Rok 2007 przejdzie do historii prestiżowych nagród dziennikarskich jako rok demistyfikacji. Okazało się bowiem, że niektórzy laureaci wprowadzili jury w błąd. W jednym przypadku – nagrody dla Piotra Skórnickiego z poznańskiego oddziału Gazety Wyborczej w konkursie Grand Press Photo 2007 skończyło się odebraniem wyróżnienia i zwolnieniem nieuczciwego fotoreportera z pracy. Natomiast wysoko oceniony cykl publikacji pt. „Leki za miliony dolarów” w Rzeczpospolitej, za który autorzy Małgorzata Solecka i Andrzej Stankiewicz otrzymali w roku 2003 Główną Nagrodę Wolność Słowa przyznawaną przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich oraz nagrodę Fundacji im. Batorego w konkursie „Tylko ryba nie bierze” okazał się po latach, w następstwie procesu sądowego wytoczonego dziennikarzom kłamstwem, popełnionym w interesie lobbujacej firmy farmaceutycznej.

Czy dojdzie do odebrania i tych prestiżowych nagród, jak domagają się znieważeni, negatywni bohaterowie nagrodzonych publikacji?

 xxxx

 „Zwracam się z prośbą – pisze Mariusz Łapiński b. minister zdrowia do przewodniczącej ZG Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich KrystynyMokrosińskiej – o odebranie nagrody Kategorii I przyznanej w 2003  roku dziennikarzom Małgorzacie Soleckiej i Andrzejowi Stankiewiczowi przez SDP za cykl artykułów „Leki za miliony dolarów”, w dzienniku Rzeczpospolita, opisujących i analizujących - jak podano w uzasadnieniu, „korupcyjne powiązania ekipy ministra Łapińskiego”.

Dalej autor listu informuje, że właśnie zapadł ostateczny, w Sądzie Najwyższym, wyrok, wskazujący na brak elementarnej rzetelności dziennikarskiej tych dwojga autorów i łamanie przez nich  podstawowych zasad etyki dziennikarskiej. Jednocześnie postępowanie  prokuratorskie wszczęte na podstawie wspomnianych publikacji zostało umorzone z powodu nie stwierdzenia czynu zabronionego.

- W przypadku braku reakcji ze strony SDP – uprzedza M. Łapiński –będę się domagał odszkodowania od Stowarzyszenia i przeprosin w drodze sądowej, ponieważ użycie mojego nazwiska w uzasadnieniu przyznania nagrody było naruszeniem moich dóbr osobistych.

Dla ścisłości – autor listu nieprecyzyjnie nazywa nagrodę zdobytą przez czołówkę dziennikarzy śledczych z Rzeczpospolitej. W rzeczywistości nazywa się ona Główną Nagrodą Wolności Słowa i jest przyznawana za „publikowanie w obronie demokracji i praworządności, demaskowanie nadużyć władzy, korupcji, naruszania praw człowieka i obywatela”. Poza prestiżem uhonorowała ona laureatów 15 tys. złotych.

Podobne w treści pismo zostało wysłane do Aleksandra Smolara prezesa Fundacja im. Batorego, która również za ten sam cykl artykułów przyznała w 2003 roku Małgorzacie Soleckiej i Andrzejowi Stankiewiczowi najwyższą I nagrodę –w konkursie realizowanym we współpracy z Helsińską Fundacją Praw Człowieka pt. „Tylko ryba nie bierze?”. (W wysokości 8.330 zł). W uzasadnieniu napisano: „Kryteriami oceny nadesłanych artykułów były: rzetelność i obiektywizm w przedstawianiu faktów, ciągłość w śledzeniu opisywanej sprawy, samodzielne pozyskiwanie informacji i  materiałów, oraz dobry warsztat dziennikarski. Nagrodzony cykl artykułów w najwyższym stopniu spełnia kryteria konkursu; dotyczy bardzo ważnego społecznie problemu, pokazuje mechanizmy, których analiza może pozwolić na wyciągnięcie wniosków dotyczących uniknięcia korupcji w przyszłości – w tym przypadku procedury wprowadzania leków na listy leków refundowanych. Należy docenić fakt, iż autorzy zawsze dawali obwinionym stronom możliwość ustosunkowania się do zarzutów. Kapituła pragnie podkreślić fakt  wykształcenia się dobrej szkoły „dziennikarstwa śledczego” w redakcji Rzeczpospolitej - w dzienniku tym, wszystkie sprawy korupcyjne opisywane są w sposób bardzo rzetelny.”

 Gabinet ministra wylęgarnią korupcji

 Ten proces trwał cztery lata. Małgorzata Solecka i Andrzej Stankiewicz dziennikarze śledczy wówczas pracujący w redakcji Rzeczpospolitej (dziś w Newsweeku–Polska) zostali pozwani przez Waldemara Deszczyńskiego byłego szefa gabinetu politycznego ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego. Chodziło o ochronę dóbr osobistych, naruszoną w cyklu publikacji „Leki za miliony dolarów”. Sprawa przeszła przez wszystkie instancje, aż do Sądu Najwyższego. Sąd nakazał pozwanym przeprosić Deszczyńskiego na pierwszej stronie Rzeczpospolitej grubą czcionką za nieprawdziwe stwierdzenie, jakoby proponował wprowadzenie leku na listę refundacyjną ministra zdrowia w zamian za wielomilionową łapówkę. Sąd uznał, że jest to narażenie byłego dyrektora na utratę dobrego imienia i zaufania potrzebnego do  wykonywania działalności publicznej i zawodowej. Tytułem kosztów procesu dziennikarze muszą zwrócić poszkodowanemu 6500 złotych, oraz wpłacić 5 tys. złotych za wpis sądowy.

Na temat Mariusza Łapińskiego sąd się nie wypowiadał, bo faktycznie nie on był oskarżany o wzięcie łapówki. Jakkolwiek publikacje w Rzeczpospolitej i komentarze do nich kierownictwa redakcji sugerowały, że wylęgarnią korupcji jest sam gabinet ministra. Jeden z artykułów dwojga śledczych reporterów opatrzony jednoznacznym tytułem „Korupcja w resorcie zdrowia” otwierają na wstępie dwa zdjęcia niczym z listy gończej Łapińskiego i Deszczyńskiego. A Jan Skórzyński wówczas zastępca red. naczelnego Rzeczpospolitej napisał: „Wszczęte na skutek naszej publikacji śledztwo przyniesie odpowiedź na pytanie o odpowiedzialność prawną Waldemara Deszczyńskiego (…) w sprawie „Leki za łapówkę”. (…)Nie ulega wątpliwości, że za korupcjogenny układ, jaki powstał w resorcie ochrony zdrowia odpowiada osobiście jego były szef Mariusz Łapiński”.

Atakowany codziennie Łapiński żądlił jak miotający się skorpion. To nie przysparzało mu zrozumienia nawet w gronie partyjnych towarzyszy. A już media miały bulwersujący news. W rozmowie z Moniką Olejnik w Radiu Zet były minister wykrzyczał: – Nie mając żadnych praktycznie dokumentów obrzuca się ludzi błotem a następnie robi z tego wielką aferę, że wszystkie korupcje są związane z SLD, która jawi się jako partia o nieczystych rękach.

Reakcją było oświadczenie SDP i Transparenty International Polska, że bezprecedensowy atak na dziennikarzy byłego ministra zdrowia jest próbą ograniczenia wolności słowa w Polsce.

 Sznurki dyrektora MSD

 Sąd bardzo poważnie potraktował oskarżenie liczącego się dziennika III RP. Uzasadnienie ostatecznego wyroku liczy ponad sto stron. Przyznano rację Deszczyńskiemu gdy twierdził, że wbrew temu, co podnosili w swych publikacjach dziennikarze, artykuł powstał nie w obronie interesu społecznego, lecz na zamówienie MSD –amerykańskiego koncernu farmaceutycznego zabiegającego o umieszczenie na liście leków refundowanych swojego specyfiku. Dyrektor tej firmy Atle Flo zwrócił się do prasy z zamiarem doprowadzenia do pomyślnych dla niego rozwiązań, zaś dziennikarze spełnili te oczekiwania. Dziennikarze nie przyłożyli się do zbierania materiałów. Nie przejmowali się tym, że dyr. Atle Flo nie uczestniczył w rozmowach z Deszczyńskim a pracownik firmy, który mu relacjonował przebieg spotkania nie znał języka polskiego. Drugi zaś wysłannik Atle Flo, który tłumaczył rozmowę twierdził, że Deszczyński nie składał żadnej propozycji korupcyjnej. I właśnie z tą osobą dziennikarze nie rozmawiali. A powinni szukać informacji u źródła, czyli od Łukasza Zybaczyńskiego –  przedstawicielem koncernu. Śledczy z Rzeczpospolitej tego nie zrobili. Zaufali materiałom położnym im na biurko, a tymczasem zeznania Zybaczyńskiego przed sądem w pełni potwierdziły wersję Deszczyńskiego.

Również postępowanie karne prokuratury wobec byłego dyrektora gabinetu ministra zdrowia wszczęte na podstawie artykułów w Rzeczpospolitej nie potwierdziło postawionego zarzutu, że żądał on  łapówki.

Deszczyński poniósł niewymierne straty na skutek ogłoszenia go łapownikiem. Jak zeznała jego żona, po serii artykułów w czołowym dzienniku wielu znajomych odwróciło się od nich. Ona, z zawodu notariusz, straciła klientów. Ich dzieci szykanowano w szkole. Upadła firma, w której byli udziałowcami. Deszczyński, jeszcze nie  tak dawno człowiek sukcesu, z licznymi kontaktami biznesowymi za  granicą, długo nie mógł znaleźć pracy.

 Kwity na biurko

 Sąd Najwyższy uznał, że uhonorowana wysokimi nagrodami dwójka reporterów popełniła rażące wykroczenie przeciwko prawu, choć ich sprawa rozpatrywana była w okresie, gdy mocą odmiennego niż dotąd orzecznictwa SN dziennikarzy usprawiedliwiało samo dochowanie wymogu staranności w zbieraniu informacji. Niezależnie od ostatecznych efektów tych działań.

Ale dziennikarze Rzeczpospolitej wbrew temu co sądziła Fundacja im. Batorego nie napracowali się przy gromadzeniu materiałów do  publikacji. Nie obudził ich czujności fakt, że dyr. Atle Flo życzył sobie, aby kontaktowali się tylko z osobą przez niego wskazaną. Nie zainteresowali się, dlaczego szef zagranicznego koncernu z tak bulwersującą informacją o łapówce zażądanej przez wysokiego urzędnika zgłosił się do redakcji dopiero po kilku miesiącach od tego rzekomego zdarzenia. Przyszli laureaci konkursu Głównej Nagrody Wolności Słowa tak naprawdę byli bezwolnymi narzędziami w ręku szefa amerykańskiego koncernu, który notabene sam uważał ich za „istotnych graczy w dziedzinie zdrowia publicznego”, jak to powiedział na  jednej z rozpraw.

Nasilony atak na byłych wysokich urzędników resortu zdrowia na łamach Rzeczpospolitej, który ciągnął się ponad dwa lata, wspierały solidarnie inne media. Pod tym względem solidarność większości dziennikarzy w poparciu właśnie popularnej tezy, że rządząca lewica jest przeżarta korupcją była jak monolit. Newsweek np. alarmował, a Gazeta Wyborcza to wyeksponowała, że zamieszany w aferę lekową były minister Łapiński wielokrotnie odwiedzał kierownictwo (lewicowe) ABW. W domyśle –aby ukręcić sprawie łeb.. Wprawdzie ABW zaprzeczyła tej informacji, podobnie jak Mariusz Łapiński, ale dziennikarze nie mieli wątpliwości.

 Helena Kowalik

 PS W Sądzie Apelacyjnym wygrał z red. naczelnym Rzeczpospolitej Aleksander Nauman. Pozwany ma zamieścić sprostowanie oszczerczej w stosunku do Naumana publikacji o aferze sprzętowej w szpitalach.

Dla przypomnienia: Chodzi o to, że w latach 1995-96 Pharmakon wstawiał do szpitali drogi sprzęt medyczny, przekonując dyrektorów, że nie muszą za niego płacić. Polski przedstawiciel Pharmakonu posługiwał się listem polecającym od dyrektora departamentu w Ministerstwie Zdrowia. Potem jednak faktury za darowany rzekomo sprzęt wraz z ogromnymi odsetkami zaczęły do szpitali napływać. Jednak budżet państwa nie stracił ani złotówki, tylko Big Bank Gdański obracający wierzytelnościami. Afera wykryta przez dziennikarzy Gazety Wyborczej skończyła się aktami oskarżenia dwóch urzędników resortu zdrowia i dyrektoró  kilku szpitali. W sądzie zostali uniewinnieni. W czerwcu 2003 r. zdobywcy Głównej nagrody Wolności Słowa Małgorzata Solecka i Andrzej Stankiewicz napisali w swym dzienniku, że Aleksander Nauman były wiceminister zdrowia i b. szef NFZ jest współwłaścicielem szwajcarskiej spółki Pharmakon, która brała udział w wyłudzeniu od polskich szpitali 100 mln zł..

Po publikacji Rzeczpospolitej warszawska prokuratura wszczęła  postępowanie sprawdzające. Nauman podał dziennik do sądu.