W dzienniku Fakt, ukazał się artykuł pt. „Ma oddać dzieci za dług” W  reportażu opisana jest sprawa Władysława Knurowskiego z Poręby Spytkowskiej, wobec którego komornik prowadzi postępowanie egzekucyjne, gdyż zapadł prawomocny wyrok, orzekający eksmisję. Ponieważ Knurowski w razie eksmisji na przysłowiowy bruk znalazłby się tam razem dziećmi, Sąd Rejonowy w Brzesku wydał orzeczenie o  tymczasowym umieszczeniu małoletnich w placówce opiekuńczo wychowawczej.

Dominującą część artykułu w Fakcie zajmują obelgi pod adresem instytucji wymiaru sprawiedliwości. Oto cytaty z tego  tekstu: „ (...) Skandal!. (...) Sędzia z komornikiem chcą rozbić kochającą się rodzinę!. Te dzieci muszą pozostać przy ojcu,  niezależnie od pana pokrętnych decyzji, sędzio Romanie Różanowski".

Są zdjęcia sędziego z podpisem: - „Pan nie ma sumienia, panie sędzio!. Myśli pan, że jak dzieci są biedne, to może pan je bezkarnie krzywdzić?”.

Przejmujące. Tyle tylko, że prawda jest zupełnie inna. A prosty chłop jest mistrzem w manipulowaniu dziennikarzami. Oto jego historia:

W połowie lat 90. Akademia Rolnicza z Krakowa  szukała dzierżawcy na nie użytkowane przez nią 60 hektarowe gospodarstwo wraz z zabudowaniami w Porębie Spytkowskiej. Zgłosił się rolnik Włodzimierz Knurowski, wychowujący samotnie sześcioro dzieci. Nikt nie sprawdzał jego reputacji, również tego, że był sądownie karany za znęcanie się nad rodziną i wszczynanie bójek.

Spisano umowę dzierżawną. W 1996 r. wody rzeczki wezbrały i zalały wieś, w tym również gospodarstwo Knurowskiego. Był on już znany w gminie, jako działacz  rolniczej "Solidarności", który potrafi sobie załatwić znaczącą pomoc państwa z powodu szkód powodziowych. Na jego rozpaczliwe  podania, eksponujące los półsierot reagowały wszystkie instytucje, do których pisał. M. in.: PCK, Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, Fundusz PHARE, Caritas, gmina opieka społeczna.

Z pomocą pospieszyła Akademia Rolnicza (okresowe zwolnienie z czynszu), oraz BGŻ (kredyt na ponad 50 tys. zł). Sprawą Knurowskiego zajmowali się osobiście premier Jerzy Buzek, minister  rolnictwa Jacek Janiszewski, przewodniczący Solidarności . Marian Krzaklewski, jeden poseł z SLD i dwaj posłowie z AWS. Spieszyli z  pomocą pełnomocnicy rządu do spraw rodziny, wojewodowie, zespoły do usuwania skutków powodzi, Caritas.

Jednakże ofiarowana pomoc tonęła w zrujnowanym gospodarstwie, jak w studni. Knurowski nie płacił Akademii za dzierżawę, niejako z zasady. Nie regulował też rachunków  za prąd słusznie licząc na to, że elektrownia nie odetnie licznika z uwagi na dzieci. Ale wyprowadzić się z pałacyku też nie zamierzał. Listonosza z ponaglającymi monitami z banku o spłacanie 80 tysięcy złotych kredytu, przeganiał psami.

Gdy Akademia Rolnicza zaczęła mu grozić sądem, a w konsekwencji eksmisją, Knurowski zapakował dzieci do pociągu i na gapę dojechalido Warszawy. Od razu zawiadomił telewizję, że będzie koczował pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Ponieważ tego dnia premiera nie było, ulokował się z umęczonymi wyprawą maluchami na Dworcu Centralnym; cały czas pod okiem telewizyjnych kamer. Dziennikarze mieli świetny samograj.

Nazajutrz po telewizyjnej emisji reportażu w porze najlepszej oglądalności, Kancelaria premiera zaleciła zajęcie się sprawą rolnika „wszystkim szczeblom”. Pierwsza zareagowała gminna opieka społeczna. Zobowiązała się do wypłaty samotnemu ojcu pięciu tysięcy złotych zasiłku. Daremnie przedstawiciel Akademii Rolniczej dowodził publicznie, że Knurowski zamiast pracować, woli wyłudzać pomoc. Nie zajmuje się gospodarstwem i przepuszcza pieniądze, przekazane mu na likwidację zatorów na rzece. Żeruje na statusie powodzianina. Zaniedbane dzieci są w tej grze narzędziem.

Nie minął rok, a najgłośniejszy powodzianin w Polsce znów wybrał się do stolicy. Tym razem z dziećmi i z kozłem. Popisywał się przed dziennikarzami, że stary cap to prezent dla rządu, który nie chce mu dalej pomagać. I znów fotoreporterzy mieli żer. Knurowski przez  kilka godzin krążył pod Kancelarią premiera ze zmaltretowanym  zwierzęciem na sznurku. Dzieci trzymały transparenty: „Jestem sobie Polak mały” i "Umorzyć kredyty klęskowe".

Protest okazał się skuteczny. Postawieni przed kamerami urzędnicy jeszcze raz zadeklarowali w błysku fleszy, że nie pozwolą tej rodzinie zginąć. I znów rozwiązał się worek z różnego rodzaju  pomocą. Na przykład gmina umorzyła podatek gruntowy, Caritas dał  opiekunkę dla dzieci, bank odroczył spłatę kredytów. W kilka miesięcy później Włodzimierz Knurowski wysłał do premiera faks: - "Informuję, że w związku z tragiczną sytuacją mojej rodziny zamierzam podjąć strajk głodowy".

Wsadził szóstkę dzieci na przyczepę dla tuczników, pościelił im siana, na masce starego ursusa przybił transparent "Nie rzucim ziemi". I tak po 20 godzinach dojechali do Warszawy. Pod Kancelarią premiera Knurowski przykuł się  łańcuchem do drzewa, wbił w ziemię kosę. Znów dopiął swego.

W miarę upływu czasu żądania rolnika eskalują. Już nie wystarcza mu umorzenie podatków w gminie. Teraz chce zostać najbogatszym rolnikiem w powiecie. Z tego powodu Akademia Rolnicza ma go nie  tylko zwolnić z opłat czynszowych, ale po prostu uwłaszczyć. Choć ma  na karku komornika z sądowym wyrokiem o eksmisji, żąda kolejnego kredytu z preferencyjnej puli dla powodzian. Jeśli jego warunki nie   zostaną spełnione, ogłosi w mediach, (a zna wielu dziennikarzy) że w rządzie siedzą nie Polacy, ale konfidenci. Na razie wita komornika transparentem w rękach zabiedzonych dzieci: "Mafio, oddaj mi ziemię, dzieciom ojcowiznę".

Ale trafiła kosa na kamień - Sąd Rejonowy w Brzesku. Sędzia kierował się literą prawa, a nie tym, co podawały media. Chyba nie docenił swego przeciwnika. Został wprawdzie przez dziennikarza wyszydzony i obrażony, redakcja  Faktu odmówiła zamieszczenia sprostowania, ale wyrok sądu – zgodny  literą prawa i sprawiedliwością społeczną – został wyegzekwowany.