Nikt się nie uśmiecha. Rysy chłopów są stężałe; mężczyźni jakby się dusili w odświętnych koszulach zapiętych na ostatni guzik. Nie wiedzą, co zrobić z rękami. Więc kładą je - ciężkie, z zadziorami koło paznokci - na kolanach. I patrzą z napięciem prosto w czarną skrzynkę, zza której za sekundę rozpryśnie bijące po oczach ostre światło lampy.

W przedwojennym ubogim Michniowie nie znano rodzinnych albumów. Fotografie robiło się tylko z ważnych okazji, głównie urzędowych. Fanaberią było pamiątkowe zdjęcie rodziny z okazji np. złotych godów rodziców. Na taki luksus zdecydowali się Miernikowie - może dlatego, że on był sołtysem. Pojechali furmanką do Suchedniowa, wszyscy wystrojeni, wypucowani. Rodzice dziadkowie, dzieci i wnuki. Fotograf długo ich ustawiał, aby wypadli szacownie. Zdjęcie wyszło dobre, bo upozowane, dlatego wyniósł klisze na strych.

W latach 70., gdy zbierano do mauzoleum Michniowie ślady dokumentów po 203 mieszkańcach spalonych przez hitlerowców, ktoś z rodziny fotografa przyniósł archiwalne odbitki. Z uwiecznionej na zdjęciu gromadki przeżył tylko najmłodszy. A potem odezwał się Franciszek Gładysz, nauczyciel z Suchedniowa, który w czasie okupacji pracował w jednym z zakładów fotograficznych w Kielcach. Niemcy wywoływali tam swoje filmy robione na pamiątkę udanych akcji. Zamordowanie i spalenie w ciągu dwóch dni prawie wszystkich mieszkańców Michniowa uznali za dobrą robotę, wartą pokazania stęsknionej rodzinie w głębi Rzeszy. Gładysz potajemnie kopiował te filmy.

 Stefanek miał dziewięć dni

 Dziewczynka z kokardą we włosach i szmacianą lalką siedzi sama na pniu zwalonego drzewa. Wokół ciemny las. Wpatruje się z niedowierzaniem w coś, co jak przypuszcza Tadeusz Obara, dyrektor mauzoleum w Michniowie, musiało być czarną lufą wycelowanego w nią karabinu. Prawdopodobnie Niemiec złapał małą uciekającą przed pożogą do puszczy. Była taka ładna, jasnowłosa, nordycka, więc nim spełnił swój obowiązek, kazał jej się oprzeć o pień (a może cofała się przed nieznanym mężczyzną z trupią czaszką na czapce?) i pstryknął zdjęcie. To musiało się zdarzyć 13 lipca, już po zamordowaniu we wsi pierwszej setki mężczyzn, bo wtedy przyszła kolej na kobiety i dzieci.

Przez 60 lat nikt nie rozpoznał tej dziewczynki, choć autor zdjęcia skrupulatnie podpisał dowód swej aktywności w Michniowie. Widocznie zginęła cała rodzina małej.

Ta młoda para rozświetlona lipcowym słońcem, z białym zawiniątkiem na ręku mężczyzny to rodzice dziewięciodniowego Stefanka Dąbrowy. Właśnie wracają z kościoła, gdzie ochrzcili syna. Wybrali się wcześnie rano, żeby uniknąć spiekoty. Jeszcze jedno wzgórze i zaraz zobaczą swoją wieś. Ale przedtem pewien uśmiechnięty Niemiec zrobi im zdjęcie. Zaskoczeni tą uprzejmością patrzą na niego nieufnie. Jeszcze nie wiedzą, że cały Michniów płonie, a zza zamkniętych stodół strzeżonych kolbami karabinów dochodzą ostatnie krzyki palonych żywcem.

Ale nawet gdy już zobaczą to wszystko ze wzgórza, nie uciekną do lasu. W chałupie zostawili starsze dzieci. Zginą   wszyscy, również towarzyszący im rodzice chrzestni Stefanka. Skrupulatny Niemiec sfotografuje nadpalone ciało martwego dziecka w śpioszkach.

 Po Julku została fotografia

 A to zdjęcia z legitymacji. Stempel na fotografii 18-letniego Julka Obary, brata Tadeusza, obecnego dyrektora mauzoleum świadczy, że chłopak za okupacji pracował w fabryce broni w Skarżysku. Drugi brat, 16-letni Dyziek, był jeszcze w domu. W 1943 r. Tadeusz Obara miał 13 lat. 12 lipca Julek nie poszedł do roboty. Tak uradzili wcześniej z ojcem. - Musisz przeżyć, a tam nie masz szans - powiedział tata, który dużo wiedział, bo był kolejarzem.

Chodziło o to, że majster przydzielił Julka do produkcji prochu. A tam po trzech, czterech miesiącach człowiek żółkł i umierał. Żeby szybciej zabić niesprawnego robotnika, płacili tylko wódką. Co tydzień trzy litry gorzały. Kilkunastu michniowian tak skończyło życie. Julek zrobił więc schowek pod podłogą. I gdy nad ranem przychodziło gestapo, odsuwał deski i znikał w ziemiance. Miał też drugi powód do ukrywania się - jak prawie wszyscy młodzi we wsi nawiązał kontakt ze stacjonującym w pobliżu Ponurym-Piwnikiem z AK. 12 lipca 1943 r. ledwo dniało, gdy matka obudziła ich szeptem - Niemcy wjechali na podwórko. Julian prysnął pod podłogę. - Psy mają, to cię wyczują - zauważył Dyziek. Julek wyszedł z kryjówki.

Czekali do południa. Nic się nie działo. Dyziek pognał krowę na pastwisko. Julek w stodole zaczął montować krajzegę. Wtedy trzech hitlerowców weszło do izby.

- Gdzie mąż?! - zaczęli bić Obarową. Pokazała mundur kolejarski. Ma tygodniową służbę. Rozejrzeli się po mieszkaniu i właśnie wtedy wszedł Dyziek.

- Kazali mi z bratem - opowiada pan Tadeusz, patrząc na zdjęcia w gablocie - wynieść do ich samochodu patefon skrzyniowy na korbkę. Wyszliśmy na podwórze, przed nami inni Niemcy prowadzili pobitego Julka. Pędzono nas w stronę stodoły. Mama chciała podać butelkę z czarną kawą zbożową i kromkę chleba; odtrącili. Pod stodołami leżeli już inni chłopi. Niemcy segregowali ich: kogo do Oświęcimia, kogo na spalenie. Potem wyprowadzili z domu matkę z siostrami i wujenkę Maryśkę z dziećmi. Matka jakby chciała coś powiedzieć i może podać Julkowi chleb, który trzymała w ręku. Zrobiłem kilka kroków i wcisnąłem się pomiędzy nią i siostrę. Nas, dzieci, popędzili na łąkę. A do stodół wpychali mężczyzn. Było bardzo cicho, nagle seria karabinów maszynowych i ogień. A potem krzyk. Płacz, wycie, wołanie o ratunek, modlitwy. I duszący słodkawy dym. Gdy po dwóch dniach wrócił ojciec, poszliśmy do stodoły. Wśród spalonych ciał znalazłem scyzoryk "rybkę" Dyźka. Kupił go sobie na odpuście. Po Julianie jest tylko ta fotografia.

I jeszcze inne zdjęcie - Materkowej. Jak łapie kury. Nim ją Niemcy zabili, kazali oskubać kurę na rosół.

Stanisław Krogule, prezes fundacji utrzymującej ze składek mauzoleum, ma na tablicy zdjęcie stryja Walerego. Świadkiem śmierci tego 20-latka był miejscowy agronom. Opowiadał potem matce Walerego, że widział, jak Niemiec prowadził jej syna przez wieś. Postrzelony Walery kulał. Doszli do samochodu. Niemiec otworzył drzwi do szoferki, wyciągnął karabin, przymierzył i strzelił. Ale nie miał wprowadzonego naboju. Podszedł do chłopca, poklepał go po ramieniu, wprowadził nabój i nacisnął spust. Walery Krogulec upadł. Za jakiś czas drogą szedł wyższy rangą oficer (co agronom poznał po tym, że miał krótką broń), który zobaczył dogorywającego Polaka. Ułamał gałąź, wsadził mu w usta, po czym rozdeptał głowę butem.

Gdzie zginęli dwaj pozostali stryjowie, nikt nie wie.

Obok puste czarne miejsce na fotografię, która nigdy nie będzie wklejona. Tu powinno być zdjęcie trzyletniej Jasi Kołomańskiej. Ale nikt takiej fotografii nie miał. Opowiada jej ciotka Ewa Kołomańska, dziś studentka historii. Rodzice Ewy mieszkali w Postojowie, ale matka dziewczynki pochodziła z tych stron, z Materków. Pacyfikacja była w poniedziałek i wtorek. W niedzielę, 11 lipca, rodzice przywieźli dziecko do babci, bo jechali na targ sprzedać koniki na biegunach, które robili. Dziewczynka spłonęła z całą rodziną w podpalonej chałupie. Władysława Kołomańska, matka Jasi, do końca życia nie mogła darować mężowi, bo to on zdecydował, aby nie brać małej na jarmark. Już po wyzwoleniu nigdy nie pozwoliła mu przyjechać do Michniowa na uroczystości żałobne 12-13 lipca. Zawsze sama w żałobie stała nad wspólną mogiłą zamordowanych. Kolejne zdjęcie: Na skraju lasu siedzą młodzi gestapowcy w mundurach. Przystojni, uśmiechnięci Ze smakiem palą papierosy. Wreszcie wypoczywają. Właśnie skończyli drugi dzień pacyfikacji Michniowa. Są trochę zmęczeni po robocie.

 Kazali matce patrzeć

 12-13 lipca to ich Zaduszki. Od 60 lat nikt w te dni nie wychodzi w pole, kobiety nie wywieszają prania. Przychodzą w czerni na wspólny grób, wyspowiadani, w czasie mszy polowej przyjmują komunię.

Coraz więcej młodych rąk zapala świeczki, coraz mniej świadków tamtej tragedii. Tylko pamięć ciągle żywa. Słyszę o tragedii Adolfa Morawskiego, któremu Niemcy spalili najstarszego syna, 17-letniego Ryśka. Następnego dnia chcieli jego dopaść - wpadł do swojej obory i żona zagrzebała go w gnojowiku. Ani ona, ani ośmioletni syn nie zdradzili żandarmom, gdzie ukrył się Morawski. On słyszał, jak ich zabijali. Gdy zaczęła płonąć obora, wybiegł prosto w żyto. Kątem oka zauważył, że jeden z oprawców trzymał czerwoną zapaskę żony. Po trzech dniach Morawski pozbierał zwęglone szczątki żony i syna do drewnianej skrzynki. Zaniósł tam, gdzie dziś stoi mauzoleum. Miał dla kogo żyć - zostały córki bliźniaczki, które tragicznego dnia były u ciotki. Jedna z nich, Maria, dziś po mężu Wikło, została w Michniowie nauczycielką. Antonina Morawska wspomina Wikłową, żonę gajowego, którego Niemcy podejrzewali o kontakty z AK. Kobietę przyprowadzili o świcie na podwórko Teofila Materka. Była jeszcze w koszuli nocnej. Dwóch chłopów wykopało na rozkaz głęboki dół. Potem jeden z hitlerowców wziął za koszulkę trzyletniego Józia, postawił na brzegu dołu strzelił w główkę. Następnie zrobił to samo z siedmioletnią Marysią, 11-letnią Halinką i 13-letnią Zosią. Matce kazali patrzeć. Wreszcie i ją postawili nad dołem. Strzał. Przykryła własnym ciałem swoje dzieci. W rodzinie Wikłów zamordowano 21 osób.

 Spóźniona pomoc

 Niemcy mścili się za pomoc Ponuremu, który stał ze swym oddziałem w Górach Świętokrzyskich. Wielu mężczyzn z Michniowa należało do AK. Ktoś musiał ich zdradzić. Na pewno doniósł na gestapo Motor - Jerzy Wojnowski, szpieg w ugrupowaniu Ponurego. Ale konfidentów byłowięcej. Tadeusz Obara podejrzewa, że na usługach Niemców była rodzina I. z Poznańskiego, która przyjechała do brata. To ten letnik rozeznał w Michniowie, kto jest dowódcą, a kto zwykłym partyzantem. Na gestapo doniósł nawet na swego bratanka, 18-letniego Zygmunta - przedstawił go jako bandytę zagrażającego III Rzeszy.

Wielu ludzi w Michniowie za tragedię obciąża samego Ponurego-Piwnika. Pomoc z lasu przyszła za późno.

- Mój brat stryjeczny, Stefan, był w AK w randze podporucznika - opowiada Tadeusz Obara. - W poniedziałek, 12 lipca, szedł rano z Wykusu, gdzie stali partyzanci, do domu i natknął się na czujki niemieckie. Wycofał się 5-6 km i dał znać Ponuremu. Ale dowódca zarządził wypad do Michniowa dopiero przed wieczorem, gdy Niemcy już odjechali. Jakby dla zrekompensowania tego dyshonoru partyzanci postanowili wysadzić najbliższej nocy pociąg wiozący urlopowanych hitlerowców. Zabili 180 Niemców. A na odchodnym napisali kredą na wagonie "Zemsta za Michniów". Następnego dnia okupant zamordował kolejnych 100 mieszkańców wsi. Po tej tragedii żołnierze Ponurego opuścili Wykus.

 Chętnie ich ugoszczą

 W 1983 r. na 40-lecie tragedii został zaproszony do Michniowa marszałek Sejmu, Roman Malinowski. Gdy prominent przemówił nad mogiłą, wstał jeden z krewnych pomordowanych z prośbą: - Ten grób z gliny rozsypuje się, niech nam pan pomoże.

Honorem Malinowskiego było pokazanie okupacyjnej martyrologii wszystkich spacyfikowanych wsi w Polsce. Doliczono się ich 817. To miało być wielkie przedsięwzięcie. Na wzgórzu gmach kolos w połowie wbudowany w ziemię, do którego miała prowadzić dwukilometrowa droga pamięci, zwieńczona placem manifestacji na 10 tys. osób. W miejscu rozebranych chałup luksusowe osiedle domków jednorodzinnych. Zaprojektowano szkołę, pocztę, hotel ośrodek zdrowia, gazyfikację i wodociągi. Powstały projekty.

W 1989 r. przyjechała ekipa ze Starachowic do budowy tunelu. Tadeusz Obara, dyrektor mauzoleum w budowie, wystraszył się, że nikt mu się nie podpisze pod papierami. Zostaną z dziurą w ziemi. Wstrzymał buldożery harcujące tuż obok mogiły.

W 1991 r. zmieniono koncepcję na skromniejszą. Powstał piętrowy budynek z salką ekspozycyjną, wyżwirowano drogę do lasu, stoją na niej krzyże znoszone z innych wsi, które również przeszły pacyfikacje. Pojawiła się szansa uzyskania pieniędzy z Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. Ale należało znaleźć w Niemczech miejscowość równie doświadczoną w czasie wojny.

- Przez półtora roku- wspomina Tadeusz Obara - szukałem takiego adresu po ambasadach i konsulatach. Nie znalazłem spacyfikowanej wsi, ale natrafiłem na cmentarz żołnierzy radzieckich, niemieckich i polskich w Seelower. 33 tys. poległych. To wystarczyło, aby uzyskać wsparcie z fundacji. A z Niemcami nawiązaliśmy kontakt na lata. Studentka Ewa Kołomańska oprowadza latem po Michniowie młodych Niemców, których tu wysyła fundacja w Seelower. Uprzejmych, eleganckich gości bardzo interesuje tragedia wsi w lipcu 1943 r. Ale dla nich - mówi Ewa - nie istnieje takie pojęcie jak Niemiec faszysta. Pytają, jakie to były formacje, jak zachowywali się ci żołnierze, jak nazywali się dowódcy. Najbardziej nerwowo reagują, gdy słyszą, że sprawcy tragedii kradli, co popadnie, nawet cukierniczkę ze stołu.

- Niemiec złodziejem? - dziwią się. - Czy to jest gdzieś udokumentowane?