardziej topniejących skupiskach Polaków obowiązywała niepisana zasada: nie damy się. Najwięcej samozaparcia wykazywały kobiety. Nicowały stare suknie, przemalowywały buty, nie wyszły na ulicę bez kapelusza (z „wualką”, jak się mówiło we Lwowie) i rękawiczek, choćby pocerowanych.

Z tego poczucia krzywdy, niezasłużonego losu wynikała chęć odwetu. Żony rosyjskich dowódców nie były wpuszczane na polskie "salony", nawet jeśli nie rozpychały się we wspólnej z Polkami kuchni. Z rąk do rąk krążyły zdjęcia z jakiegoś balu sylwestrowego, gdzie generałowe tańczyły w nocnych koszulach z koronkami, których pozbywały się na bazarze przyciśnięte biedą Polki z dawnych dobrych domów.

Na takie imprezy szanuąšce się polskie rodziny nie chodziły. Ale sporo koncertowano w prywatnych domach. Do dobrego tonu należało - i to obowiązuje nadal - oklaskiwanie spektakli w Teatrze Polskim - amatorskim, ale na profesjonalnym poziomie. M.in. grała tam Jadwiga Sabadasz.

Dzieci obowiązkowo posyłano do szkoły polskiej. Po 1956 r. nie był to już wyraz odwagi. Władze nawet nakłaniały mniejszości narodowe do korzystania z tego prawa, aby pokazać, że w ZSRR jest demokracja. Nauczycielami byli Polacy, Rosjanie i Żydzi. Bo do szkoły polskiej we Lwowie chodziły też dzieci żydowskie, które wkrótce miały wyjechać do Izraela, oraz ukraińskie z rodzin inteligenckich, ceniących małe klasy i naukę zachodniego (czyli polskiego) języka. Wszyscy byli uczniowie, z którymi rozmawiam we Lwowie, wspominają życzliwy stosunek grona pedagogicznego do małych Polaków. Bożena Rafalska pamięta nauczyciela Ukraińca; który gdy przeskrobali, mówił: - Wy jesteście Polacy, nie możecie się tak zachowywać!

Inny, w okresie walki z Kościołem zmuszony do obowiązkowej inwigilacji w niedzielę koło katedry (gdzie polskie rodziny stawiały się tłumnie) zauważał mimochodem na poniedziałkowej lekcji: - Jakoś nikogo z was nie widziałem.

Zacnym belfrom nie udało się jednak uchronić wychowanków przed sowiecką prowokacją: władze ogłosiły, że na życzenie rodziców mogą usunąć ze szkoły polskiej naukę ukraińskiego. Nieprzewidujący podstępu rodzice podpisali zgodę. Nie wiedzieli, że sami opuszczają szlaban dla dalszej edukacji maturzystów.

- Chciałam zdawać na filologię słowiańską na Uniwersytecie Lwowskim, bo polonistyki tam nie było - opowiada Rafalska. - Dziekan, porządny człowiek, poprosił mnie na rozmowę i powiedział, że nawet, gdybym była geniuszem, to i tak nie zostanę u niego studentką, bo na świadectwie przy języku ukraińskim mam postawioną kreskę. To, że ukraińskiego nauczyłam się już w piaskownicy, nie miało znaczenia.

Niedoszła studentka Rafalska dostała robotę telefonistki na poczcie. W czasie pierwszego urlopu - to był rok 1968 - po raz pierwszy odwiedziła rodzinę w Polsce. Nie widziała potrzeby, żeby się z tego tłumaczyć przed kierownikiem. Tymczasem nieobecność stażystki została odebrana (i tak wpisano do akt) jako działalność antyradziecka, gdyż w tym czasie załoga podjęła zobowiązanie 1-majowe. Rafalska sama się zwolniła.

Potem była tłumaczem i przewodnikiem turystów, głównie z Polski. Pierwsze spotkanie z wycieczką okazało się horrendalną klapą, jak ocenili jej zwierzchnicy. Tak się bowiem zagalopowała w oprowadzaniu po ukochanym Lwowie, że zapomniała pokazać turystom Muzeum Lenina i gmachy instancji partyjnych. Sami turyści uprzedzali ją: - Uważaj, w grupie są różni ludzie.

Z czasem nauczyła się rozpoznawać te podejrzane twarze. Wyćwiczyła w używaniu języka ezopowego. Na przykład, gdy chciała turystom z Polski przekazać, że gdzieś "zapodziały się" polskie posągi: np. hetmana Jabłonowskiego, który stał na Wałach i Franciszka Smolki, w czasie zaborów prezydenta parlamentu wiedeńskiego. Albo gdy prowadziła rodaków do sali muzealnej politechniki. Jeśli wycieczka w skupieniu wpatrywała się w portrety wybitnych profesorów: Banacha, Fryzego, Bartela, rzucała mimochodem uwagę, że nigdzie nie jest napisane, że to są uczeni polscy. Niby przez roztargnienie używała przedwojennych, nieaktualnych już nazw ulic. Szli więc pod uniwersytet ulicami Słowackiego i Kościuszki, a Jagiellońską na Wały Hetmańskie. Z Wysokiego Zamku, skąd widać całą lwowską panoramę, na krawędziach zamkniętą białymi osiedlami z silikatowej cegły, jej ręka wskazywała koronkową attykę renesansowego klasztoru Benedyktynek, rokokowe kopuły u dominikanów, siostrzane dzwonnice u karmelitów. Opowiadała, jak to w latach 60. z wież neogotyckiego kościoła św. Elżbiety usiłowano, za pomocą helikoptera, zdjąć krzyże. Ale więzień, który to zrobił, spadł na ziemię, zabił się.

Była przewodniczką, gdy zapadł wyrok rozniesienia w pył cmentarza Orląt. 21 sierpnia 1971 r. na cmentarz Obrońców Lwowa wtargnął czołg i zaczął miażdżyć, rozbijać nagrobki. Czołg zepsuł się przy rozbijaniu łuku triumfalnego. Więc z broni ręcznej strzelano do napisów. Ocalał tylko jeden: Mortui sunt, ut liberi vivamus. (Umarli, abyśmy żyli wolni). Potem przyjechały wywrotki z gruzami, tonami śmieci. Wysypano je na groby. Wkrótce w pobliżu wyrósł pałac młodzieży. Ulicę do obiektu puszczono po kwaterze cmentarza. Nie było żadnej ekshumacji.

Gdy Rafalska wyjechała z zagranicznymi turystami do Wilna, dowiedziała się, że na tamtejszym uniwersytecie jest polonistyka. Została studentką, a równocześnie dziennikarką w polskim "Czerwonym Sztandarze". W 1988 r. we Lwowie powstawało Towarzystwo Kultury Polskiej; na zebranie założycielskie przyjechała jako członek Związku Polaków na Litwie. Po dwóch latach chodzenia po urzędach udało jej się założyć "Gazetę Lwowską". Prowadziła ją przez 10 lat.

Czasem słyszy od gościa z Polski, któremu pokazuje Lwów: - świetnie mówi pani po polsku. Odpowiada krótko: - Pan też.

Nie wszyscy jej rodacy uchronili się przed zruszczeniem. Poznaję jej znajomą, Ninę, z domu nazywała się Sowińska, dziś nosi rosyjskie nazwisko. Straciła rodziców, gdy była małym dzieckiem; zabrali ją, a był to rok 1955, do sowieckiego sierocińca. Zgodnie z obowiązującym prawem miała tam przypisaną narodowość rosyjską. Mimo to wychowawcy mówili o niej: ta protiwnyja (wstrętna) Polka, bo żegnała się przed   snem. Kilkakrotnie uciekała, łapali ją. Gdy miała 16 lat, odnalazł się stryj w Polsce. Miał ją zaadoptować, ale okazał się złym człowiekiem. Znienawidziła przez to wyśnioną Polskę. Potem została pomocnikiem, takim "podaj cegłę" na budowach. Nie udało jej się małżeństwo z Rosjaninem, podobnie jak ona wychowankiem sierocińca. Mimo to zawsze zażarcie broniła wyższości byłego Związku Radzieckiego nad samotostijną Ukrainą. Dziś ma kilkadziesiąt hrywien renty. Kiedyś w przystępie desperacji poszła do polskiej organizacji we Lwowie, aby dali z darów trochę kaszy, cukru. Zawiadująca tymi dobrami pani Stasia postawiła warunek: ta nowa dostanie, jeśli się przechrzci. Nina więcej już się nie pokazała.

Coś do garnka

Na brudnych, wyszczerbionych trotuarach leżą stare gazety, na nich tutki z ziarnami słonecznika, plastikowe butelki po napojach wypełnione mlekiem (miejscowe gospodynie twierdzą, że mleko jest "niechrzczone", ale butelki zbierane na śmietnikach i pewnie niemyte), sparciały pasek do spodni, wytarta mosiężna klamka.

Daremnie szukać na bazarkach czegoś wartościowego. Po tylu latach wegetowania zwykli (bo są i nowobogaccy) lwowiacy wynieśli już z mieszkań wszystko, co się dało sprzedać. A nadziei na koniec bezrobocia nie widać. Każdy klient, zwłaszcza z Polski witany jest entuzjastycznie. Gdy płacę 10 hrywien za mosiężny przycisk do papieru, słyszę dziękczynne: - Cajirączki. Lwów si pani klajstrym du serca przylepi.

Nie tylko Polacy mocują się z upodlającą biedą. - Czorta za Polszczi, ałe teper szczi hirsze - (diabelnie ciężko było za czasów polskich, ale teraz jeszcze gorzej) - zauważa stary Ukrainiec, gdy pytam go, jak idzie handel naręczny. Ale nasi rodacy robią wiele, aby jakoś trzymać fason. Nie można sobie pozwolić na kupno mięsa, zdobywają gdzieś podroby i robią pierogi, flaczki, smakiem dorównujące słynnej przedwojennej kuchni pani Tyliczkowej. Każda lwowska rodzina zbiera na zimę podstawowe zapasy do spiżarni. Obowiązkowo muszą być ziemniaki i cebula, bo bez tego trudno byłoby przeżyć. W piwnicy stoją też słoiki z różnorakimi przetworami, które przygotowuje się przez całe lato i jesień. Zimą mało kogo stać na kupno świeżej włoszczyzny, nie wspominając o owocach.

Sporo lwowiaków żyje z przemytu papierosów i alkoholu przez zachodnią granicę. Drobni handlarze, którzy zdążają tylko na bazar do Przemyśla, wyjęte z paczek papierosy przyklejają sobie taśmą do gołego ciała. Spirytus zazwyczaj wlewają do w dętek rowerowych.

Na bazarku koło domu, gdzie urodził się Herbert, od rana stoi w deszczu stara chłopka, która usiłuje sprzedać dwa kilogramowe woreczki z fasolą. Gdy mijam ją po raz drugi - jest już wieczór - z niemym błaganiem w oczach wpycha mi w ręce swój zmoczony towar. Zagadnięta, opowiada zruszczoną polszczyzną: ze swojej wsi 10 km stąd przyszła pieszo, przejazd marszrutką (prywatnym busem, który zabiera pasażerów po drodze) kosztowałby tyle, ile jeden woreczek. Wcześniej wiozła tę samą fasolę do Przemyśla, razem z kilogramem orzechów i kupioną w sklepie butelką wódki. Ale zawrócono ją z granicy, bo nie miała pieniędzy, na zbierane do kapelusza "wykupne" dla celników.

Bieda przyciąga wzrok ku ziemi, trudno myśleć o potrzebach ducha. Organizatorzy akcji charytatywnych w Polsce na rzecz rodaków we Lwowie, nierzadko przeżywają rozczarowanie. Tyle się natrudzili, aby obok kartonów z kaszą i olejem znalazły się paczki z książkami, a na miejscu rozdrapano tylko to, co jest do jedzenia. Na pobojowisku pozostały rozdeptane, porozrywane kartki.

Tylko na weekend

Niedziela, dawne Wały Hetmańskie zakończone gmachem Opery. Pod bacznym okiem odlanego w brązie Tarasa Szewczenki siedzą na ławkach emeryci. Wielu z UP-owską odznaką w klapie wypłowiałej od starości wojskowej bluzy. Nieogolone twarze, na powykręcanych reumatyzmem nogach pościągane drutem walonki. W milczeniu wypatrują kolejnej polskiej wycieczki, która po obejrzeniu opery idzie w kierunku pomnika Mickiewicza. Gdy jest już na tyle blisko, że słychać polską mowę, staruszkowie seplenią: Haj żywe da cwite wilika Ukraina! Sława Ukraini!

Zlekceważeni, zaczynają się kłócić między sobą.

Parę metrów dalej okupuje ławki młodzież. Elegantki w szpilkach, trzymają w rękach reklamówki. Zmieniły buty przed wejściem na prospekt. Nikogo to nie dziwi. Na tutejszych chodnikach i brukowanych jezdniach można chodzić tylko w mokasynach.

Podchodzę do roześmianej grupy, która mówi po polsku. Są lwowiakami, przyjechali do rodzinnego domu na weekend. Studiują w Przemyślu, Krakowie, Rzeszowie. Dostają od polskiego rządu po 750 zł stypendium i nikt z nich nie zamierza po dyplomie wrócić do Lwowa. Chociaż w Polsce też nie czują się jak u siebie - dla uczelnianych władz, a nawet gospodarza akademika, są tylko "osobami polskiego pochodzenia". - We Lwowie - mówi mi urodziwa dziewczyna z tej grupy - nauczyciele kazali nam pisać słowo Ojczyzna dużą literą.

Nigdy tu nie był

Ten zaszczurzony dom przy ulicy Ostrogoskich (dawniej Paulinów) był w latach 1936-1939 własnością rodziny G.. Kupili niewykończony budynek od Hanczaruków i aż do opuszczenia Lwowa w 1945 r. razem z nimi mieszkali. Dom był już wtedy od sześciu lat znacjonalizowany przez władze sowieckie.

G. osiedlili się w Wieliczce. Dostali tam mieszkanie z zasobów komunalnych. Dwa lata później seniorka rodu złożyła w Urzędzie Repatriacyjnym w Krakowie zeznanie (bo nie miała żadnego poświadczenia urzędowego), jaki majątek pozostawiła we Lwowie. Z zachowanych dokumentów wynika, że repatriantka wyolbrzymiła swoje straty. Zadeklarowała, że działka, na której stał dom, miała 720 m kw. (w rzeczywistości 345 m kw.), natomiast powierzchnia mieszkalna wynosiła 260 m kw. (w rzeczywistości 104). W latach 80. w ramach ostatecznej rekompensaty (jest oświadczenie Zofii G., że zadośćuczynienie ją satysfakcjonuje) dostała w Wieliczce w wieczyste użytkowanie działkę pod zabudowę. W 1992 r. sprzedała ją za 23 mln starych złotych.

Pani G. już nie żyje. Jej wnuk Jerzy B. urodzony w PRL, początkowo zażądał przed sądem prawie 3 mln zł odszkodowania za majątek pozostawiony we Lwowie. Sprawa trafiła jako precedensowa do Strasburga. Europejski Trybunału Praw Człowieka ogłosił wyrok: Polska naruszyła konwencję europejską gwarantującą prawo do poszanowania mienia własności. Strony postępowania mają dojść do porozumienia w ciągu pół roku.

Sprawę Jerzego B. czujnie śledzili inni zabużanie. I ich adwokaci. W Strasburgu wnuk Zofii G. z ogniem w oczach mówił o swym przywiązaniu do ziemi przodków. Na prośbę lwowiaków dedykuję mu więc ten reportaż. Gdy pytałam ich, co myślą o roszczeniach zabużan, odpowiadali z oburzeniem: - Jak można dziś wystawiać takie rachunki za uratowanie się, jeśli nie przed śmiercią, to przed nędzą, poniewierką i zesłaniem?!

Jerzy B. chyba nigdy nie był w powojennym Lwowie. Obecni mieszkańcy domu jego babki dowiedzieli się o istnieniu wnuka po ogłoszeniu wyroku w Strasburgu.