23 kwietnia 2011 rok. Wielka Sobota. Na podwórko chałupy we wsi Krępa koło Kocka zajeżdża wysłużony Fiat. To do wujka Stanisława K. przyjechał w odwiedziny siostrzeniec Dawid ze swoimi znajomymi - młodym małżeństwem. Przywiózł 60-letniemu krewnemu ciasto i domową szynkę. Wszyscy w rodzinie wiedzą, że wuj Stacho po śmierci matki chodzi osowiały, a może i głodny - do ugotowania czegoś na płycie ma drewniane ręce. Dawid ma zobaczyć, jak on sobie radzi.

Wuj zadowolony z niespodziewanych odwiedzin chce się jakoś zrewanżować. Przywołuje sąsiada Mirosława G., który ma na zbyciu telefon komórkowy. Pyta gości, ile to może kosztować - 100, 200 złotych? Dobijają targu; telefon jako podarunek trafia w ręce Dawida, 30-letniego przewodnika na zamku w Kocku.

Nie ma w nim karty SIM.

Kilka dni później przydaje się Dawidowi, gdy w jego starej komórce wysiadła bateria. Właśnie jedzie do pracy. A tam przeżywa szok, gdy otoczony antyterrorystami musi przesiąść się do policyjnej suki, która zawozi go na przesłuchanie do Warszawy.

 

xxx

 

To był telefon 59- letniej Haliny L. z Warszawy. Uduszonej trzy miesiące wcześniej przez nieznanych sprawców. Kobieta mieszkała w bloku na Ursynowie, skłócona z mężem, na noc zamykała się na klucz w swym pokoju. Gdy 18 stycznia 2011 roku o szóstej rano wychodziła do łazienki przekonana, że jest już sama w mieszkaniu (zawsze czekała, aż mąż Andrzej pójdzie do pracy) w przedpokoju stało dwóch nieznanych jej mężczyzn. W chwilę potem leżała w łazience uduszona paskiem, zadzierzgniętym na szyi.

Jeszcze tego dnia jej 28-letni syn Sylwester powiadomiony przez koleżankę Haliny L. że mama nie przyszła do pracy, pojechał do mieszkania rodziców. Było otwarte, a ojciec jeszcze nie wrócił z roboty. Matkę zastał martwą z głową w wannie, w koszuli nocnej, z paskiem zaciśniętym na szyi. Końce paska były odcięte - sprawca odciski linii papilarnych zabrał ze sobą. Na pierwszy rzut oka mieszkanie nie wyglądało na splądrowane. Po kilku dniach okazało się, że zginął telefon komórkowy Haliny L.

Najbardziej podejrzany Andrzej L. miał alibi. Kamera na stacji metra zarejestrowała, jak tego tragicznego ranka kilka minut po szóstej wchodził do wagonu. Za kwadrans siódma rejestrował kartę zegarową w portierni przedsiębiorstwa budowanego, gdzie był monterem. Z sekcji zwłok kobiety wynikało, że zamordowano ją w czasie, gdy mąż stał na peronie metra. Andrzej L. został zatrzymany na 48 godzin i wypuszczony. Przez trzy miesiące śledztwo nie posunęło się ani o krok.

I oto na Lubelszczyźnie, w okolicach Kocka, odezwał się telefon Haliny L. Operatorzy namierzyli posługującego się tym aparatem - był nim Dawid K.

W czasie przesłuchania zeznał, że telefon dostał od Stanisława K. ze wsi Krępa. Wziął, bo nie chciał krewnemu robić przykrości, ale tak naprawdę nie potrzebował tego prezentu. W najczarniejszych snach nie przypuszczał, że ściąga sobie na głowę tyle nieprzyjemności.

Siostrzeniec niewiele wiedział o wuju. Odwiedził go w Wielkanoc, bo tak kazała matka, siostra Stanisława K. Coś tam się w rodzinie przebąkiwało, że wuj siedział w więzieniu, ale 30-latka to nie obchodziło. Dawid K nie wspomniał o Mirosławie G., który przyniósł aparat.

Przesłuchano Stanisława K. Twierdził, że dostał komórkę okazyjnie od przygodnie poznanego mężczyzny, który mieszka pod Wołominem. Wypili dwie ćwiartki, tamten nie miał czym zapłacić swojego rachunku, dał używany telefon.

K. był chętny do pokazania domu jego nowego kompana, ale gdy pojechał w te okolice z policjantami, nie mógł sobie przypomnieć adresu. Podpisał więc protokół i puszczono go wolno.

Śledczy ponownie przesłuchali Dawida K. Powtórzył, w jaki sposób został właścicielem telefonu, ale też wymienił nazwisko sąsiada wujka. Tłumaczył, że początkowo nie chciał go w to mieszać, bo to krewny, mąż jego kuzynki.

Zatem policja zapukała do drzwi Mirosława G. A ten zaczął zeznanie od opisu wyprawy ze Stanisławem K. i ślusarzem Marcinem C. w roli kierowcy na warszawski Ursynów.

Dlaczego pojechali?

- Stacho tłumaczył, że musi odebrać od jakiegoś warszawiaka dług, a ponieważ ten nie chce oddać po dobremu, trzeba go trochę nastraszyć. Mirosław G. miał dostać za fatygę 5 tysięcy złotych. Gdy się zgodził, K. wypłacił mu 2 tys. złotych zaliczki.

Ze wsi wyruszyli o 3 nad ranem, 18 stycznia. W stolicy trochę błądzili, ale tuż po godzinie szóstej byli pod poszukiwanym blokiem. Kierowca został w aucie, oni dwaj pojechali windą na 6 piętro. Gdy stanęli na klatce, jedno z mieszkań akurat opuszczał jakiś mężczyzna. Coś mruknął do Stanisława K., G. nie zrozumiał. Drzwi do poszukiwanego mieszkania dłużnika otworzyły się po naciśnięciu klamki. G. zorientował się, że właśnie stamtąd wychodził ten nieznajomy.

- Co działo się dalej?- nacierali pytaniami przesłuchujący policjanci.

Mirosław G. był coraz bardziej spanikowany.

- Ja tylko trzymałem ją za nogi - wykrztusił. - To Stacho miał postraszyć. Ale na ten czas kazał mi wrócić do samochodu.

Z ulgą, że nie męczą go kolejnymi pytaniami o wydarzenia w warszawskim mieszkaniu opowiedział, jak wyglądały przygotowania do wyjazdu. Zabrali pasek nasączony olejem samochodowym, spray do spryskania klamki, rękawiczki. Nie, nie mieli kominiarek.

- Pan wie, że ta kobieta, nazywała się Halina L., nie żyje?. Została uduszona - w pewnej chwili policjant przerwał dukanie przesłuchiwanego.

G. zerwał się z krzesła, jakby zamierzał uciekać. Wtedy usłyszał zarzut zabójstwa i został aresztowany.

Następnego dnia doszło do konfrontacji z Andrzejem L.

G. potwierdził, że właśnie tego mężczyznę widział w drzwiach mieszkania na warszawskim Ursynowie, do którego w chwilę potem weszli.

Marcin C., który 18 styczna wiózł znajomych z lubelskiej wsi do Warszawy zeznał, że Stanisław K. nie informował go w szczegółach po co jadą. Wspomniał tylko, że chodzi o odebranie od kogoś należnych K. pieniędzy. Umówili się na zapłatę 200 zł., w tym były koszty benzyny. W ostatniej chwili C. dowiedział się, że pojedzie też Mirosław G.

Gdy Stanisław K. wszedł do samochodu, kierowca wyczuł zapach chemikaliów. Tak ostry, że po drodze, mimo zimy, musieli często otwierać okno. Nie słyszał, aby jego pasażerowie naradzali się. W samochodzie była cisza – o tak wczesnej porze mężczyźni drzemali. W Warszawie nie mógł trafić na Ursynów, Stacho dzwonił do kogoś, pytał jak dojechać. Gdy zaparkowali pod blokiem, on został przy kierownicy, ci dwaj poszli na klatkę.

Wrócili po około 30 minutach. Marcin C. nie potrafił odpowiedzieć, na pytanie, czy równocześnie.

W drodze powrotnej nie zauważył w zachowaniu swych znajomych, że po ich wejściu do bloku stało się coś nadzwyczajnego. Nie pytał, co tam robili. Stacho w pewnej chwili wyjął z kurtki złoty łańcuszek i obejrzał pod światło. Potem do kogoś zadzwonił. Powiedział tylko jedno zdanie: „Melduję, sprawa została załatwiona”.

Po dwóch godzinach jazdy zatrzymali się na piwo. Wtedy K. zwrócił się do Marcina C.: - Jakby co, morda kubeł, w żadnej Warszawie nie byliśmy.

 

xxx

 

Ponowne przesłuchanie Stanisława K. okazało się niemożliwe. Rolnik z Kręp zniknął, policjanci zastali drzwi jego chałupy zabite gwoździami. Śledczy zapoznali się z kartoteką sądową tego mężczyzny. Była pokaźna. K. dwie trzecie swego życia - ponad 20 lat – przesiedział w więzieniach, skazany za rozboje, napady, włamania i kradzieże. We wsi mówili, że ma broń, czasem strzela z niej w powietrze, aby postraszyć sąsiadów.

Za poszukiwanym rozesłano nim listy gończe. Dopiero po miesiącu namierzono go w innej miejscowości, ukrywającego się u pewnej kobiety.

Tym razem K. przyznał się do wyjazdu do Warszawy w styczniu 2011 roku. Chciał odzyskać dług od kogoś, kto mieszkał w wieżowcu na Ursynowie. Pieniądze odebrał osobiście, w tym czasie Mirosław G. czekał w samochodzie. Nazwisko Andrzeja L. nic mu nie mówiło.

Po kilku dniach przesłuchiwany odwołał to, co mówił po zatrzymaniu.

Pojechał do Warszawy, bo miał zlecenie „załatwienia” żony Andrzeja L. Na „mokrą robotę” namówił go Grzegorz F., ziomal z Kręp mieszkający w stolicy, który znał się z Andrzejem L. z pracy w tym samym przedsiębiorstwie. Porozmawiali wstępnie, czy podjąłby się czegoś takiego. Stanisław K. nim się zgodził, odwiedził w Warszawie Andrzeja L. Miał wtedy okazję przyjrzeć się jego żonie, a także dogadać szczegóły. Początkowo rozważali użycie bomby podłożonej w kiosku, w którym pracowała Halina L., ale obawiali się zbyt wielkiego huku.

K. dobrał sobie pomocnika Mirka G. Weszli do mieszkania bez problemów, bo L. zostawił drzwi otwarte. Mirosław pierwszy, z paskiem w ręku. Ta kobieta wchodziła do łazienki, była w nocnej koszuli. Gdy Mirek zarzucał jej pasek na szyję, krzyknęła: - Co pan chce?

- Przyznaję się, że byłem na miejscu zdarzenia, ale nie ja udusiłem. To robota mego sąsiada G. – to najważniejsze słowa przesłuchiwanego w policyjnym protokole.

Zarządzono konfrontację - Stanisław K. miał rozpoznać Andrzeja L. Potwierdził, że ten człowiek umówił się z nim na zamordowanie Haliny L.

Również aresztowany Andrzej L. zmienił zeznania. Przyznał się, że zlecił zabójstwo. Śledczy odkryli, że po telefonie K. do Grzegorza F. (który z kolei zawiadomił Andrzeja L.) że „zadanie zostało wykonane”, ten ostatni zadzwonił do swej kochanki z informacją, ż ona jest już załatwiona”

Wyjaśniła się rola Grzegorza F. Dobrze znał kryminalną przeszłość swego krajana o imieniu Stacho. Gdy więc kolega z pracy kolejny raz wyżalał mu się, jakie piekło ma w domu z powodu kłótni żony wadzącej się ze wszystkimi, również z własnymi dziećmi a poza tym uchylającej się od jakichkolwiek opłat, poradził mu postraszenie kobiety. Stanisław K., o którego istnieniu Halina L. nie wiedziała, miał jej pogrozić i wyjść z mieszkania nie zostawiając żadnego śladu.

Grzegorz F. zawiózł „zleceniodawcę” do Kręp, na podwórko Stanisława K. Nie był przy dobijaniu interesu. Później przekazywał Stachowi zaliczki za dogadaną robotę - w sumie 20 tysięcy złotych, Wypłacane były przez dwa lata, w kwotach 500-1000 zł.

 

Xxx

 

Czy mąż, który po 40 latach małżeństwa na zimno, z premedytacją przygotowuje się do zamordowania żony jest zdrowy psychicznie?

A 60-letniemu mieszkańcowi lubelskiej wsi, który po tylu latach spędzonych za kratami wreszcie może się cieszyć wolnością, warto było ryzykować za 20 tysięcy złotych ponownym surowym wyrokiem? (Po „wykonaniu zadania” nie doszło do zapłacenia pozostałych 10 tys. zł.)

Co z psychiką 30-letniego rolnika Mirosława G., który dopiero co się ustatkował (wcześniej pił i bił swoją żonę), został ojcem… On zgodził się na pomoc w morderstwie za 5 tysięcy złotych!

Podejrzanych zbadali biegli psychiatrzy i psycholodzy. Nie stwierdzono chorób psychicznych. Ale egocentryzm, obojętność wobec przeżyć innych, osobowości dysocjalne (brak zdolności do utrzymywania emocjonalnych kontaktów; nawiązywanie ich tylko wtedy, kiedy oczekują korzyści.).

U kryminalisty Stanisława K. rozpoznano ponadto postawę symulacyjną. Gdy w miarę rozwoju śledztwa zorientował się, że w jego sytuacji prawnej lepiej będzie, jeśli zostanie uznany za niepoczytalnego, usiłował odgrywać taką rolę przed szpitalnym psychiatrą. Zwierzał mu się, że w nocy przychodzi do niego na oddział żałobnik z cmentarza. Ale po opuszczeniu gabinetu lekarskiego, gdy myślał, że nie jest obserwowany, szybko odzyskiwał normalność.

U Andrzeja L. psycholog zaznaczył w swej diagnozie skłonność do konfabulacji. Podczas wywiadu badany przekonywał psychologa, że kochał żonę i chciał z nią spędzić resztę życia, ale ponieważ mimo popełniania wielu błędów w wychowaniu dzieci zawsze uważała się za najmądrzejszą, chciał ją nauczyć trochę pokory. Gdy jej zachowanie zaczęło zagrażać bezpieczeństwu wnuków, postanowił nastraszyć, „żeby zmieniła nastawienie”.

Na czym jednak miało polegać owo zagrożenie ze strony Haliny L., badany nie potrafił wyjaśnić. Wywiad środowiskowy przeczył temu oskarżeniu. Natomiast dorosłe dzieci, a zwłaszcza syn miały wiele do zarzucenia Andrzejowi L. Na kilka tygodni przed zamordowaniem Haliny. do sądu wpłynęło oskarżenie jej męża o znęcanie się nad żoną. Sprawa czekała na termin wokandy.

Kobieta już od dłuższego czasu zgłaszała na policyjną „niebieską linię” ofiar domowej przemocy, że mąż nie tylko ją bije, ale wręcz czyha na jej życie.

Pewnego dnia poparzyła sobie usta szczoteczką do zębów, na której była niewidoczna na pierwszy rzut oka niezidentyfikowana żrąca substancja. Zdarzyło się, że w kuchni mąż wylał na nią garnek z gorącą zupą. Gdy jeszcze nie zamykała się w swoim pokoju, którejś nocy zaczęła się dusić przykryta poduszką; w ostatniej chwili, już pół przytomna, zdołała ją odrzucić. Kto czyhał na jej życie? W mieszkaniu był tylko mąż. Nie spał.

Jednakże zarówno policja jak i prokuratura umarzały skargi; przesłuchiwany Andrzej L. nie tylko nie przyznawał się, ale przedstawiał swą żonę jako osobę roztargnioną, która pewnie pomyliła żrący płyn do czyszczenia rur kanalizacyjnych tzw. „kreta” z pastą do zębów .Nie było, twierdził, żadnego zajścia z poduszką, wymyśliła to w swej chorej głowie, bo lubiła prowokować dorosłego syna, aby startował do ojca z pięściami.

Co do rzekomego poparzenia zupą było tak: przyszedł głodny z pracy, chciał sobie coś odgrzać, wtedy już prowadzili osobne kuchnie. Żona kręciła się koło piecyka, więc poprosił, aby ustąpiła mu miejsca, przesiadła się na inne krzesło. Nadal złośliwe tarasowała dojście do palników, musiał przenosić garnek nad jej głową. Nic się nie stało, ale jeszcze tego samego dnia celowo wylała na siebie wrzątek, by móc zawiadomić policję.

Halina L. nie ustawała jednak w rozgłaszaniu swojej krzywdy. Gdy nic jej nie dała „niebieska linia”, zarejestrowała się w Centrum Praw Kobiet jako ofiara przemocy domowej.

W końcu, po pięciu latach prokurator wniósł do sądu sprawę o znęcanie się w rodzinie. Gdy ustalono termin pierwszej rozprawy, Halina L. już nie żyła.

 

Xxx

 

Na sali sądowej oskarżony o zaplanowanie zabójstwa żony miał naprzeciw siebie niespełna 30-letniego syna Sylwestra jako oskarżyciela posiłkowego. W Mirosława G. wpatrywała się ze łzami w oczach jego młoda żona, obecna na każdej rozprawie, choć aby stawić się na 9 rano, musiała wyjechać ze swojej wsi tuż po północy. Gdy siedzący obok Stanisław K. obciążał G., temu trzęsły się ręce. Najbliższa rodzina nie opuściła też Grzegorza F.

Tylko Stanisław K. nie miał nikogo na sali sądowej (poza adwokatem z urzędu), z kim mógłby wymienić przynajmniej spojrzenia. Ale też on jedyny nie wyglądał na zmartwionego sytuacją, w jakiej się znalazł. Bawiły go zeznania niektórych świadków a czasem i współoskarżonych. Chwilami tak śmiał się chowając głowę pod ławę, że aż trzęsły mu się plecy.

Ani on, ani Andrzej L. nie przyznali się przed sądem do udziału w zamordowaniu Haliny L. Stary kryminalista podobnie jak pod koniec śledztwa obciążył zbrodnią uduszenia kobiety swego sąsiada Mirosława G. Ten wyszeptał, że tylko przez chwilę przytrzymywał jej nogi bo się szarpała, po czym wybiegł z mieszkania zostawiając w nim Stanisława K.

Andrzej L. zaprzeczając swoim słowom w śledztwie („chodziło to, aby ją zabić”) wydukał z kartki wyjaśnienie:- „Kochałem moją żonę Halinę, chciałem żyć z nią jak najlepiej, ale od dawna się nam nie układało. Ona wcześniej pracowała w pralni, miała tam wypadek spadła ze stołka na beton i leżała potem szpitalu. Od tej pory narzekała, że ma problemy z głową. Gdy po pracy przychodziłem bardzo zmęczony, chciała seksu. A w domu był bałagan, zlew pełen brudnych naczyń. Stale myłem wannę, umywalkę, wieszałem firanki, trzepałem dywany. Jak żeśmy się rozdzielili ja zawsze odkurzałem przedpokój. Żona była skłócona z całą rodziną. Dam przykład: W pokoju stał rozkładany fotel, kazała go wyrzucić, aby gdy przyjedzie jej matka nie miała na czym się przespać. Gdy żona była w ciąży z Sylwestrem, chciała ją usunąć, tylko ja nie pozwoliłem. A teraz ten uratowany syn mnie nienawidzi. Bałem się o bezpieczeństwo wnuków ona nie mogła znieść, że mam z nimi dobry kontakt. To dlatego postanowiłem żonę nastraszyć, żeby zmieniła nastawienie. Nigdy nie myślałem, że to się tak skończy. Dziękuję bardzo”.

Takiego oskarżenia matki nie mógł pozostawić bez komentarza jej syn. Już w czasie, gdy ojciec składając oświadczenie sięgał po chusteczkę, aby wytrzeć oczy dogadywał mu: - Nie udawaj, że płaczesz. Gdy oskarżony skończył, Sylwester L. wygłosił żarliwą obronę Haliny L., którą niewierny mąż nawet po śmierci pomawia. Mimo wszystkich przykrości, jakich od niego doznała, długo broniła go przed dziećmi tłumacząc że to, co się dzieje się w małżeństwie, ich nie dotyczy. Oni jednak wiedzieli, jakie piekło zgotował ojciec mamie zwłaszcza od czasu, gdy siostry założyły własne rodziny a i on jako dorosły mało w rodzinnym domu przebywał.

To oskarżenie poparł swymi zeznaniami ostatni świadek procesu – radca prawny Dorota T., która była pełnomocnikiem Haliny L. w postępowaniu dotyczącym podziału wspólnego majątku. Do podziału było tylko owe m-4 na Ursynowie. Należało je sprzedać na wolnym rynku, ale Andrzej L. proponował cenę zdecydowanie zawyżoną, nierealną - 600 tys. zł. Jego żona (byli w separacji, wniosek o rozwód leżał już w sądzie) daremnie wieszała ogłoszenia o sprzedaży na słupach, zamieszczała na portalu internetowym.

- Tymczasem - zeznawała przed sądem prawniczka - sytuacja rodzinna mojej mocodawczyni była rozpaczliwa. Skarżyła się, że Andrzej L. staje się coraz bardziej agresywny, ona boi się o swoje życie. Płakała, błagała o nasilenie mediacji, bo sama nie ma szans na porozumienie z mężem do Ja też byłam bezradna proszę sądu. Oskarżony obiecywał, że rozważy obniżenie ceny mieszkania, chciał tylko kilka dni do namysłu. Uzgodniliśmy termin, a on gdy minął udawał, że nie rozumie, czego oczekujemy.

Dorota T. proponowała pokrzywdzonej wyprowadzenie się do ośrodka dla ofiar przemocy i tam poczekanie na sprzedaż lokalu. Ale Halina L. bała się, że gdy zniknie mężowi z oczu, ten nie zrobi nic, aby rozwiązać ich problem. W wigilię Bożego Narodzenia Dorota T. odebrała alarmujący telefon. - Zobaczy pani, on mnie ukatrupi - krzyczała Halina L. szlochając do słuchawki. Gdy kilka dni później ponownie zadzwoniła prosząc o interwencję, prawniczka przeprowadziła Andrzejem L. zasadniczą rozmowę.

- Zrobiło się bardzo nieprzyjemnie - zeznała przed sądem. - Na moje wymówki, że celowo uniemożliwia sprzedanie mieszkania usłyszałam: jemu się nie spieszy, a ceny nie zamierza obniżyć. Sytuacja stała się patowa. Utwierdził mnie w tym adwokat pana L., który właśnie wymówił mu pełnomocnictwo, bo nie był w stanie dogadać się ze swym klientem.

 

xxx

 

Nadszedł czas na ostatnie słowo.

Stanisław K. jeszcze raz powtórzył, że to nie on zamordował Halinę L. - Za coś takiego nie wziąłbym 30 tysięcy złotych - przekonywał sąd.- W Warszawie za zlecenie zabójstwa stawki są od 100 tysięcy.

- Bili mnie, co chcieli usłyszeć, to wymuszali torturami – wyznawał z płaczem w ostatnim słowie Andrzej L. . – Ja tylko chciałem postraszyć.

Mirosław. G. i Grzegorz F. nie mieli już nic do powiedzenia, prosili o ukaranie ich.

Prokurator domagał się dla Stanisława K. dożywocia, Andrzeja L. 25 lat, (pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego wnioskował o dożywocie), Mirosława G. („jedyny który przejawiał skruchę”) 15 lat, a dla Grzegorza F. 6 lat

Obrońca Stanisława K. wnioskował o łagodny wymiar kary, bo sąd nie rozproszył wątpliwości co do zamiarów jego klienta wobec ofiary. To, że nie założyli z Mirosławem G. masek nie musi świadczyć o determinacji K., aby zabić kobietę. Jako organizator przedsięwzięcia nie wykazał przecież szczególnej przebiegłości w zacieraniu śladów. Owszem, spryskał klamki jakimś sprayem, ale samochód z lubelską rejestracją stał pod blokiem. Ktoś mógł to zauważyć.

Poza tym – skoro już doszło do zabójstwa, jest mało prawdopodobne, aby K. mający już swoje lata, bez pomocnika zacisnął pasek na szyi ofiary. Raczej dusił młody i silny Mirosław G.

Obrońca Andrzeja L. prosił, aby ocena czynu jego klienta nie była związana z relacjami ofiary i oskarżonego w ich małżeństwie. Zarzut, który ciąży na Andrzeju L nie dotyczy przemocy domowej.

Zdaniem adwokata ani prokuratorowi ani sądowi nie udało się wyjaśnić, za co Stanisław K. dostał 30 tys. złotych. Postawiony jego klientowi zarzut sprawstwa kierowniczego (co zaznaczy, że czuwał nad zdarzeniem, jego przebiegiem) jest chybiony. To było „tylko” podżeganie. Wyrok 25 lat za kratami to za dużo, skazany z uwagi na wiek mógłby nie zdążyć skorzystać z kodeksowej możliwości przedterminowego zniesienia kary.

- Wnoszę o takie orzeczenie dla Andrzeja L. które pozwoli na odbycie kary z nadzieją, że skazany będzie kiedyś mógł wyjść na wolność.

Adwokat Mirosława G. przekonywał sąd o psychicznym uzależnieniu oskarżonego od sąsiada kryminalisty. I strachu przed człowiekiem, o którym wszyscy we wsi wiedzieli, że jeśli ktoś mu wejdzie w paradę, może zastrzelić, wszak trzymał w domu nielegalną broń.

- G. nie pojął zamiarów Stanisława K. - bronił swego klienta mecenas. W trakcie jazdy na Ursynów nie rozmawiali na ten temat, a Mirosław G. nie był na tyle lotny aby się zastanawiać, dlaczego kurtka jego sąsiada śmierdzi ropą. Że był w niej ukryty nasączony pasek - narzędzie zbrodni, zorientował się dopiero w mieszkaniu ofiary. Gdy wybiegł na klatkę, myślał, że kobieta żyje. Tak sądził nawet w powrotnej drodze słysząc, jak Stanisław K. meldował Grzegorzowi F. „wykonanie zadania”.

- Kara - przypominał adwokat - powinna być adekwatna do świadomości czynu. Poza tym - zaszły okoliczności sprzyjające złagodzeniu wyroku; Mirosław G. współpracował z policją, już na początku się przyznał, choć nie miał świadomości, do czego. Mówił o pomaganiu Stanisławowi K. bo jemu „ryzykownie byłoby odmówić, gdy prosi”.

Obrońca Grzegorza F. wnosił o zmianę kwalifikacji zarzutu (pomocnictwa w zbrodni) gdyż brak jest dowodów świadomości tego oskarżonego, w co się wplątał. (W tym momencie Stanisław K. z kpiącym uśmiechem kiwał głową).

Sąd skazał Stanisława K. na dożywocie, Andrzeja L. na 25 lat. więzienia, Mirosława G. na 14 lat, a Grzegorza F. na 6 lat. Wyrok nie jest prawomocny

Sędzia Ireneusz Szulewicz w uzasadnieniu dowodził, że skazanym w żadnym momencie nie chodziło o zastraszenie Haliny L. Ich zamiarem było zabójstwo. Świadczą o tym przedmioty, które zabrali: nasączony pasek, taśma samoprzylepna, dezodorant, którym spryskali klamki.

Andrzej L. zadbał dla siebie o alibi. Ta kwota 30 tys. którą uzgodnił z zabójcą stanowiła dla niego duży wydatek (a zapewne i dla nigdzie nie pracującego Stanisława K.) on ją przekazywał przez półtora roku, ratami.

Wyjaśnienia L., że żona miała zagrażać wnukom zabrzmiały na sali sądowej absurdalnie, jako pomówienie nie mogącej się już bronić ofiary. To wykoncypowana linia obrony. Wymyślając ten konflikt Andrzej L. chciał odsunąć od siebie zarzut że działał na zimno, z premedytacją. Choć trudno zrozumieć, dlaczego 60-letni człowiek, który sporo już przeżył, nigdy nie był w konflikcie z prawem, takie wybrał rozwiązanie swych rodzinnych problemów. Ale sąd nie przyjął - jak w akcie oskarżenia, że Andrzej L. powinien odpowiadać za sprawstwo kierownicze. On nie był autorem planu, nie wszystkie działania od niego zależały. Andrzej L. został skazany za podżeganie do zabójstwa.

Co do świadomości czynu Mirosława G. – na początku rzeczywiście mógł nie wiedzieć, co planuje Stanisław K., ale gdy znalazł się w mieszkaniu ofiary i trzymał ją za nogi - to już chyba nie miał złudzeń.

47-letni Grzegorz F. Czy zawożąc Andrzeja L. do Kręp, a potem pośrednicząc w przekazywaniu Stanisławowi K. pieniędzy, odbierając telefon od mordercy z komunikatem, że „zadanie zostało wykonane”, wiedział, w co się wplątał? Jedynym dowodem są wyjaśnienia K., ale on je zmieniał, nie są więc wiarygodne. Sąd uznał, że F. godził się na zastraszenie Haliny L. W przestępstwo wmieszał się z życzliwości dla kolegi z pracy, który fałszywie użalał się nad sobą, jako ofiarą złej kobiety.

Oskarżycielowi posiłkowemu Sylwestrowi L. sąd przyznał 50 tys. zł zadośćuczynienia od ojca. - Ta kwota w żaden sposób nie zrównoważy krzywdy, jakiej doznał syn tracąc matkę - zauważył sędzia Szulewicz.

Gdy konwój wyprowadzał skazanych po ogłoszeniu wyroku, Sylwester L. podbiegł do ojca i z całej siły uderzył go w twarz. Na pożegnanie, w przekonaniu, że nigdy więcej się nie zobaczą.