– Musi być ilustracja - oto pierwsze przykazanie, które wbija się do głów startującym w zawodzie dziennikarskim. Artykuł bez zdjęcia, to niedoróbka, może wylądować w koszu. A w najlepszym razie długo poczeka na druk. Tylko nieliczne, renomowane tytuły gazetowe szukają czytelnika, preferującego słowo pisane. Telewizja w ogóle jest obrazkowa. Jej reportaże przede wszystkim zaspokajają ciekawość oczu.

Mechanizm zazwyczaj jest taki: ze szklanego ekranu leci na cały kraj na przykład informacja o niewłaściwym potraktowaniu petenta w instytucji państwowej. Przypadek jest na tyle bulwersujący, że  wywołuje w mediach dyskusję na temat pracy urzędników. Im bardziej jest to instytucja nie lubiana, jak na przykład urząd skarbowy, tym więcej emocji ze strony telewidzów i czytelników. Do krytyki podwiązują się terenowe gazety i na swoim terenie szukają podobnych przypadków sprzeniewierzeń.

Ale reporterzy wyruszający na łów, nie zawsze mają fart. Wtedy niektórzy z nich usiłują nagiąć  rzeczywistość do zaplanowanej tezy. W wychodzących w Rzeszowie "Super Nowościach" ukazało się na pierwszej stronie duże zdjęcie Urszuli Poznańskiej urzędniczki   miejscowego urzędu skarbowego, jako ilustracja do hitu numeru p.t. "Podatek, albo śmierć". Autor Krzysztof Rokosz w swej publikacji włączył się do kampanii medialnej o nieudolnych pracownikach skarbowych, którzy nie mając racji, straszą podatników wezwaniami, karami i są nawet w stanie doprowadzić ich do śmiertelnego zawału.

Dlaczego pani Poznańska, na którą nigdy nie wpłynęła skarga od petentów, poświadczyła swoim portretem artykuł, oskarżający urzędników fiskusa? Bo dziennikarz powiedział jej szefowi, że chce iść pod prąd i napisać właśnie o uczciwych i kompetentnych  pracownikach karbówki. Zdjęcie bohatera reportażu miało ten obraz  uwiarygodnić.

Zastanawiające jest instrumentalne traktowanie ludzi przez reportera "Super Nowości". W korespondencji z Radą Etyki Mediów Krzysztof  Rokosz twierdził, że postąpił słusznie, bo niezależnie od wymowy artykułu, chciał też pokazać urzędnika z ludzką twarzą. A że z tekstu to nie wynika? - Nie było miejsca - tłumaczy - na  rozpisywanie się. A poza tym złych urzędników nie dało się sfotografować.

"Wymaskowanie" twarzy

Nie przestrzega obowiązującego w tej mierze kanonu etycznego telewizja. W programie "Interwencje" (Polsat) wyemitowano reportaż o brutalnym zabójstwie emerytów z Sochaczewa. Głównymi świadkami w tej sprawie jest małżeństwo P. Widzieli morderców, zawiadomili policję. Dziennikarze "Interwencji" namówili P. do wystąpienia przed kamerą. Zgodzili się pod warunkiem zmiany ich personaliów i zasłonięcia  twarzy. Tymczasem zobaczyli się na ekranie w całej okazałości, choć ze zmienionymi nazwiskami. W kontekście słów, że reporter Piotr Owczarski dotarł do osób, które widziały przestępców. Pan P. poczuł się zagrożony. Mordercy są na wolności i wiedzą już, kto zawiadomił  policję.

Jerzy Kamiński producent programu "Interwencje" zbagatelizował skargę małżeństwa P. twierdząc, że nie mają powodów do niepokoju, bo zostały im zmienione nazwiska. A poza tym - gdyby redakcja otrzymała od występujących w audycji wyraźną dyspozycję o konieczności "wymaskowania" twarzy, z pewnością by się do tego zastosowała. Choć obiektywnie patrząc, nie było żadnych racjonalnych powodów, aby podejmować aż takie środki ostrożności. Pan P. twierdzi, że przed nagraniem postawił warunek o nie fotografowaniu ich twarzy; ma na to świadka.

Załóżmy jednak, że  niefortunni bohaterowie "Interwencji" zapomnieli uprzedzić  nagrywającego, aby nie pokazywał ich w sposób, umożliwiający mordercom rozszyfrowanie. A sam dziennikarz tego nie wiedział? Musiał zdawać sobie sprawę z konsekwencji ujawnienia najważniejszych świadków, podobnie jak cała ekipa telewizyjna. Los małżeństwa P., które notabene wykazało w dramatycznych chwilach wiele odwagi i wrażliwości na czyjąś krzywdę, autorów programu nie interesuje. Zaryzykowano ich bezpieczeństwem, może nawet życiem, dla większej sugestywności programu.

Do takiej postawy zachęca ich, sądząc po treści listu do małżeństwa P., sam producent. Najważniejsze, pokazać twarz człowieka. Po emisji może sobie  protestować, to już nie ma znaczenia - ta zasada przyświeca też  autorom innych programów telewizyjnych. Jeśli determinacja idzie w parze z nonszalancją, może dojść do groteskowych sytuacji.

TVN 24 wyemitowała w serwisie informacyjnym materiał o aresztowaniach wśród kierownictwa Izby Celnej Łodzi. Dla zilustrowania wydarzenia, posłużono się zdjęciami celników, ale… z uroczystości wręczenia awansów pracownikom przykładnie pracującej  Izby Celnej w Białymstoku.

Cyniczna profanacja

Osobną kategorią etycznych nadużyć fotoreporterów jest publikowanie zdjęć zmarłych fotografowanych w sytuacji, która odziera te osoby z  godności. Na taką profanację zdecydowało się kilka gazet w Polsce (głównie  tabloidy, ale też jeden opiniotwórczy tygodnik) w roku 2005, gdy  tragiczne tsunami w Azji Południowo-Wschodniej uśmierciło tysiące osób. Wówczas pojawiły się materiały filmowe, bulwersujące widokami nagich zwłok, ich deformacji, wywołanej rozkładem. Została naruszona godność ludzkiej śmierci, będąca jednym z podstawowych kanonów naszej cywilizacji. Nie ulega wątpliwości, że takie obrazy obliczone  były na zwiększenie pokupności produktów medialnych. Prawdopodobnie nie doszłoby do tego, gdyby wcześniej podobnie  haniebne praktyki – np. w "Super Expressie", gdzie opublikowano zdjęcie pokazujące w zbliżeniu ciało zabitego dziennikarza TVP  Waldemara Milewicza – spotkały się z publicznym potępieniem. Owszem, odezwały się wtedy tu i owdzie nieśmiałe protesty, ale jak widać, nie wszystkim dziennikarzom trafiło to do przekonania.

I oto w lokalnym tygodniku Nowa Gazeta Jaworska. na  pierwszej stronie została wybita informacja, że pewna mieszkanka  Jawora z niewiadomych przyczyn odebrała sobie życie. Jest zdjęcie, na którym widać wiszącą na gałęzi kobietę. Redaktorzy tygodnika nic sobie nie robią z protestów czytelników, bo w kilka dni później piszą: „Jaworska kablówka podkablowała tygodnik lokalny z powodu publikacji jednego zdjęcia. Ponoć Jaworzanie są tym „oburzeni”. Czyżby cytowała opinie tymczasowych  lokatorów ratusza, którzy sponsorują kablówkę?”

Ileż w tym krótkim tekście, notabene z błędem ortograficznym, cynizmu. W Nowej Gazecie Jaworskiej nie wierzą, że zwykli czytelnicy mogą być zgorszeni takim potraktowaniem zmarłego człowieka. Dziennikarze wietrzą spisek polityczny, intrygę „tymczasowych lokatorów ratusza”, czyli samorządowych władz miasta prawdopodobnie  z opcji politycznej, z którą gazeta wojuje.

Taką dezynwolturę zaprezentowała ostatnio redakcja Życia Łomianek pokazując na okładce dopiero co wyciągnięte z wody ciało utopionego w Wiśle mężczyzny. Gdy do redakcji zatelefonowała oburzona czytelniczka usłyszała, że  nie mogło dojść do naruszenia dóbr osobistych ofiary, ponieważ wygasły one w chwili śmierci. Barbarzyńcy są wśród nas. Helena Kowalik