- Co ta kobieta tak ci się przygląda? – zapytał swą przyjaciółkę Martę J. zaintrygowany Robert P. Czekali w myjni na samochód. W drugim końcu hollu piła kawę jakaś klientka. W średnim wieku, ale ubrano młodzieżowo, wszystko było na niej markowe, bogactwo podkreślał złoty zegarek marki audemars piguet, wysadzany brylantami.

– Ależ to Ela W., żona Marka G. właściciela „Carringhtonu”, tej wypasionej restauracji i clubu, w której pracowałam - szepnęła przyjacielowi.- Nawet przez pewien czas była tam menedżerką. Osobiście nie miałam z nią kontaktu.

W tym momencie kobieta pijąca kawę wręcz ostentacyjnie uśmiechnęła się do Marty. Ukłoniły się sobie na odległość.

 

xxx

 

Po tygodniu w wynajmowanym mieszkaniu Roberta i Marty odezwał się telefon.

- Cześć, mówi Mariusz – kobieta usłyszała męski głos w słuchawce. Po chwili namysłu poznała głos prezesa spółki „Pure”, której właścicielem był Marek G. To właśnie Mariusz S. zarządzał restauracją „Carringthon” i on przyjmował ją do pracy; nie zachowała o nim dobrym wspomnień.

- Co słychać, słoneczko?- kontynuował rozmowę.

-Stara bieda.

- Słyszałem, że spotkałaś panią Elę w myjni, mówiła mi, że bardzo się ucieszyła.

Marta J. odpowiadała zdawkowo; nagły przypływ wielkiej serdeczności od osoby, której nie znała bliżej, wprawił ją w zakłopotanie. Zachodziła w głowę, skąd po latach takie niespodziewane zainteresowanie jej osobą. Ale nie miała odwagi zapytać o to wprost.

– Zawsze cię lubiłem, a teraz mogę radykalnie zmienić twoje życie, jeśli tylko… – głos w słuchawce zamilkł.

- W czymże ja, prosta kelnerka mogłabym pomóc.?! - dała mu do zrozumienia, że pamięta jak obcesowo traktował damski personel.

- Elka chce się z tobą spotkać – wypalił prosto z mostu. - Umówię was, ok.? Na pewno nie pożałujesz.

Kilka dni później Mariusz S. znów się odezwał: - Tu niedaleko jest taka kawiarenka, możesz być jutro o 15? Odpowiada? To jesteśmy umówieni.

Odłożyła słuchawkę. Jej pierwsza myśl - nie powie nic Robertowi; może to źle odebrać, że umawia się z nie znanym mu facetem.

W kawiarni stawiła się punktualnie. Mariusz S. już czekał. - Cześć piękna - witając się, pocałował ją w policzek. - Ślicznie wyglądasz, pięć lat strzeliło odkąd cię widziałem, jestem pod wrażeniem. Ale sorry, mamy mało czasu, krótka piłka, Elka potrzebuje twojej pomocy.

Nie wytrzymała, zaczęła się śmiać: - Panie Mariuszu, ta kobieta nie potrzebuje niczyjej pomocy, za jeden pierścionek z jej palca mogłabym kupić sobie mieszkanie, proszę nie żartować!

Nie dał się zbić z tropu. - Masz szansę zarobić sto pięćdziesiąt tysięcy zeteł, taka forsa piechotą nie chodzi, musisz tylko zeznać na jej sprawie rozwodowej - tłumaczył - i przy okazji zemścić się, przypomnij sobie, przez kogo wyleciałaś z pracy.

- To przecież ty mnie zwolniłeś, pajacu – chciała mu rzucić w twarz, ale nie zrobiła tego, bo Mariusz mówił jak w transie.

- …Wszystko to robota tej Moniczki, Marek pozwalał jej na wszystko, miała więcej władzy niż ja prezes. Potem kazała mnie wypierdolić, dlatego teraz mamy szansę się zrewanżować.

W tym momencie do kawiarni weszła Elżbieta W. Od razu zaczęła wybrzydzać: - Co to za spelunka, Mariusz, gdzie ty nas ściągnąłeś!. Marta, napijesz się ze mną szampana?

Mężczyzna wstał. - Piękne moje panie, muszę was opuścić, obowiązki wzywają. I już go nie było.

- Co u ciebie słychać kochanie? - Elżbieta nie czekając na odpowiedź ciągnęła dalej – chciałabym, żeby między nami wszystko było jasne. Ten cały Mariuszek to oferma, ale potrzebuję go, żeby zniszczyć męża skurwysyna i jego kochankę Monikę G. Wiem, że Mariusz nienawidzi tej dziewczyny, jest przekonany, że przez nią stracił pracę, ha ha, a to ja posłałam go na bezrobocie. Trochę łez, narzekania na złe potraktowanie w firmie gdy aresztowali Marka i mój naiwny mężulek wydał przez adwokata polecenie zwolnienia prezesa. Stare dzieje. Martuś – opowiadaj, jesteś z kimś, korzystasz z życia, co robisz ?.

- Pani Elu…

- Jaka pani, Elka jestem, na zdrowie, wypijmy brudzia. Co to jest, ciepły szampan ten tłumok podał, zaraz zrobię porządek, można panią prosić…

Marta odczekała awanturę z kelnerką i opowiedziała krótko o swoim życiu: niedawno urodziła drugie dziecko, wielka radość, ale nie jest łatwo z zasiłku dla bezrobotnych dociągnąć do kolejnej wypłaty.

- A co robi twój facet?

- Otworzył kilka tygodni temu firmę zajmującą się wykańczaniem wnętrz, tyle, że trudno mu na rynku znaleźć zlecenia.

- To się dobrze składa, bo ja mam w Józefowie dwa domy w stanie surowym, właśnie szukam uczciwego fachowca - propozycja pani Eli spadła jak z nieba – ale teraz kochanie muszę lecieć. Wpadnijcie do mnie w piątek na kolacyjkę, pogadamy. Masz tu adres, na pewno traficie, to spory dom, siedzę w nim sama, taki los zafundował mi ten skurwysyn.

W drodze do domu głowę Marty zaprzątała jedna myśl - czy potrafi posunąć się do zeznania przed sądem nieprawdy? Kiedy pracowała w „Carringhtonie”, jej szef Marek G. na pewno nie miał romansu z Moniką. To był człowiek otwarty, lubiany przez personel, gdyby coś zaiskrzyło między nim a podwładną, wszyscy by zauważyli.

Z drugiej strony – pieniądze od Elki, to jak złapanie Pana Boga za nogi.

Wieczorem Marta postanowiła opowiedzieć o wszystkim Robertowi.

- Pamiętasz tę kobietę w myjni, żonę mojego byłego szefa, miała sportowe BMW…

Przypomniał sobie.

- Słyszałam, że jej mąż zaraz jak odeszłam z „Carringhtonu” został aresztowany, w gazetach coś pisali, że prał pieniądze mafii paliwowej, ale nie wiem jak było naprawdę. I teraz słuchaj, ja się z tą jego żoną spotkałam kilka dni temu, zaprosiła nas jutro do siebie…

- Po co, żebym wypucował beemwicę?

- Nie, to dłuższa historia. Elka rozwodzi z mężem, nie mieszkają już razem. Ona twierdzi, że pan Marek jest teraz z tą Moniką, z którą pracowałam w jego restauracji. I chce mi zapłacić gdy zeznam, że nakryłam ich jednoznacznej sytuacji w VIP-roomie.

- A widziałaś??

- Niczego nie widziałam, ale ona daje sto pięćdziesiąt tysięcy, plus zlecenia dla twojej firmy, dwa trzystumetrowe domy do wykończenia, robota na rok, albo więcej. Robuś, wychodzimy z długów, jesteśmy urządzeni na lata.

- Jedziemy – zdecydował.

 

xxx

Drzwi otworzyła gosposia, zaprowadziła do salonu. To, co zobaczyli, robiło wrażenie: dużo kamienia, kowalstwa artystycznego i obrazów, połączenie antyku ze stylem nowoczesnym. Marta nie ukrywała zachwytu: - Super rezydencja i ten ogród, jak park.

Gospodyni skrzywiła się - nienawidzi tego domu, bo na każdym kroku przypomina jej niewiernego męża, on to wszystko projektował. Rozmowa nie kleiła się.

Coraz dłuższe chwile milczenia przerywał płacz dziecka, w pewnej chwili Marta przeprosiła, że musi dziecko nakarmić.

Gdy Elżbieta W. została sama z Robertem w salonie, wspomniała o swoich dwóch kolejnych domach, które budowała w prezencie dla synów z poprzedniego związku. Reszta wieczoru upłynęła na omawianiu zakresu robót. Kiedy wychodzili, gospodyni po raz kolejny pożaliła się Marcie, że mąż ją zostawił, wyprowadził się do centrum Warszawy, do innej kobiety. Co z tego, że ona ma rezydencję, kiedy jest nieszczęśliwa. Może przyjmą zaproszenie na przyszły tydzień? Czuje się taka samotna.

Stawili się umówionego dnia. Tym razem zostali zaproszeni do jadalni. Widoczne w każdym kącie bogactwo, obrazy, antyki, stara porcelana, przepiękne srebra, wręcz onieśmieliło gości, ale gospodyni była bardzo bezpośrednia. Może nawet za bardzo. Ciągle wracała do tematu zdrady męża, o jego kochance wyrażała się w ordynarnych słowach, w zdenerwowaniu biegała po jadalni, to znów skulona na kanapie trzęsła się w ataku płaczu.

Po obiedzie wstała od stołu, wyciągnęła z kredensu spis nazwisk pracowników byłej restauracji męża i nie zważając na gości zaczęła wydzwaniać do nich z pytaniem, czy stawią się jako świadkowie na jej sprawie rozwodowej. W tej atmosferze deser pozostał nietknięty.

W drodze powrotnej Marta i Robert postanowili, że postawią tamę zakusom Elżbiety W. wciągania ich w jej kłopoty osobiste. Niech ta znajomość ograniczy się do kontaktów w sprawach budowlanych. Marta nadal wahała się, czy przystać na propozycję zeznania nieprawdy w procesie rozwodowym, przypominała sobie jak wiele pomógł jej Marek G., gdy pracowała w jego clubie.

Pani Elżbieta jakby czytała w ich myślach. Gdy zadzwoniła po tygodniu, tematem rozmowy był wyłącznie wystrój łazienek w nowych willach. W tym celu zaprosiła do siebie tylko Roberta. Pojechali na plac budowy, uzgodnili kosztorys. Robert zatrudnił fachowca od układania glazury, wierzył, że dadzą radę. Nie bronił się zbytnio, gdy bogata klientka ponownie zaprosiła ich do swej rezydencji na kolację.

- Ja mam dużo jeszcze innych pomysłów architektonicznych – kusiła 30-letniego budowlańca –wystarczy ci zleceń aż do emerytury.

Ale w czasie tej drugiej kolacji nie dowiedział się konkretów, bo rozmowa znów zeszła na temat małżeńskiej zdrady Marka G.

Pani Ela wypytywała Martę o Monikę G. Niezadowolona nikłością wyciągniętych od gości informacji, wyłożyła karty na stół: niech ta k… nie myśli, że ujdzie jej płazem rozbicie szczęśliwego małżeństwa.

- Kochani - zwróciła się do swych gości – czy znacie kogoś, kto by oblał tę zdzirę kwasem solnym? Ja mam pieniądze, dobrze zapłacę.

Nie zdążyli wyjść z osłupienia, gdy gospodyni zapytała Roberta, czy on by się tego nie podjął? Wszak ufają sobie.

Stanowczo odmówił. Wtedy pani Ela wpadła na inny pomysł. Może by Robert trochę pojeździł za tą k….Moniką, zorientował się, co robi, z kim się spotyka. Za fatygę dostanie furę pieniędzy i to z góry.

- Miałem trudny okres finansowy – zeznał potem P. w śledztwie –więc zgodziłem się pomóc zrozpaczonej kobiecie w zebraniu informacji o kochance jej męża. Twierdziła, że jest to jej potrzebne w kończącej małżeństwo sprawie rozwodowej.

Zapisał w notesie ulicę, przy której zamieszkał mąż Elżbiety po wyprowadzeniu się od żony. Jeszcze tego wieczoru kobieta podjechała z nim pod ten apartamentowiec, pokazała wyjazd z garażu i okna mieszkania. Miał tam czatować, dokumentując zdjęciami każdy ruch lokatora.

Starał się. Sfotografował przed budynkiem samochód Moniki G., potem jak wychodziła z psem na spacer. Zrobił też zdjęcie tej parze, gdy wyjmowali z bagażnika samochodu zakupy. Elżbieta W. nie była jednak zadowolona, oczekiwała mocniejszych dowodów zdrady. Honorarium nie cofnęła, ale tym razem zamiast pieniędzy dała Robertowi plastykową butelkę, na której czarnym flamastrem był napis: „kwas solny”. Ma go wylać na tę k….

I odjechała.

Przerażony, wyrzucił butelkę do kosza. Kobieta odezwała się po trzech dniach (właśnie przyjechał na budowę skontrolować swojego pracownika). Kiedy powiedział, co zrobił z butelką, wcale się nie zdenerwowała. -Zmieniłam zdanie - zawiadomiła go - z kwasem jest za duże ryzyko, trzeba znaleźć kogoś, kto po prostu zastrzeli tego skur.. mojego męża.

Na krzyk Roberta, że nie chce mieć z morderstwem nic wspólnego, zareagowała wzruszeniem ramion. Przecież wziął pieniądze, ma mu płacić za fryko?

 

Xxx

 

- Coś z tym trzeba zrobić, ona jest psychiczna – zdecydowała konkubina Roberta P. gdy opowiedział jej wieczorem o nowym pomyśle swej szczególnej klientki.

- Iść na policję? – zastanawiali się. Ale kto im uwierzy. Najlepiej będzie, jeśli dotrą do pana Marka i poinformują go, w co zostali uwikłani. Ale nie znali numeru mieszkania, tylko ulicę i apartamentowiec. Trzeba było godzinami czatować w pobliżu, a nuż podjedzie swym porsche cayenne. Bezskutecznie.

Tymczasem dzień w dzień Robert musiał się tłumaczyć przed Elką czy ma już kogoś, kto by wykonał jej zlecenie. Bo uprzedzała, że jeśli nie on, to sama rozejrzy się za killerem.

- Widziałem - zeznał potem w sądzie - że ta kobieta jest zdeterminowana zapłacić każde pieniądze aby dopiąć celu, więc żeby zyskać czas na uprzedzenie pana G. obiecałem jej, że przyspieszę poszukiwania. Odzyskała humor i wypłaciła mi 11 tys. złotych zaliczki na poczet robót w salonie łazienkowym. Przyjąłem, choć zdawałem sobie sprawę, że od tego momentu nie da mi spokoju. Nie myliłem się. Już na drugi dzień sprawdzała, czy kogoś znalazłem. Oszukałem ją kłamiąc, że owszem, ale ta osoba waha się, ma oddzwonić za dwa dni, czy przyjmie zlecenie. .

Robert P. miał nadzieję, że w tym czasie zdąży dotrzeć do męża Elżbiety W. Jeździł za nim. Raz zrównał się z samochodem G. i pokazał kierowcy na migi, przez szybę, aby zjechał na bok. Ten otworzył szybę, zapytał czego sobie życzy a nie słysząc odpowiedzi, pruł dalej.

P. nie miał wtedy pojęcia, że G. już wiedział, że jest przez niego śledzony, bo mercedes, którym jeździł budowlaniec był regularnie widywany przed posesją Elżbiety W. Również tej niedzieli, kiedy się zrównał z samochodem Marka na jednej z ruchliwych ulic Warszawy, też był kilka godzin wcześniej w domu swojej mocodawczyni, bo Elżbieta właśnie wyjeżdżała wraz z synem za granicę. Musiała zapewnić alibi sobie i ukochanemu 35 letniemu synkowi, przestępcy z bogatą policyjną kartoteką. Słusznie przypuszczała, że w razie zabicia męża podejrzenia w pierwszej kolejności padną na jej pierworodnego.

Choć mocodawczyni Roberta P. była daleko od Polski, nie dawała mu spokoju. Dzwoniła kilka razy dziennie pytając, czy już sprawa załatwiona, z wyrzutami, że się grzebie, a ona oczekując na finał traci pieniędzy na hotele we Francji, Luksemburgu, Niemczech, czy Wielkiej Brytanii. Jak długo jeszcze ma się tułać po świecie?

Po którymś telefonie zapewnił ją, że ma już pewnych facetów, uzbrojeni stoją pod blokiem, gdzie mieszka jej mąż i czekają tylko na okazję, gdy ten opuści strzeżony teren. Jest z nimi w kontakcie, wysyłają mu meldunki SMS-ami.

- To było kolejne kłamstwo – zeznał w śledztwie – ale z braku pieniędzy musiałem dalej brnąć w mistyfikacje. Pojechałem do kolegi z prośbą, aby ze swego telefonu wysyłał mi co kilka dni wiadomości, że niby jest pod blokiem, widzi zapalone światło, czeka, aż właściciel wyjdzie na spacer z psem. Te SMS-y były pisane szyfrem. Przesyłałem je pani Elżbiecie na dowód, że zlecenie wkrótce zostanie wykonane. Odpowiedzią na ostatni był histeryczny krzyk, że ma zaraz przyjechać do jej willi, właśnie wróciła z zagranicy.

Nie zdążył zdjąć kurtki, bo od progu naskoczyła na niego z pretensjami, co sobie wyobrażam, ten bydlak chodzi sobie po świecie jakby nigdy nic, a ona staje się pośmiewiskiem. Skończyły się żarty, jeżeli w ciągu tygodnia sprawa nie będzie załatwiona, znajdzie kogoś innego. Chyba rozumie, że w takiej sytuacji nie może liczyć na kontynuowanie współpracy, a wtedy pozostaje kwestia rozliczenia, ponieważ na razie to jego firma położyła jedynie cztery metry glazury.

- Robert, ja nie żartuję – ostrzegła go na pożegnanie.

P. był w panice. W domu biegał od okna do okna powtarzając w kółko: „Na co nam to było, trzeba iść na policję, przecież ona może kazać nas też zabić”. Ale nie poszedł.

Tydzień minął, Markowi G. nic się stało, za to w drzwiach mieszkania Roberta P. stanęła Elżbieta W.

- No jak tam te twoje papraki, nie potrafią odpierdolić jednego skurwysyna, nie mogą go namierzyć, niewidzialny jest, czy co? Ale nie ma już o czym mówić – uśmiechnęła się pojednawczo. - Robert, ja mam do ciebie stuprocentowe zaufanie, ty sam go jebniesz. Jutro o godz. 11 mój mąż będzie w sądzie, zabij go na schodach tego gmachu. I pamiętaj - to jest ostateczny termin, nie będę wyrzucać na darmo 100 tysięcy złotych.

Nie od razu rozumiał, o jakie pieniądze chodzi. Z pokrzykiwań Elżbiety wywnioskował, że są to koszty sądowe od 3 milionów zł darowizny, którą odbiera mężowi. Jeśli się Marka w porę zlikwiduje, nie trzeba będzie dzielić majątku i pieniądze wrócą do niej z naddatkiem.

Obiecał, że dopilnuje wykonania zlecenia..

Następnego dnia podjechał pod budynek sądu i zobaczył wychodzącego Marka G. Myślał, że mąż Elki pójdzie na pobliski parking i tam się spotkają. Ale mężczyzna wsiadł do taksówki. Zrezygnowany P. dotarł do swego samochodu i już miał uruchamiać silnik, gdy usłyszał pukanie do szyby. To Marek G. zajechał taksówką tak, aby nie mógł wycofać. - Wiem że od października za mną jeździsz. – powiedział spokojnie do Roberta - Śledzisz ty, ciebie śledzą, na pewno ci to potrzebne? Zapytaj Martę, kto stał u mnie na bramce w lokalu i daj sobie człowieku spokój.

- Ale to nie o to chodzi - przerwał Robert P. - Elżbieta W. kazała pana zabić.

- Mów wszystko.

Robert P. opowiadał prawie dwie godziny. Na koniec zadał jedno pytanie: - Pójdę siedzieć? Jak pan myśli, panie Marku?.

- Zadzwoń do mnie wieczorem, umówię cię z prawnikiem.

Wieczorem P. odebrał telefon od Elżbiety. Z pretensjami, że przed sądem nie widziała wykonawców zlecenia. Zażądała wyjaśnień, co to ma znaczyć.

- Z początku zaprzeczałem - zeznawał w śledztwie P. - ale gdy oswoiłem się z jej krzykiem, też podniosłem głos, że ja się do mokrej roboty nie wynajmowałem. Nic nie jestem winien, zaliczkę odrobiłem na budowie i na tym koniec. Nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Ku mojemu zaskoczeniu, podziałało. Nie powiedziała już ani słowa. Odetchnąłem z ulgą nie wiedząc, że wkrótce o zwrot zaliczki założy mi sprawę w sądzie.

 

Xxx

- Od kilku tygodni widziałem - zeznał na komendzie Marek G. - że jeździ za mną jakiś mercedes, kiedyś nawet mężczyzna w tym samochodzie chciał mnie zatrzymać na pustej drodze w centrum Warszawy, niestety, zgubiłem go na światłach. Drugiego grudnia 2009 wychodząc z sądu, po przeciwnej stronie ulicy zobaczyłem starego mercedesa ML na lubelskich tablicach rejestracyjnych. To był ten samochód, który od dłuższego czasu za mną jeździł. W tym momencie podjechała taksówka - wsiadłem i poprosiłem, aby kierowca wjechał na parking vis a vis sądu, a następnie zajechał drogę cofającemu ML-owi. Wyskoczyłem, pięścią uderzyłem w szybę, w tym samym momencie drzwi się otworzyły. Mężczyzna za kierownicą zaproponował, abym wsiadł do środka, bo nie chciałby, żeby moja żona nas zobaczyła. Zapytałem, czy go nie pojeb…

Robert P. po zrelacjonowaniu mi przebiegu wydarzeń związanych ze zleceniem zabójstwa, stwierdził że nazajutrz rano idzie na policję, chce chronić własną rodzinę.

Funkcjonariusz zaprotokołował, że Marek G. jest z żoną w separacji. Wyprowadził się od niej nie z powodu innej kobiety, tylko dlatego, że nie mógł wytrzymać coraz częstszych ataków furii, prowokacji do bojki.

- Tak, chciała mnie zabić – odpowiedział twierdząco świadek na pytanie funkcjonariusza policji – myślę, że ma problemy na tle psychicznym, może nawet o podłożu psychiatrycznym.

Znaczną część protokołu z zeznań G. zajęła opowieść nękanego męża, jak to żona obsesyjnie, nie licząc się z kosztami chciała udowodnić mu niewierność jeszcze w okresie, gdy wszelkimi sposobami ratował ich związek. Wynajmowała agencje detektywistyczne. Do jego samochodu ktoś przylepił w niewidocznym miejscu nadajnik, dzięki czemu mogła podsłuchiwać telefoniczne rozmowy. Przekupywała grubymi kwotami świadków, aby oczerniali go na sprawie rozwodowej.

Jednym z nich był Mariusz S. Kiedyś pracował dla G., prowadził mu znaną w Warszawie restaurację. Rozeszli się skłóceni, S. twierdził (jak się potem okazało bezzasadnie), że w rozliczeniach finansowych został oszukany, ale nie ma dowodów na wyegzekwowanie należnych mu pieniędzy.

Elżbieta W. zaproponowała mu „rekompensatę” – 150 tys. zł, jeśli zorganizuje świadków, którzy wystawią jej mężowi jak najgorsze świadectwo, a przede wszystkim potwierdzą, że od dawna ma kochankę. Połowę pieniędzy miał otrzymać przed rozprawą, a resztę potem. Ale nie dotrzymała słowa (znalazła innego kandydata na fałszywego świadka), więc S się wycofał.

Osoba, która miała go zastąpić, to Anna M., była kelnerka w restauracji Carringhton. Najpierw znęciła ją ogromna łapówka (150 tys. zł), ale nim odebrała zaliczkę, przyszły wyrzuty sumienia, że musi przed sądem kłamać. Ostatecznie nie tylko nie wzięła pieniędzy, ale o wszystkim opowiedziała byłemu szefowi, gdy jechała z nim samochodem. Myślała, że tam ich nikt nie podsłucha. Tymczasem, dzięki przylepionemu nadajnikowi wszystko się nagrało i prokuratura miała później dowód na knucie Elżbiety W.

 

Xxx

Zeznanie Roberta P. na policji o zleceniu mu zabójstwa sprawiły, że prokurator zapoznał się z aktami sprawy rozwodowej małżeństwa Elżbiety i Marka. Kobieta w pozwie oskarżała męża najpierw tylko o zdradę. Ale gdy agencje detektywistyczne niczego nie potwierdziły, a fałszywi świadkowie wykruszali się jeden po drugim, wymyśliła po paru miesiącach, że jest ofiarą męża alkoholika, narkomana „damskiego boksera”.

- Groził mi, że gdy nie będę posłuszna, to inaczej ze mną się rozprawi. Miotałam się między miłością do męża, a lękiem o swoje bezpieczeństwo. Zwłaszcza bałam się jego reakcji po narkotykach. Kiedyś w szale po używkach chciał mnie pobić, ja uciekając z sypialni niechcący rozbiłam lustra a w panice rzucałam wszystkim, co miałam pod ręką. W rezultacie uderzyłam go jakimś drobiazgiem, który stał na toaletce - zaprotokołowano.

Marek G. twierdził, że narkotyków nigdy nie używał, a żona uderzyła go dwukrotnie, tylko nie wynosił tego na zewnątrz. Za drugim razem dostał w twarz, w miejscu publicznym. Właśnie takie upokorzenie było tą ostateczną kroplą, która się przelała i wyprowadził się z domu tak jak stał, tylko z aktówką.

Inaczej też strony przedstawiały wersję owych 3 mln zł darowizny. Elżbieta twierdziła, że dwa lata wcześniej mąż wymusił na niej tę pożyczkę wiedząc, że ma pieniądze ze sprzedaży działki, którą odziedziczyła po ojcu. Przekonywał ją, że musi mieć taką kwotę na lewe interesy, zapłacenie komuś, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Chciał, aby zarejestrowała pożyczkę jako darowiznę. Zrobiła tak, ponieważ mu ufała. Niestety, gdy tylko odpowiednie dokumenty zostały podpisane, mąż pokazał jej swą prawdziwą twarz człowieka okrutnego, bez skrupułów.

Wkrótce potem wyprowadził się z domu pod pretekstem leczenia silnej depresji, że niby tak mu poradził psychiatra. Podejrzewała, że coś go łączyło z Moniką G., ale on stanowczo zaprzeczał, twierdził, to tylko koleżanka z pracy, jeszcze stwarzał pozory troskliwego męża. Spędzili wspólnie sylwestra, byli na zagranicznych wczasach, niejednokrotnie wręczał jej kwiaty. Ona jednak mu nie ufała, wynajęła detektywów i wkrótce miała czarno na białym, że jest zdradzana, mieszka z kochanką. Gdy pokazała mu ten raport, rzucił się na nią z wściekłością, pobił ją.

- Dojrzałam do tego - zakończyła swój wywiad Elżbieta W. u lekarza psychiatry, podczas zleconej przez prokuratora obserwacji - aby przewartościować swe życie i ratować się, póki ten człowiek nie zniszczy mnie zupełnie. Domagam się przed sądem orzeczenia rozwodu z winy męża i oddania mi darowizny, ze względu na rażącą niewdzięczność.

G. nie miał jeszcze szans wypowiedzenia się w sprawie o odwołanie darowizny, złożył jedynie pismo z wyjaśnieniem, że kwota 3 milionów złotych to było rozliczenie za sprzedaż działek żony notabene uzyskanych przez nią podstępem. Chciała za nie od klienta 9 milionów, a on sprzedał zagranicznej korporacji budowlanej za 22 mln. W takiej sytuacji należała mu się prowizja, żona łaski nie robiła.

Nieprawda, że po ślubie pokazał swą prawdziwą twarz człowieka bez skrupułów. (Z Elżbietą był w wieloletnim konkubinacie).To ona się zmieniła, odkąd w następstwie sfałszowania testamentu ojca została bardzo bogata. Od tej pory był traktowany przedmiotowo. Żona urabiała mu opinię kryminalisty, gdyż jako podejrzany w aferze paliwowej, kilka miesięcy siedział w areszcie. Ta sprawa nie jest jeszcze zakończona, ale większość zarzutów nie potwierdziła się.

- Nie miałem prawa wypowiadać się w kwestiach, które dotyczyły naszego wspólnego majątku - zeznał G. na sprawie karnej.- Prawdą jest, że w 2004 roku club pochłonął olbrzymie kwoty pieniędzy, bo inwestowałem bez złotówki kredytu. Ale przecież chwilowa utrata płynności finansowej w niczym nie naruszała komfortu życia, jaki zapewniałem żonie.

Sąd usłyszał od pozwanego o koszmarze wspólnego życia z kobietą, która nie mogła pogodzić się z upływem czasu, na co nie zawsze pomagały zabiegi chirurgii plastycznej. Ciągle niezadowolona, obsesyjnie zazdrosna, zrażała ludzi z ich otoczenia; w rezultacie krąg towarzyski się wykruszył. Zerwała kontakty z najbliższą rodziną, spotykała się z nią tylko na procesach w sprawach majątkowych.

- Moja wyprowadzka z domu była gestem rozpaczy - twierdził Marek G. - Ale jeszcze z oddalenia próbowałem ratować nasze małżeństwo. Potem nastąpił całkowity rozpad pożycia.

 

Xxx

Elżbieta W. zaprzeczyła w śledztwie, że proponowała właścicielowi firmy remontowej oblanie kwasem solnym kochanki swego męża, czy wynajęcie zabójców. Owszem, spotykała się z tym mężczyzną, ale tylko po to, aby uzyskać od jego żony zgodę na zgłoszenie jej jako świadka w sprawie rozwodowej Natomiast kontakt telefoniczny z Robertem P. dotyczył robót wykończeniowych w jej nowych domach.

Nie rozumie, skąd podejrzenia o podżeganie do zabójstwa. To prawda, cierpi bardzo z powodu zdrady męża, z którym jest w separacji, ale to nie oznacza, że planowała morderstwo. To zresztą nie miałoby sensu, bo poza rozwodem domaga się od małżonka sądownie zwrotu 3 mln zł, zatem on nie tylko musi żyć, ale być w dobrej kondycji biznesowej.

Resztę protokołu spisanego podczas składania wyjaśnień przez podejrzaną zajęły oskarżenia wiarołomnego męża: Twierdziła, że dysponuje nagraniami jego gróźb, że zepchnie swą kochankę ze schodów a podejrzenie o ten czyn rzuci na żonę i ona pójdzie na długie lata do więzienia. Pomówienia Roberta P. są spreparowane przez jej męża.

- On żyje w stałym konflikcie z prawem - przekonywała prokuratora - zadaje się z przestępcami, których poznał, gdy siedział w areszcie. Po wyjściu z więzienia bardzo się zmienił, zażywa ogromne ilości kokainy, wywołującej zwidy i napady szału. Nie zgodził się na leczenie odwykowe. Pieniądze przegrywa w kasynie, gdyż jest hazardzistą.

Nie miał żadnych skrupułów, aby zniszczyć jej zdrowie. Dopiął tego - ona od dwóch lat jest na intensywnym leczeniu psychotropowym. Na szczęście, nie musi pracować; żyje z odsetek od zgromadzonych oszczędności, które oblicza na około 50 milionów zł.

 

Xxx

- Matce na starość odbiło. Marek to dobry człowiek. Powinien dostać medal za 20 lat pożycia z taką kobietą i za to, co dla niej zrobił. - Dominik 30-letni syn Elżbiety z poprzedniego małżeństwa wystawił swej rodzicielce w czasie przesłuchania jak najgorsze świadectwo.

Miał powód do żalu, bo traktowała go znacznie gorzej niż starszego syna, a gdy odmówił podpisania nieprawdziwego oświadczenia, że ojczym nakłaniał go do składania fałszywych zeznań, wyeksmitowała go z domu razem z żoną i małymi dziećmi. A przecież ta willa, choć notarialnie należała do Elżbiety W., był zbudowana za pieniądze Marka G.

Obraz rodziny, jaki jawił się po złożeniu zeznań przez najbliższych krewnych podejrzanej był dramatyczny. Młodszy syn od kilku lat nie rozmawiał z matką, ona nie utrzymywała kontaktu z własnymi rodzicami, jej synowie, choć mieszkali po sąsiedzku, udawali na ulicy, że się nie znają. Cała rodzina latami nie wychodziła z sądu z powodu kłótni o spadkowe pieniądze.

Bratowa Elżbiety obawiała się o bezpieczeństwo szwagra. - Ta kobieta - mówiła o Elżbiecie W. - ułożyła sobie scenariusz na życie w luksusie i konsekwentnie go realizuje. Najpierw żyła za pieniądze mężczyzny, którego później kazała zabić, czyli Marka G., następnie podstępem przejęła majątek rodziny. Umierającemu ojcu, który już nie miał pełnej świadomości, podsunęła do podpisu in blanco czystą kartkę, na której potem sporządziła rzekomy testament. Wynikało z niego, że senior W. wydziedzicza żonę i jedynego syna, przepisując cały majątek córce.

- Siostra podstępem podeszła też naszą matkę - dopowiedział do tych zeznań brat Elżbiety - po śmierci ojca sprowadziła ją do siebie niby żeby pocieszać w żałobie, a tak naprawdę, aby wymóc przepisanie rodzinnej cegielni i upoważnienie na sprzedaż działek budowlanych. Kiedy to się stało, natychmiast wymówiła matce gościnę, odwiozła ją do mojego domu. Od tej pory, choć minęło już kilka lat, nie widziała się z matką.

Zdaniem brata Elżbiety jej mąż wiedział o oszustwach z testamentem. Z tego powodu stał się dla niej niewygodnym świadkiem. Możliwe, że już w dniu, gdy się wyprowadził z willi, postanowiła go zabić. Dlatego miesiącami przygotowywała papiery psychiatryczne, żeby miała się czym zasłonić, gdyby jej plany przedwcześnie wyszły na jaw.

Gruby plik kart zdrowia z różnych poradni psychiatrycznych Elżbieta W. załączyła do pozwu o rozwód z winy męża. Kolejny lekarz notował w czasie wywiadu z pacjentką: „Rok 2007. Czerwiec: Źle sypia. Zdenerwowana, informuje o poważnym konflikcie z mężem. Podejrzewa, że ją zdradza. Sierpień: Mąż wyprowadził się z domu. Jest załamana. Listopad: Mąż ją odwiedza, namówiła go na wizytę u poleconego psychologa. Styczeń 2008 rok: Nastrój euforyczny. Pacjentka wybiera się z mężem na Florydę. Styczeń 2009: Mąż mieszka osobno, ale często ją odwiedza. Była z nim na sylwestra.

Luty 2009: bardzo zdenerwowana, ma dowód zdrady. Zobaczyła kochankę męża wychodzącą z jego domu. Złożyła pozew o rozwód. Twierdzi, że na tę wiadomość zareagował pobiciem jej. Lęk przed agresją męża”.

 

Xxx

Sprawa rozwodowa była w toku, gdy prokuratura przedstawiła Elżbiecie W. zarzut nakłaniania Roberta P. do zabójstwa męża. Podejrzana trafiła na trzy miesiące do aresztu. Badali ją biegli - psycholog i psychiatra. Z ich opinii dla sądu: - „Podała, że ma problem z adaptacją do warunków więziennych, dotąd bowiem jej otoczeniem byli ludzi bardzo bogaci, w pięknych, strzeżonych willach. Od 2005 roku leczy się psychiatrycznie na depresję. Zasięgała licznych porad u różnych psychiatrów, twierdzi, wszyscy rozpoznali u niej tę chorobę, jednakże nie ma dokumentacji leczenia”.

Biegli stwierdzili, że w badaniu jednorazowym nie mogą ocenić zdrowia psychicznego podejrzanej. Zaproponowali postawienie diagnozy w warunkach szpitalnych.

Sąd, do którego już wpłynął akt oskarżenia – zaakceptował wniosek. Z wywiadów przeprowadzonych w oddziale zamkniętym wyłonił się obraz kobiety rozkapryszonej luksusem, która chętnie opowiada, że jej ulubionym zajęciem były zakupy w markowych sklepach. Kiedyś jednego popołudnia kupiła 20 par butów i 10 toreb.

O swoim życiu:- „Do zakonu nie wstępowałam, niczego z mego życia nie żałuje. Miałam trzech mężów, ten ostatni, z którym teraz się rozwodzę, jest młodszy o 10 lat, ale wygląda starzej niż ja. Dzięki małżeństwu awansował na drabinie społecznej. W latach osiemdziesiątych był kelnerem w hotelu Forum, zarabiał na nielegalnej sprzedaży walut, złota i kawioru. Po ślubie w 2003 chciał otworzyć restaurację z elitarnym klubem, taką, jaką widział w Acapulco. Ale interes nie wyszedł, mąż wpadł w długi, dlatego zdecydował się na przekręty w handlu paliwem, co doprowadziło go do aresztu. Na wolność wyszedł za kaucją, ale od tej pory otacza się niebezpiecznymi ludźmi, poznanymi w areszcie.”

Psychiatrzy stwierdzili u badanej zaburzenia osobowości o cechach histrionicznych, co się wyraża przesadną ekspresją emocji, pragnieniem skupienia na sobie całej uwagi otoczenia, oraz tworzeniem płytkich, nieszczerych i konfliktowych związków z ludźmi. Pokreślono tendencję do zbyt emocjonalnego podejścia do problemów, manipulowania otoczeniem. Choć w pierwszym kontakcie Elżbieta W. może być postrzegana jest osoba towarzyska i pełna empatii, przy bliższym poznaniu okazuje się emocjonalnie niewrażliwa. Kiedy dochodzi do nieuchronnych problemów, jest wolna od poczucia winy. Jej egocentryzm, niedojrzałość emocjonalna, mogą też wyrażać się niepokojem związanym z lękiem o odrzucenie.

Elżbieta W. wróciła po badaniach do aresztu i była tam jeszcze trzy miesiące, póki sąd nie uznał, że nie ma niebezpieczeństwa mataczenia przez oskarżoną.

Jednakże z okresu, gdy była zamknięta w czteroosobowej celi, do prokuratora trafił pewien gryps, z powodu którego akt oskarżenia został uzupełniony o jeszcze jeden zarzut: podżegania więźniarki Urszuli G. do utrudniania postępowania karnego.

Przemycony na wolność gryps był do konkubenta owej więźniarki. Napisany jej ręką, ale pod dyktando oskarżonej W.:

„Witaj kochany co do sprawy Elki to zadzwoni jej starszy syn spotkacie się i uzgodnicie wszystko. Trzeba tak załatwić aby ją oczyścić jakoś z tych obciążających zeznań tego budowlańca jego adres (…) za co dostaniesz tyle kasy ile powiesz. Druga kwestia to ten mąż Marek. On ma jej oddać 3 mln zł, z tego połowa dla nas. Powiem ci tak: tu nie ma jak dłużej z nią rozmawiać, bo wszyscy słuchają więc jej syn wszystko ci powie. Ale najpierw Ela na widzeniu jemu wszystko wytłumaczy a on tobie. Wiesz o co chodzi kochany. Sprawa z jej strony będzie do załatwienia. Druga rzecz taka, że ona chce właściwie całe trzy miliony oddać tobie, jeżeli jeszcze uda ci się, żeby odzyskała jakiś tam apartament, w którym ten jej mąż mieszka teraz z kochanką. Postaraj się to załatwić tylko bądź ostrożny”.

Przesłuchano autorkę grypsu. Wyjaśniła, że tak naprawdę nie chciała, aby jej konkubent nakłonił Roberta P. do odwołania obciążających zeznań. Pisała pod dyktando Elżbiety W., ale w głębi ducha chciała jej zrobić na złość za wywyższanie się w celi. Na widzeniu dała gryps narzeczonemu, bo Elka ją obserwowała, ale też szepnęła mu, żeby ostrzegł Marka G.

G. rzeczywiście spotkał z wysłannikiem więźniarki, odebrał od niego tajny liścik, a także słowo honoru, że nie da się przekupić za żadne pieniądze. Natomiast Elżbieta W. twierdziła, przed sądem, że o grypsie słyszy po raz pierwszy. Z kobietą, z którą siedziała, miała tyle wspólnego, że tamta polecała jej dobrego adwokata z Białegostoku. Dotrzeć do niego miał jej konkubent i następnie skontaktować się z rodziną Elżbiety. Ale na widzeniu dowiedziała się, że ten mężczyzna nie przyprowadził mecenasa na spotkanie z jej synem (choć obiecał), natomiast chciał za pośrednictwo 20 tys. zł.

- Syn go wyśmiał – twierdziła Elżbieta W. – a tamten trzasnął drzwiami i wyszedł. A narkomanka, która wyciągnęła od mnie na zakupy w więziennej kantynie około 1500 zł, napisała gryps z zemsty, gdy odmówiłam jej dalszego płacenia rachunków.

 

Xxx

 

Prokurator zażądał dla Elżbiety W. 8 lat pozbawienia wolności.

Mec. Marek Małecki adwokat oskarżyciela posiłkowego Marka G. prosząc o sprawiedliwy wyrok powtórzył deklarację swego klienta, który nie chce się mścić na kobiecie, wszak przeżył z nią kilkanaście lat. Ocenę tego, co zrobiła zostawia niezawisłemu sądowi.

Obrońcy oskarżonej zarzucali prokuratorowi całkowity brak weryfikacji materiału operacyjnego. Powtarzali: - Nie ma żadnego dowodu, że było tak, jak mówił Robert P. W akcie oskarżenia jest tylko słowo przeciwko słowu. Sugerowali, że „jeśli nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze”. Wszystkie bowiem osoby występujące w tej sprawie były zainteresowane pieniędzmi Elżbiety W. Trzeba zatem ostrożnie podchodzić do ich zeznań.

Zdaniem dwojga adwokatów Elżbiety W. oskarżona poszukiwała świadka P., ale do sprawy rozwodowej, a nie zabicia męża. „Tej prawdy zakrzyczeć się nie da” – przekonywali sąd.

Opis zdarzeń w wersji najważniejszego świadka oskarżenia Roberta P. jest niezgodny z logiką. Dlaczego Elżbieta W. miałaby zlecić zabójstwo komuś, kogo ledwo znała? Dlaczego akurat temu mężczyźnie - nieudacznikowi tonącemu w długach? Gdyby szukała mordercy, mogłaby się zwrócić o pomoc do syna skazanego za poważne przestępstwo z użyciem broni palnej – on na pewno znał ludzi wykonujących specjalne zlecenia.

Poza tym – w akcie oskarżenia nie ma nic o tym, że Robert P. miał za popełnienie tak strasznego czynu dostać pieniądze. Zabójstwo pro bono?. Nielogiczne.

Sąd (przewodnicząca składu sędziowskiego Beata Ziółkowska i sędzia Elżbieta Gajowniczek) skazał Elżbietę W. zgodnie z oczekiwaniami prokuratora. To dolna granica kary za tego rodzaju przestępstwo.

- Wina została udowodniona – powiedziała uzasadniając wyrok sędzia Ziółkowska – świadkowie, również współwięźniarka Urszula G., okazali się wiarygodni. Nie było wcześniejszych powiązań -jak sugerowała obrona - pomiędzy Markiem G. a Robertem P. Sąd uwierzył temu ostatniemu, że starał się - tak jak potrafił - powstrzymywać Elżbietę W. przed realizacją jej straszliwego planu. Motywem, jakim kierowała się oskarżona nie były sprawy majątkowe, ale to, że mąż odszedł do innej kobiety. Elżbieta W. została skazana za podżeganie do zabójstwa. Nic nie usprawiedliwia zamachu na czyjeś życie.

Wyrok jest nieprawomocny.