Teraz widzą, że tylko Dziopak uratowałby ich fabrykę przed Włochami.

Jeszcze na cmentarzu, Andrzej Strykowski szepnął im, aby spotkali się w jego domu. Nie wyszło ze wspólnym wieńcem, to przynajmniej stawia kielicha.

Podjechali pod willę swymi drogimi samochodami. Nawet żałobne szarości garniturów od Bossa i stonowanych kostiumów małżonek nie mogły zmylić przechodniów, że to ludzie sukcesu.

Na tarasie domu Strykowskich, skąd tylko o rzut kamienia do łagodnego stoku Szyndzielni powiedzieli sobie tyle, ile uznali za stosowne, o własnych przedsiębiorstwach. Żadne nie kulało, nie było więc potrzeby wyrzekania na system podatkowy i inne hamulce gospodarki rynkowej. Mimochodem wspomnieli, gdzie który ostatnio bywał w interesach za granicą. Panie wymieniły się opiniami na temat masażystów w Bryzie, modnym hotelu w Juracie. Od kilku lat jeżdżą tam na odnowę biologiczną.

Jeszcze obgadali uczestników pogrzebu. Tłumów nie było. Przyszli wszyscy jego dawni i najbliżsi współpracownicy. I ci bezimienni mieszkańcy Bielska Białej, którzy zakotwiczyli się w tym mieście za sprawą Ryszarda Dziopaka, jawiącego się im niczym olbrzym, wyrwidąb, skaczący po górach. Stworzył fabrykę, zrył buldożerami miasto (odważył się nawet podkopać pod Górę Zamkową), doprowadził z Tychów 4-pasmówkę, która wbrew pierwotnym planom tam się urywała, łącząc Śląsk z Warszawą. Poza tym –zapewnił kiedyś pracę, a często i mieszkanie kilkudziesięciu tysiącom ludzi.

Wielu więc towarzyszyło mu w ostatniej drodze z wdzięczności za syte lata; ale byli i tacy, których przywiodła ciekawość, kto też z znanych osób z pierwszych stron gazet stanie koło trumny.

Czekało ich rozczarowanie. Aktualni prominenci obecność przedstawiciela ich instytucji na pogrzebie Dziopaka ocenili na poziomie rzecznika prasowego. Nie przyjechał nawet Ryszard Welter, niegdyś prawa ręka twórcy FSM, późniejszy jego nielojalny następca. Ktoś z obecnych widział Henryka Urbana, działacza Solidarności w fabryce w czasie, gdy rozliczano naczelnego dyrektora, potem we władzach Bielska Białej.

W uścisku kobry

Na tarasie zeszło im na wspomnienia. Gospodyni, Blanka Strykowska przyniosła ze strychu zakurzony album, który fabryka wydała w roku 1979 w nakładzie 30 tys. Lakierowaną okładkę przebijała zardzewiała szpilka od znaczka (stylizowany splot liter: FSM). Mężczyźni pochylili się nad tym kawałkiem metalu. Ktoś zaproponował: Przepijmy. Nosiliśmy go wpięty w klapy marynarki, pamiętacie?

Kartkowali ten album, wizytówkę epoki sukcesu Gierka. Ze zdjęć patrzyły bezimienne, w większości młode twarze w roboczych fartuchach. I jeden z nich: Andrzej Strykowski. Komentarz: „Ten jeden spośród tysiąca. Zawód – inżynier mechanik. Wiek 31 lat. Stanowisko - kierownik wydziału montażu silników”.

Na zdjęciu okrągła twarz z sumiastym wąsem. Czapka leninówka. Właśnie wjechał maluchem: on, żona, 3 dzieci plus sanki, narty, prowiant – na górską polanę. Brakuje tylko gitary, na której śliczna pani Blanka wygrywała zbuntowanego Wysockiego. Kożuszek, w który jest opatulona, zdradza modę późnego Gierka.

Z albumu: „Andrzej Strykowski kończył studia, kiedy powstawała fabryka. Wraz z innymi mieszkał w hotelu, gdy trwała budowa, działał w organizacji młodzieżowej. Kieruje ludźmi bardzo młodymi, wykonującymi odpowiedzialną, lecz monotonną pracę, sam ma aspiracje, więc rozumie aspiracje innych. Jest współtwórcą naukowego systemu ocen i awansów dla pracowników montażu. (   ) Żona, magister polonistyki pracuje w Zespole Szkół Zawodowych, gdzie uczy się ponad 5 tysięcy młodzieży. Z trójki dzieci najstarszy Krzysztof chodzi już do przedszkola, bliźniacy Piotr i Paweł dopiero do tego dorastają”.

Śmieszy ich napuszony język. Ale, rozparci na skórzanych kanapach z rozrzewnieniem wspominają swoje pierwsze kroki w tym bardzo prowincjonalnym wówczas mieście o poplątanych uliczkach i dwóch liniach tramwajowych. (Jedna kupiona jeszcze za dobrotliwego cesarza Józefa).

Strykowscy przyjechali pożyczonym motocyklem. Byli świeżo po studiach, on z legitymacją działacza młodzieżowego. Dostali pokój w hotelu. Pierwsze, co kupili, to słomiankę w cepelii, aby powiesić nad wersalką, bo ciągnęło od nie wysuszonej ściany.

Potem był przydział do „enerdowca”, znacznie lepszego już bloku, choć ciągle jeszcze z zalecanymi przez Gomułkę ślepymi kuchniami. Urodziły się bliźniaki, Strykowski wystał w nocy pralkę automatyczną. Przy piaskownicy Blanka ubiła z innymi młodymi matkami interes. Opierał się na umowie: Ja ci przyprowadzę na godzinkę dzieci do pilnowania, a ty dasz pranie, wrzucę do pralki.

Musiały sobie same radzić. Mężów zabrał im na cała dnie a często i kawał nocy ten kat Dziopak. Na nic zdało się straszenie rozwodem, powrotem do mamusi. Dyrektor naczelny nie miał dla kadry litości. Znany był z tego, że nie przyjmował nikogo powyżej 4O lat. Gdy ktoś przeszkadzał, usuwał bez skrupułów... I nie bez powodu odbywające się zawsze w czwartki narady z nim nazywano kobrami (jak ówczesny teatr sensacji w TV); często zdarzało się, że człowiek, wchodzący na tę operatywkę w funkcji kierowniczej, opuszczał ją zdegradowany do szeregowego pracownika.

- A pamiętacie - wspomina Zygmunt Smrek – dyrektor finansowy w czasach Dziopaka, jak zaprosił nasze żony na uroczystą kolację.? Bo wyczuł, że przebrał miarę. Po raz pierwszy zobaczyły z bliska człowieka, przez którego nawet na poród do szpitala musiały jechać jedynie w towarzystwie współczującej sąsiadki. (W hotelu nie było telefonów, kontaktowali się, waląc kijem w rury kanalizacyjne).

I co się okazało? – wspominają po latach panie – dyrektor Dziopak był czarującym mężczyzną. Każdą obtańcował, a w toaście pożegnalnym wyraził zdumienie, że ich mężowie nie pomagają w domu tak, jak on swojej Teresce.. (Uśmiechnięta Dziopakowa kłamstwa męża, do czego mi się przyznała wiele lat później , przyjęła bez mrugnięcia powieki).

I skończyło się wypominanie ślubnym, że widzą tylko fabrykę.

Oni wtedy nie wszystko rozumieli z taktyki Dziopaka. Smrek był bliżej naczelnego, zarówno z racji funkcji jak i wieku. Widział, jak naczelny walczył ze zjednoczeniem, z system wiecznych niedoborów. Zawsze były dwa plany: jeden dla resortu, drugi dla fabryki. Pod koniec grudnia rezerwę samochodów chowali w jednostkach wojskowych. Po Nowym Roku była jak znalazł.

Jedyny gość z Warszawy na tej stypie - Marian Soczyński, który w czasach Dziopaka reprezentował FSM w stolicy (dziś też jest prywatnym przedsiębiorcą) opowiada, jak sobie ich pryncypał radził z jakością.

Był kwiecień 1976 rok. W styczniu dostali zamówienie w eksport samochodów do RFN. - Włosi chcieli nas utopić na tym rynku twierdząc cynicznie, że „jakość obiektywnie ocenią wasi starzy przyjaciele” A tamci urządzili całe widowisko. Do oceny lakieru np. mieli szkła powiększające na stojakach. Cała partia 500 sztuk została odrzucona. Po kilku godzinach takiego wybrzydzania, Ryszard Dziopak powiada do Włocha: - panie Perlino dziękuję panu za przedstawienie, teraz jedziemy na obiad i jeśli pana interesuje, co ja o tym sądzę, to ja panu powiem... Skończyło się na tym, że Fiat musiał dać swojego człowieka do Bielska, w roli ostatniej instancji decydującej o eksporcie. I wprawdzie w owym roku nie wyeksportowali zaplanowanych 8500 samochodów, ale takie reklamacje nigdy więcej już się nie powtórzyły.

A z drugiej strony – uświadamiają sobie żałobni biesiadnicy - ciągnął się za ich dyrektorem bagaż socjalny. Wobec pustych półek w sklepach, fabryka hodowała ryby w swoich stawach, miała swoje sady itd. W Iglopolu Dziopak załatwiał szynki dla zakładowych bufetów.

Nie byli leniwi.

Koniec oglądania się na siermiężne lata. Bliźniaki Strykowskich już po studiach, średni syn, ten wychowany w enerdowcu, jest wybijającym się naukowcem informatykiem. Tatuś też dawno już przestał zajmować się uatrakcyjnieniem czynności stojącym przy taśmie - pracuje naukowo na uczelni, ma własne przedsiębiorstwo. Pani Blanka zrobiła to, co większość ówczesnych inżynierowych, które dyr. Dziopak zaplanował jako nauczycielki w szkole zawodowej. Pewnego dnia zajrzała po sąsiedzku do jednej z nich i zobaczyła, że ślęczy nad wykrojami sukienek. Okazało się, że inżynierowa, sama też magister, postanowiła porzucić szkołę i zająć się szyciem, oraz sprzedażą konfekcji dziecięcej. Strykowska poszła w jej ślady - z czasem została właścicielką poważnej firmy, której klientami są duże markety.

- A pamiętacie, woła gospodarz do zbierających się do odjazdu gości – jak w 1980 roku któregoś z kierowników rozliczała Solidarność?. On się kajał, zapewniał, że w odróżnieniu od Dziopaka niczego się nie dorobił, nadal mieszka w m-3. Wtedy głos z sali: - Boś ch... był leniwy”.

Byli już przy furtce, gdy jeden z gości wyznał w ciemnościach ogrodu: - Z tabliczki na trumnie obliczyłem, że gdy szefa wyrzucali z fabryki, miał tyle lat, co my dzisiaj. Właśnie przekroczył 50-tkę.. Czy wy sobie możecie wyobrazić, że teraz jakiś kacyk odbiera wam stanowisko, władze, pracę i urabia w mieście opinię przestępcy?

Przed prokuratorem.

Pod koniec 1980 roku „Kronika Beskidzka”, będąca jeszcze ciągle propagandową tubą ówczesnego KW PZPR, rozpoczęła totalną nagonkę na Dziopaka. Była to zapowiedź nowych solidarnościowych wiatrów, które rozkołysały zasiedziałych redaktorów tygodnika. W jednym z numerów ukazał rysunek wilii Dziopaka z basenem na dachu. Wynurzał się z niego krokodyl. Do tego był komentarz, że taki potwór pożera dziennie 7 kilo mięsa, podczas gdy w sklepach nawet ochłapy wydawane są na kartki. Dziennikarz wyrażał nadzieję, że sobiepaństwo dyrektora FSM skończy się i jego willa zostanie zamieniona na przedszkole.

Tak zaczęły się nowe porządki w Bielsku Białej, gdzie Dziopak, który nigdy nie tańczył koło żadnej miejscowej władzy, był najlepszym celem ataku zarówno dla starych jak nowych prominentów. „Kronika” naturalnie nie zamieściła sprostowania, że przyczepiony do muru budynku krokodyl był wypchaną morską trawą zabawką, podarowaną dyrektorowi kombinatu przez towarzyszy kubańskich. I że willa nie miała basenu. Towarzysz Dziopak był już na widelcu prokuratora Wyciszczaka. Ale przed zarzutami o nadużywanie stanowiska broniła go jeszcze fabryczna Solidarność, wykazując tym samym niesubordynację wobec Regionu Podbeskidzie.

Inż. Henryk Urban, pod koniec sierpnia 1980 roku przywódca komitetu strajkowego, który głodował „w celu odsunięcia skompromitowanych dygnitarzy”, mówi dziś o byłym dyrektorze jako o człowieku, wyrastającym ponad przeciętność. To Ryszard Dziopak, choć zdecydowanie opowiadał się po partyjnej stronie, pomagał im połączyć się z Gdańskiem. Wiedział też, co powielano nocą w drukarni zakładowej. Nie kluczył, jeśli już coś ustalili, nie chapał, jak mówią na Śląsku pod siebie; jego wielką ideą była fabryka.

Urban był internowany (na 3 miesiące, wypuszczono go na skutek interwencji ojca, komunisty) i to w czasach Solidarności procentowało mu w fabryce liczącą się funkcją przewodniczącego rady pracowniczej. Gdy na miejsce Dziopaka wszedł jego nielojalny zastępca Welter, Urban obalił go w głosowaniu zakładowego samorządu jednym głosem. A po konsultacje w sprawie zarządzania fabryką, polityki kredytowej, jeździł do zdegradowanego Dziopaka.

Naczelnego FSM atakował przede wszystkim Komitet Wojewódzki, którego Dziopak był członkiem.

- Mój ojciec - twierdzi Leszek, jeden z jego trzech synów, dziś także blisko związany z motoryzacją, zdawał sobie sprawę, że rewolucja zżera własne dzieci. Gdy był u władzy, nie za bardzo liczył się z miejscowymi kacykami, bo mu przeszkadzali w wykonaniu tego, co sobie zamierzył. Póki miał oparcie w Gierku, był nie do ruszenia; jego fabryka stanowiła koło napędowe dla całego Bielska. W 1980 roku towarzysze postanowili ratować się wyrzucając ojca z hukiem, jako prominenta minionej epoki.

Chciała to zrobić Wojewódzka Komisja Kontroli Partyjnej, ale sprzeciwiła się macierzysta organizacja partyjna na wydziale montażu i KW musiał ustąpić. Tyle tylko, że na publiczne rozliczanie, do fabryki wysłano 30 obserwatorów z innych zakładów Bielska. Dwie godziny oskarżali, półtorej tłumaczył się Dziopak. Wniosek WKKP nie przeszedł.

W marcu 1981 roku., czyli na długo przed procesem, Dziopak zwołał naradę dyrektorów FSM i poinformował ich: „Wczoraj złożyłem rezygnację ze stanowiska, proponując na swego następcę dyr. technicznego Jana Jelonka. Dziękuję za współpracę w budowie FSM. Odchodzę, bo nie mogę pozwolić, aby moi wrogowie, chcąc mnie dopaść, zniszczyli fabrykę”.

Jelonek nie wytrzymał presji i po kilku miesiącach zrezygnował z funkcji. Na jego miejsce przyszedł Ryszard Welter.

Tymczasem pragnący przypodobać się Regionowi „S” towarzysze z KW (już nie wystarczyło, że aby uniknąć posądzenia, iż są „betonem”, zrzucili garnitury i do pracy przychodzili we flanelowych koszulach oraz trampkach), uruchomili organa śledcze. Akta oskarżenia Ryszarda Dziopaka liczą kilkadziesiąt tomów. Gdy dzisiaj się je czyta (a przesiedziałam nad nimi dwa dni), sprawiają wrażenie czegoś tak absurdalnego, że miejscami trudno powstrzymać się od parsknięcia. Ale w roku 1981 Dziopakowi nie było do śmiechu. Ani jego rodzinie. Leszek Dziopak może już teraz mówić bez emocji: - Wkrótce potem wzięli mnie do wojska. I tam, podczas dziennika telewizyjnego, na stojąco, bo był jeden aparat na kompanię, usłyszałem, że rozpoczyna się proces ojca. Od tej chwili miałem w wojsku przerąbane.

Dyrektora FSM oskarżono o niegospodarność państwowymi milionami złotych. Uderzenie zapowiadało się na celne, bo w papierach tak wielkiej inwestycji można było oczekiwać pewnego bałaganu a poza tym na sali sądowej bardzo obciążał oskarżonego człowiek, który zajął jego miejsce, niegdyś [prawa ręka w fabryce i przyjaciel, Ryszard Welter. Dziopak jednak zaskoczył śledczego. Miał na wszystko dokumentację. Nawet taki zarzut, jak wynajęcie w Szczyrku, na potrzeby reprezentacyjne przedsiębiorstwa, willi Macieja Szczepańskiego prezesa TVP, (właśnie osadzonego w więzieniu za nadużycia) okazał się łatwy do odrzucenia. Po przepytaniu 94 świadków, zapełnieniu maczkiem kilkudziesięciu tomów akt okazało się, że właściciel willi dopłacał do tego interesu.

Potem prokurator dobrał się do bratków, sadzonych rękami ogrodnika z fabryki, na grządce pod oknem kuchni Teresy Dziopakowej. Szczegółowo liczono flance i czas ich pielenia. Oskarżony tłumaczył, że płacił ogrodnikowi za to z własnej kieszeni a ponadto sprezentował fabryce, którą uważał za swój drugi dom, ozdobne drzewa z własnej plantacji.

Wezwany do sądu na świadka Marian Soczyński, który był przedstawicielem FSM w Warszawie i m. in. zajmował się kontaktami naczelnego z zagranicą, gdy doszło do wypytywań o bratki, stracił panowanie nad sobą. Krzyczał, że to skandal, dlaczego prokurator nie wystawił najwyższym władzom partyjnym rachunku za te kolacje, które odbywały się w domu Dziopaka, gdy przyjeżdżały delegacje np. ze Związku Radzieckiego. Bo nie było na nie funduszu reprezentacyjnego, zresztą oskarżony nie znosił dziadowania. I chyba wysoki sąd nie myśli, że goście z Moskwy byli podejmowani oranżadą. (W aktach sprawy jest adnotacja, że świadek został upomniany za zachowanie, nie przystające do powagi sądu). Ponadto Soczyński zauważył, że naczelny FSM harował za marne pieniądze, bo taki dyrektor Bielecki z FSO w Warszawie miał dwa razy tyle...

Upadł zarzut, że Dziopak wykorzystywał willę w Szczyrku do własnych celów. Oskarżony zdołał też przekonująco wyjaśnić, co zrobił z 14 talonami (spośród 2 tysięcy rozdanych), które wyszły z fabryki bez dostatecznie grubej dokumentacji. Oto rachunek: 9 talonów dostała załoga Batorego w 10 rocznicę pływania pod polska banderą. W rewanżu robotnicy z FSM popłynęli do Leningradu. 2 talony wydano dla architektów Politechniki warszawskiej za opracowanie projektu wnętrz w wilii dla gości zagranicznych, bo nie chcieli przyjąć wynagrodzenia. Jeden dla policjanta. Jeden dla montera, który zainstalował jakiś bardzo skomplikowany alarm i jeszcze jeden dla firmy budowlanej.

Była też sprawa rachunków za budowę rodzinnego domu Dziopaka. Czy aby nie kosztem przedsiębiorstwa, które wznosiło kombinat. - Ojciec - wspomina jego syn – wielokrotnie powtarzał, że gdyby budował w warunkach gospodarczych, za te pieniądze mielibyśmy dwie chałupy. Ale, z ostrożności, zlecił państwowej. I to go uratowało.

Gdyby w szufladzie naszego biurka – twierdzi Leszek Dziopak - nie było rachunku choćby na wyłączniki prądu, ojciec znalazłby się za kratkami. Prokurator nie chciał uznać swej porażki. Kazał kopać dół koło fundamentów, żeby wymierzyć, czy aby nie są głębsze, niż to napisano na fakturze..

Ryszard Dziopak został uniewinniony ze wszystkich zarzutów, ale stanowisko stracił. Innego przyjąć nie chciał. Zajął się sadem. Z takim samym samozaparciem i perfekcją w dążeniu do celu, jak przy budowie FSM. Na niecałym hektarze miał kilka tysięcy drzewek. I niesamowitą wydajność – 50 ton jabłek rocznie.

Owocobranie.

Sadownik Ryszard Dziopak miał wiele czasu na rozmyślania. Wbrew pozorom, w fabryce nie zapomniano o nim, choć nie był zapraszany przez nowych szefów na jubileusze. Gdy w latach 90. rada pracownicza bardzo chciała zdjąć ze stanowiska naczelnego Ryszarda Weltera, specjalni wysłannicy samorządu namawiali Dziopaka, aby wrócił do FSM, oni umożliwią mu wygranie konkursu. Odpowiedział: panowie, konkurs to ja wygrałem w chwili, gdy uruchamiałem fabrykę.

Miał bardzo kuszące propozycje od firm polonijnych. Odrzucał te oferty. (Dopiero po śmierci ojca jego syn zobaczył wycinek emerytury budowniczego FSM: było to znacznie mniej, niż wynosiła ówczesna średnia krajowa). Ryszard Dziopak motoryzacyjnym spółkom join venture sprzedawać swej wiedzy nie chciał, ale jeśli ktoś z młodej kadry pozostawionej w fabryce prosił o radę, nie odmawiał. Przychodzili więc do niego nie za bardzo się tym afiszując.

A czas pracował na korzyść twórcy FSM. Fabryka przeżywała kolejne kryzysy i dopiero te zapaści uświadamiały Strykowskiemu i jego paczce, w jak ogromnym przedsięwzięciu kiedyś uczestniczyli. Bo okazało się, że gdy zabrakło Dziopaka, wielu zamierzeń na skalę jego energii, pomysłowości i rozmachu nie dało się już powtórzyć. Ani w fabryce, ani w mieście.

Nigdy już Bielsko nie dostało takiego zastrzyku młodej krwi, jak w latach 1974-77, gdy z dnia na dzień, pod bramami kombinatu ustawiało się o świcie tysiące, jak ich nazywano, dziopaków, marzących o robocie przy taśmie. Wkrótce załoga liczyła 34 tysiące osób. Prawda, że przybysze wydłużali zasiedziałym bielszczanom kolejkę mieszkaniową (choć rocznie oddawano tam ponad 2 tysięcy izb) i powiększali tłok w sklepach. I że w większości byli tacy, jak Wacław L. ze wsi Żytkiejny, który na korytarzu działu kadr napisał życiorys (jakimś cudem zachował się w papierach zmarłego dyrektora): „Urodziłem się dnia 11 lipca 1953. Roboty w domu za dużo nie ma, bo są tylko dwie krowy 6 owiec i jedna świnia którą się zarżnie na święta. Dlatego po nocach nie mogę spać tylko myślę jak jest tej fabryce nadmieniam ze chciałbym do końca życia pracować u was.”

Ale miasto przeżyło boom inwestycyjny. Rzeka pieniędzy spłynęła na jego rozwój - w latach 1971-75 około 20 miliardów zł.

Późniejsze kłopoty fabryki, te już po roku 1982 pokazywały, jakim menedżerem był jej założyciel. Jak nieprawdopodobne tempo narzucił w budowie samochodu dla Kowalskiego: FSM, skupiająca 12 zakładów powstała z początkiem 1972 roku. W pół roku potem rozpoczęli seryjną produkcję „syreny”, a pierwszy fiat 126 p zjechał z taśmy montażowej w 1973 roku. Wszystkie kredyty spłacono Włochom produkcją bieżącą, na półtora roku przed terminem. Bo Ryszard Dziopak tak to sobie zaplanował.

Jego syn: - Pamiętał taki moment, rok 70, Gdańsk, Gierek w telewizorze. Ojciec akurat wrócił wtedy z delegacji we Włoszech. Wpadł do domu, wołając od progu: Mamy fabrykę samochodów!. Ani chwili wahania, gdybania. On wraz z grupą Gierka był gotowy od dawna.

Gdy już był na przymusowej emeryturze, tłumaczył się ze swego zachowania w stylu „młotkowego”: nie miał innego wyjścia, niż realizować to, co zostało wcześniej przygotowane. Pomysłodawców, z coraz nowymi koncepcjami była masa. Ale już nie wolno było eksperymentować, bo wisiały nad nimi poważne zobowiązania. Musiał mieć krogulcze palce, aby to wszystko trzymać w garści.

Co pan na to?

Gdy w fabryce zaczęło powstawać cinquecento i po wyprodukowaniu pierwszych dziesięciu zabrakło pieniędzy na inwestycje, starzy robotnicy mówili: za Dziopaka coś takiego byłoby niemożliwe. Wszyscy widzieli, że dyrektor Welter bezmyślnie zgodził się na zabójcze warunki kontraktu.

Tymczasem - to już rok 1991 - w FSM działo się coraz gorzej. Dyrektor zwrócił się do Fiata o 47 mln dolarów dodatkowego kredytu. Włosi zgodzili się na połowę, ale chcieli, aby drugą dali Polacy. Fabryka miała także kłopoty z kredytami krajowymi. Krakowski Bank Przemysłowo Handlowy zażądał przedstawienia planu naprawy finansów.

Ryszard Dziopak patrzył na to wszystko ze swego sadu i odpowiadał na pytania syna, który też już nie pracował wówczas w FSM. (Świeżo upieczony inżynier Leszek Dziopak miał pecha: zjawił się w FSM w chwili, gdy w gabinecie naczelnego zasiadł Ryszard Welter. Nowy szef tępił stażystę tylko dlatego, że był syna twórcy kombinatu).

- Nie kupiłbym - twierdził - akcji tej fabryki nawet za 5 groszy. Tam jest potrzebna zmiana dyrekcji. W ciągu ostatnich 10 lat włożono w kombinat tyle samo pieniędzy, ile kosztowała jego budowa, a mimo to produkcja zmniejszyła się z 250 do 200 tys. samochodów rocznie. FSM powinna produkować dwukrotnie więcej niż produkuje. Obniżyłoby to koszty i samochody byłyby tańsze.

Tymczasem polski minister przekształceń własnościowych podpisał z Fiatem list intencyjny, w którym zostały ustalone założenia przyszłej umowy. Z majątku bielskiej fabryki zamierzano wydzielić 3 spółki, w których Włosi mieli objąć 51 procent, a strona polska 49 proc. - w tym 19,9 dla pracowników na zasadach preferencyjnych. 14 wynajętych firm konsultingowych wybranych przez Ministerstwo Przekształceń Własnościowych pracowało nad ekspertyzami pomocniczymi. Skarb państwa zapłacił za te ekspertyzy prawie 55 starych miliardów złotych. Ministerstwo rzuciło je za szafę.

12 grudnia 1991 roku Andrzej Strykowski pisze do dyrekcji, że odchodzi, bo ma odmienny pogląd na temat prywatyzacji. Jako pierwotny inicjator tego przedsięwzięcia nie może się zgodzić, że „wybór firm konsultingowych został dokonany według nie znanych kryteriów i bez udziału fabryki Kierownictwo FSM jest ignorowane w działaniach prywatyzacyjnych. Jest częściowo ubezwłasnowolnione przez niekompetentną w sprawach wiedzy o przedsiębiorstwie radę nadzorczą. Przyjęta w memorandum propozycja prywatyzacji z udziałem FIAT-a jest nie przygotowana ze strony polskiej (...) i zawiera stwierdzenia, dyskryminujące załogę. Abstrahuje też od zapisanej w statucie koncepcji holdingowej”.

Rezygnacja została przyjęta.

26 maja 1992 roku minister finansów przedłożył Radzie Ministrów projekt umowy, który liczył prawie 1000 stron tekstu. Niektóre z załączników nie były nawet przetłumaczone na język polski. Umowę podpisano w ekspresowym tempie. Jej treść odbiegała od wersji pierwotnej. Fiat objął w trzech spółkach aż 90 proc. kapitału, pracownicy nie otrzymali żadnych akcji. Włosi przejęli polskie zobowiązania kredytowe, wynikające z rozdętych nakładów inwestycyjnych na uruchomienie cinquecento 1,3 mld zł., ale za cenę bardzo daleko idących przywilejów i gwarancji ochrony rządowej. Dla spółek utworzonych z udziałem Fiata zapewniono np. zwolnienia celne na 8 lat, m. in. w zakresie importu rozmaitych surowców i komponentów dla przemysłu motoryzacyjnego, co postawiło w gorszej sytuacji polskich producentów tych wyrobów. Wskutek błędnych wyliczeń, wartość aportu skarbu państwa została zaniżona o ponad 1,6 biliona złotych starych.

Zakłady, które zainwestowały setki milionów dolarów, aby uruchomić kooperację z FSM, zostały wypchnięte za burtę. Zastąpiły je firmy włoskie.

W 1992 roku zakład nr 2 w Tychach ogłosił strajk. Załoga żądała podwyżki płac do poziomu 10 proc. ceny rynkowej cinquecento. Wszystkie straty z tytułu strajku, który  trwał już 3 tydzień, poniosła strona polska, czyli budżet państwa.

W Bielsku mówiło się, że zdobycie FSM przez Włochów zabiło Dziopaka. Jego syn dementuje:

- Ojca powalił rak. Ale nie byłby sobą, gdyby poddał się od razu. Ze śmiertelną chorobą walczył z równą determinacją jak kiedyś o zbudowanie fabryki samochodów. Gdy już wiedział, że niewiele zostało mu czasu, on, tak niechętny dziennikarzom, zgodził się na wywiad rzekę z dwójka reporterów z Katowic. Spotykali się wielokrotnie, nagrali bardzo dużo taśm, które zostały już nawet spisane. Miała z tego powstać książka. Nie wiem, o czym ojciec mówił, co się stało z maszynopisem. Ci dziennikarze pozostali anonimowi, rozpłynęli się. Nie potrafię sobie wytłumaczyć, co ich zniechęciło do opublikowania wywiadu. Może uznali, że temat jest nie aktualny?

Helena Kowalik