Ci, którzy doprowadzili do tego procesu pewnie na długo przed pierwszą rozprawą zacierali z uciechy ręce na samą myśl o spektakularnym widowisku na sali sądowej. Oto w ławie oskarżonych szacowny profesor prawa, znany adwokat, były ambasador, poseł. A obok niego towarzysz niedoli w czerwonym drelichu groźnego przestępcy, z wyrokiem dożywocia. I ci świadkowie z wieloletnimi wyrokami - skuci, przyprowadzani przez antyterrorystów, aby wydali profesorowi świadectwo etyki adwokackiej.

Przez dwa i pół roku prof. Jan Widacki stawał przed sądem (z wolnej stopy) jako oskarżony.

Postawiono mu trzy zarzuty dotyczące trzech różnych zdarzeń, różnych miejsc i przy udziale różnych osób. Powodowało to wielkie zamieszanie w dokumentach prokuratorskich. I utrudniało przewód sądowy. Na brak logiki w akcie oskarżenia i liczne luki wskazała jeszcze przed rozpoczęciem procesu doświadczona sędzia Barbara Piwnik: akta powinny wrócić do prokuratury w Białymstoku jako, delikatnie to formułując, niedopracowane. Jednak Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że materiał dowodowy można uzupełnić w trakcie procesu.

Jeden wątek oskarżenia dotyczył nakłaniania w białostockim więzieniu Sławomira R. ksywa „Woźny” lub „Król” - dwukrotnego mordercę i bestialskiego gwałciciela dziecka - do składania fałszywych zeznań, w celu oczyszczenia z zarzutów lidera pruszkowskiej mafii. Zarzut ten mecenas dzielił z Adamem i Małgorzatą D., bliskimi krewnymi owego gangstera.

Kolejny zarzut to - przemycenie grypsu od Krzysztofa F. pseudo „Bandzior” z aresztu w Krakowie i przekazania go jego żonie Teresie F. mieszkającej na Podhalu w Kasinie Wielkiej. Gryps miał zawierać instrukcje, jak przygotować fałszywego świadka.

Ponadto Jan Widacki został oskarżony o nakłanianie lobbysty Marka Dochnala do powstrzymania się przed sejmową komisją śledczą do spraw Orlenu od zeznań, mogących mieć związek z działalnością biznesmena Jana Kulczyka, którego mecenas bronił w innych procesach. (Dochnal interesował się dostawami ropy do Polski. Uważał, że w jego interesach stanął mu na drodze Jan Kulczyk i przez to został we wrześniu 2004 r. aresztowany.)

 

Xxx

 

Zaraz po wystąpieniu prokuratora na pierwszej rozprawie Jan Widacki wygłosił swój „akt oskarżenia”: Jego wyjaśnień słuchało aż troje zawodowych sędziów, którym przewodniczyła sędzia Małgorzata Wasylczuk.

- Nie przyznaję się. Zarzuty są absurdalne, dla mnie głęboko upokarzające. Oparto je na fałszywych zeznaniach osób, znajdujących się w całkowitej dyspozycji organów ścigania. W ten sposób przestępcom daje się większą wiarę niż mnie. Mam podstawy sądzić, że do takich zeznań te osoby zostały nakłonione.

Profesor postrzegał związek oskarżenia z jego działalnością polityczną. W istocie, skojarzenia nasuwały się same: W roku 2004 i później jako poseł lewicy był w konflikcie ze Zbigniewem Ziobro, ówczesnym ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. Publicznie twierdził, że poczynania PiS- owskiego polityka są „obłędne, szkodliwe dla Polski i niebezpieczne dla obywateli”. Jan Widacki był też jednym z sygnatariuszy listu protestacyjnego znanych prawników przeciwko proponowanym przez ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego zmianom w kodeksie karnym. Dołączył się do krakowskich intelektualistów oburzonych odwołaniem prof. Stanisława Waltosia z funkcji przewodniczącego komisji kodyfikującej prawa karnego. Pozostawał w konflikcie ze Zbigniewem Wassermannem ówczesnym koordynatorem służb specjalnych; pozwał go o naruszenie dóbr osobistych. (Wassermann pomówił Widackiego, że wraz z Jeremiaszem B. „Baraniną” tworzył fundację, która miała sponsorować policję. Proces zakończył się ugodą, pozwany rakiem wycofał się z zarzutów).

To właśnie Wassermann jako członek sejmowej komisji do spraw Orlenu rzekomo dostał w kwietniu 2005 roku list od więźnia Sławomira R. ps. „Woźnego” który doprowadził Widackiego na ławę oskarżonych: List, a właściwie gryps, nie był wysłany zwykłą drogą z zakładu karnego; nie wiadomo, w jaki sposób dotarł na Wiejską. I kto naprawdę był jego autorem. W trzecim miesiącu procesu Sławomir R. nagle zeznał, że list ten został mu podyktowany.

Dziś znajduje się w aktach sądowych. Oto jego treść:

„Szanowny Panie.

Jestem nikim. Skazańcem, ale mam dowód, że mec. Widacki jest człowiekiem, który kiedy trzeba, robi za posłańca od pruszkowskiego bossa. Oglądałem w TVP przesłuchanie Dochnala przed komisją śledczą ds. Orlenu. Chcę rozmawiać z kimś od p. Dochnala. (...) Opowiem mu i uwiarygodnię że jest to prawdopodobne że mec. Widacki przekazywał Dochnalowi wiadomość od Kulczyka (...) Ja tu o nic nie walczę, ale chcę pomóc Dochnalowi, bo ja miałem podobne doświadczenie - propozycję nie do odrzucenia, lecz w sprawie cięższej gatunkowo. Nie będę się rozpisywać, bo tu nie ma żartów. Pozdrawiam”.

- I co robi poseł Wassermann? - Jan Widacki z ławy oskarżonych analizował intrygę swego politycznego przeciwnika.(Było to prawie dwa lata przed katastrofą smoleńską, w której Zbigniew Wassermann zginął) - Czy powiadamia prokuraturę? Nie. Ów funkcjonariusz publiczny odszukuje obrońcę Dochnala i wręcza mu ten list. Potem u więźnia R. w zakładzie karnym w Białymstoku, zjawia się mec. Ołowska-Zalewska wysłanniczka pełnomocnika aresztowanego lobbysty. Nawiązuje z R. kontakt, koresponduje z nim, wysyła mu paczki. Na koniec przysyła dziennikarkę „Życia Warszawy” Dorotę Kanię, która dostaje się do aresztu bez odnotowania tego faktu w ewidencji. Natomiast R. wychodzi z celi na to spotkanie jako na rozmowę z adwokatem. Tak zostało odnotowane w dokumentacji służb więziennych. Następnie Sławomir R. składa pierwsze obciążające mnie zeznanie.

 

Xxx

 

32-letni Sławomir R. ps. „Woźny” vel „Król” ma na sumieniu zamordowanie Mirosława K. ze szczególnym okrucieństwem. Dokonał tego wspólnie z gangsterem K. w 1999 roku w miejscowości Wiartel. Przestępcy długo znęcali się nad ofiarą bijąc ją, przypalając ogniem, nacinając skórę tasakiem. W podobny sposób pozbawili życia Janusza B. z Olsztyna. I usiłowali zamordować Henryka B.

Sławomir R. jest też bestialskim gwałcicielem pięcioletniej siostrzenicy. Opis ran zadanych dziecku wymyka się beznamiętnej relacji.

Do niejako codziennych przestępstw tego mordercy należały kradzieże samochodów, rozboje, pobicia „metalową łapką” restauratorów za odmowę rzekomej ochrony, szantaż. Przed sądem chwalił się : - Nie pamiętam dokładnie za co zostałem skazany. Od 1990 roku siedzę w więzieniach. Byłem już w czternastu zakładach karnych. Ciąłem się, demolowałem cele.

Sławomir R. jest zdrowy psychicznie. Wychował się w Sokółce, w rodzinie pełnej, bez patologii. Ma wykształcenie zawodowe zasadnicze. Zdaniem sądowego psychologa nie przejawia tendencji do konfabulacji.

Przesłuchiwany przez prokuratora w Białymstoku ochoczo zeznał, że w październiku 2004 roku był u niego w celi Jan Widacki. Jeszcze przed wyłożeniem sprawy mecenas powiedział: „Rozmawia pan z człowiekiem, który dużo może”.

- Chciał, abym złożył zeznania na korzyść Mirosława D. ps. „Malizna”, jednego z szefów „Pruszkowa”, którego był obrońcą. Początkowo miałem obawy w rozmowie z tym adwokatem. Ale później, to już jak gangster z gangsterem, bez owijania w bawełnę.

R. twierdził w śledztwie, że znany adwokat przyjechał w sprawie więźnia, z którym on przez pewien czas był zamknięty tej samej celi. Chodziło o świadka koronnego Piotra W., który zeznając w sprawie zabójstwa „Pershinga” z mafii pruszkowskiej obciążył jednego z oskarżonych, właśnie Mirosława D. Ów świadek koronny cieszył się nadzwyczajnym przywilejami w warunkach więziennych, np. miał dwa telefony komórkowe. Korzystał z nich - przy okazji i R. - bez ograniczeń, bo ktoś z zewnątrz uzupełniał im konto limitu rozmów.

- Widacki chciał, abym powiedział, że Piotr W. przyznał mi się, iż kłamał w sądzie, bo D. nie zlecał tego zabójstwa.. Moje oświadczenie było potrzebne przy złożeniu apelacji - zeznawał w śledztwie Sławomir R. - Adwokat uprzedził mnie, że reprezentuje interesy „Pruszkowa” i jeśli nie złożę oświadczenia, to on ma duży wpływy w ABW a ci są w stanie zrobić wszystko. Ale jeśli sąd weźmie pod uwagę moje oświadczenie, ktoś się ze mną skontaktuje i wszystko podogrywa. Mecenas zostawił mi wizytówkę z adresem swej kancelarii prawnej.

Co w zamian za tę przysługę? R. twierdził, że uzyskał zapewnienie mu bezpieczeństwa w areszcie. Bo na skutek jego obciążających zeznań w innych procesach zapadły wysokie wyroki i w więzieniu zacznie się na niego „polowanie”.

 

xxx

Jan Widacki zaprzeczył przed prokuratorem, że prowadził sprawy związane z mafią pruszkowską. Wyjątkiem było napisanie apelacji od wyroku dla Mirosława D. („Malizny”). Prosiła go o to żona skazanego. Sugerowała nowe możliwości obrony - bowiem od warszawskiego adwokata, który w przeszłości prowadził sprawę jej męża dowiedziała się, iż pewien więzień w białostockim areszcie wysłał mu SMS z informacją o dysponowaniu ważnymi dowodami potwierdzającymi niewinność „Malizny”. Tym więźniem był Sławomir R.:.

Widacki po upewnieniu się, że pani D. nie konfabuluje, pojechał do Białegostoku.

- Sławomir R. powiedział mi - zeznał mecenas przed sądem - że Piotr W. był nakłaniany do składania fałszywych zeznań obciążających Mirosława D. Ten świadek koronny podobno śmiał się, gdy usłyszał, że w sądzie okręgowym w sprawie „Malizny” zapadł duży wyrok. Uznałem, że to żaden dowód, nie może być przeciwwagą dla materiału prokuratorskiego. Zwłaszcza, że zeznania W. w procesie sądowym o zabójstwo „Pershinga” nie dotyczyły wątku mojego klienta; nie odnosiłem się do nich w apelacji.

Profesor poczynił przed prokuratorem uwagę na temat nielogiczności stawianego mu zarzutu: gdyby chciał wesprzeć się zeznaniami podstawionego świadka (czego nigdy w swej praktyce adwokackiej nie robił), to zdrowy rozsądek kazałyby mu szukać nie kogoś, kto zezna, że coś tam słyszał, ale zadbałby o świadka bezpośrednio odnoszącego się do zeznań obciążających jego klienta.

I to był jedyny - twierdził oskarżony adwokat na sali sądowej - jego kontakt ze Sławomirem R. Po powrocie do Krakowa napisał wniosek do sądu apelacyjnego o dopuszczenie dowodu z oświadczenia R. Bez przekonania, ale na życzenie żony jego klienta. Na rozprawie apelacyjnej sąd nie dopuścił zeznania R. uznając, że jest bez znaczenia. Również kasacja wyroku została oddalona.

Pół roku później w kwietniu 2005 obradowała komisja orlenowska. Wynikła sprawa rzekomego namawiania Dochnala do złożenia fałszywych zeznań.

Adwokat nie śledził jej; z mediów dowiedział się, że jakiś kryminalista z Białegostoku nawiązał kontakt z komisją, że rzekomo mecenas Widacki miał go nakłaniać do fałszywych zeznań. Oficjalnie nikt posła o tym nie powiadomił. Nie wiedział, co ma dementować.

Potem przyszło wezwanie do prokuratury w Białymstoku. Ale nim profesor je otrzymał, kilkakrotnie dzwonił do niego jakiś mężczyzna przedstawiający się jako dziennikarz „Życia Warszawy”.

- Jak się domyślałem - zeznał Widacki w sądzie - był to współpracownik red. Doroty Kani, istotnego świadka w mojej sprawie. Ten człowiek dopytywał się, czy postawiono mi już zarzut współudziału z mafią. A kiedy prokuratur postanowił przesłuchać mnie w charakterze podejrzanego, na drugi dzień zadzwoniła do mnie red. Anna Marszałek wówczas dziennikarka „Rzeczpospolitej” upewniając się, czy prawdą jest - i tu podała dokładną datę, na którą miałem wezwanie - że będzie mi postawiony zarzut?

To nie koniec dowodów na ścisłą symbiozę organów ścigania z niektórymi mediami. Gdy Jan Widacki wyjeżdżał z Krakowa do prokuratury w Białymstoku, pod domem czekali na niego dziennikarze wszystkich stacji telewizyjnych i centralnych gazet.

Prokuratura zrobiła wiele, aby nagłośnić w mediach, że tak kategoryczny w krytykowaniu PiS-owskich rządów profesor zasiądzie w ławie dla oskarżonych. Dziennikarze od razu dostali zgodę na podawanie w pełnym brzmieniu nazwiska oskarżonego, oraz fotografowanie go.

- Dla ówcześnie rządzących - wyjaśniał Jan Widacki z ławy dla oskarżonych - szukających egzemplifikacji dla swojej obłędnej, urojonej idei układu wydałem się celem idealnym. Miałem kontakty z Aleksandrem Kwaśniewskim, byłem członkiem rady programowej fundacji Semper Polonia i z tej racji nieraz zapraszano mnie do pałacu prezydenckiego. Po podkoloryzowaniu tych kontaktów mogłem być uważany za człowieka byłego prezydenta.

Nadto - mec. Widacki był adwokatem Jana Kulczyka w sprawie o naruszenie dóbr osobistych przeciwko Wassermannowi. I pełnomocnikiem tego biznesmena w sprawie karnej o nakłanianie Kulczyka do fałszywych zeznań przez Giertycha. Wreszcie - był obrońcą, co prawda tylko w apelacji, gangstera Mirosława D. ps. „Malizna”, sądzonego w sprawie o zabójstwo „Pershinga”.

- Pasowałem idealnie do wykazania, że ten urojony układ polityczno- biznesowo-gangsterski i ja w nim, faktycznie istnieje - podsumował przed sądem oskarżony adwokat.

 

xxx

O wyniesienie z więzienia grypsu (kolejny zarzut z akt) obciążył profesora oskarżony o zabójstwo Łukasz Z., który w zamian za permanentną współpracę z prokuraturą dostał bardzo łagodny wyrok.

Miało być tak: oskarżony o podwójne morderstwo Krzysztof F. ps. „Bandzior” dał w krakowskim areszcie Widackiemu jako swemu adwokatowi gryps do żony, Teresy. Było w nim polecenie, aby skontaktowała się z Łukaszem Z. a ten, żeby „ustawił” niejakiego P. do zeznania, że rozszerzył menu zasięgu w telefonie komórkowym „Bandziora”. Potwierdzenie tej przeróbki było dość istotne dla uwiarygodnienia wyjaśnień oskarżonego. (Jeśli korzystał ze zmodyfikowanego telefonu, nie mógł być w miejscu zbrodni).

Informację o grypsie przekazał śledczym więzień Krzysztof Ł. cieszący się statusem świadka koronnego, z którym Widacki od dawna toczył boje na salach sądowych, podważając wiarygodność jego zeznań. Zdaniem mecenasa w Małopolsce jest to dyżurny świadek koronny, który w areszcie dowiaduje się różnych rzeczy o osadzonych i zawsze ma cenne informacje dla prokuratury oraz CBŚ.

Z zeznania Krzysztofa Ł. złożonego przed prokuratorem w zakładzie karnym w Pińczowie w 2006 roku: - Jestem uczestnikiem grupy Al. Capone. (Słynna, rozbita już banda gangsterskich morderców na Podhalu). W tej sprawie „Bandzior”. był w 2003 roku oskarżony o zabójstwo dwóch chłopaków z konkurencyjnej grupy. Zarzut przedstawiono mu w oparciu o moje wyjaśnienia w śledztwie. Wtedy wziął na obrońcę Widackiego. Na rozprawie mecenas złożył wniosek o przesłuchanie Łukasza Z., zatrzymanego za handel narkotykami i rozbój. Z. zeznał, że znalazł dla „Bandziora” specjalistę od poszerzania w telefonie komórkowym ‘Idei” pola zasięgu. Ta linia obrony była absurdalna. Ale P. - operator „Idei” potwierdził w sądzie wykonanie usługi.

Świadek koronny Krzysztof Ł. opowiedział prokuratorowi, jak to jego zdaniem naprawdę było z operatorem:

- Łukasz Z. siedział w celi obok mojej. Interesowałem się, co u niego, bo zawsze dobrze zeznawał w naszych sprawach w sądzie i był pod skrzydłami grupy Al Capone. Kiedyś przez dziurę w ścianie rozgadał się, że instrukcję w sprawie tego operatora łączy komórkowych dostał od żony F., której gryps od aresztanta przywiózł Widacki. Sam widział w Kasinie Wielkiej przed domem F. samochód tego adwokata. Gryps został potem spalony przez Widackiego. Ale Krzysztofowi F. to nie pomogło, i tak dostał dożywocie.

Z. potwierdził słowa Krzysztofa Ł. przed organami ścigania. Przyznał się, że specjalistę od telefonii „trochę postraszył” użyciem przemocy fizycznej, gdyby chciał odmówić.

Mecenas zaprzeczył, aby przenosił jakikolwiek gryps. Zarzut uznał za absurdalny. Choćby z tego względu, że oskarżony ma prawo do osobistego kontaktu z obrońcą w cztery oczy i nie musiałby ważnej informacji w swojej obronie pisać potajemnie. Jest prawdą, że był w domu pani F. w Kasinie Wielkiej. Po rozprawie sądowej w nowym Sączu jechał w tamtą stronę, a ponieważ była bez samochodu, skorzystała z okazji. Przy okazji zabrał antenę do owego przerobionego telefonu komórkowego, aby okazać na rozprawie.

- Z operatorem P. - zeznał adwokat - było zupełnie inaczej. To ja go znalazłem, zapytałem, czy pamięta taką przeróbkę w telefonie i czy zezna prawdę. On się zgodził.

Zdaniem prof. Widackiego obciążający go o wyniesienie z więzienia grypsu Łukasz Z. kłamał, gdyż „był rozmiękczony przez prokuratora”. A na ławę dla oskarżonych trafił po śledztwie nieuczciwym, tendencyjnym.

Bowiem Z., składając zeznania w sprawie Widackiego był w sytuacji dość szczególnej. Oskarżony o usiłowanie zabójstwa skorzystał z dobrodziejstwa art. 60 (współpraca z organami ścigania) w związku z czym wymierzono mu bardzo niską karę. Po uprawomocnieniu się wyroku Z. odwołał wcześniejsze wyjaśnienia. Wtedy prokurator wystąpił do SN z wnioskiem o wznowienie zakończonego postępowania. Przed rozprawą w SN Łukasz Z. był intensywnie przesłuchiwany w sprawie Widackiego - prokurator z Białegostoku dwa dni czekała, aż sobie przypomni jak to było z grypsem od Krzysztofa F.. I przypomniał sobie tak, jak oczekiwała prokuratura.

xxx

 

Kolejny zarzut postawiony Janowi Widackiemu, wiąże się z przesłuchaniami w komisji śledczej do zbadania zarzutów nieprawidłowości w nadzorze przedstawicieli skarbu państwa w spółce Orlenie, oraz wykorzystywania służb specjalnych w wywieraniu presji na członków zarządu tej spółki.

Konkretnie chodziło o nakłanianie w 2005 roku Marka Dochnala do powstrzymania się przed komisją śledczą od zeznań o Janie Kulczyku - kliencie profesora, jednym ze świadków w toczącym się na Wiejskiej postępowaniu. Zdaniem prokuratora mec. Widacki sterował zeznaniami lobbysty za pośrednictwem jego adwokata Ryszarda Kucińskiego.

Jan Widacki bronił się w sądzie, twierdząc, że jest to zarzut nielogiczny. Marek Dochnal, gdy stanął przez komisją śledczą, miał status podejrzanego w sprawie karnej. Mógł z tego tytułu odmówić składania zeznań. Gdyby nawet ktoś go uprzedził, aby nie odpowiadał na pytania, nie byłoby to nakłanianie do fałszywych zeznań.

- Ale to jest rozumowanie ad abstracum - wyjaśniał profesor - bo ja nie udzielałem Dochnalowi żadnych rad, niczego nie sugerowałem jego obrońcy. Z mec. Kucińskim rozmawiałem przez chwilę pierwszego kwietnia 2005 roku przy okazji spotkania w sądzie w Katowicach, gdzie występowaliśmy w procesie spółki węglowej. Tego dnia w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł z bardzo szczegółowymi informacjami ze śledztwa w sprawie Dochnala. Wymienialiśmy opinie głównie o tej publikacji.

Mec Kuciński pytany przez dziennikarzy jak to było, zasłaniał się tajemnicą adwokacką. Natomiast drugi pełnomocnik Marka Dochnala Piotr Kruszyński najpierw powiedział w TVN, że wie tylko o samym fakcie rozmowy w Katowicach, ale nie wie czego dotyczyła, a w pół godziny później, gdy występował w Wiadomościach TVP, była już mu znana jej treść.

-Od Dochnala wiem - oświadczył - że Kuciński powtórzył mu swą rozmowę z Widackim. Zatem, gdy pod koniec przesłuchania w komisji poseł Wassermann zapytał mojego klienta, czy ktoś próbował go namawiać do zmiany zeznań, on potwierdził że jego adwokat przekazał mu sugestię Widackiego.

Prof. Widacki przed sądem: - Nie wiem, jaką rolę odgrywał w tym mec. Kuciński, skoro zasłaniał się tajemnicą adwokacką. Ja początkowo rozumiałem to tak: on jest w niezręcznej sytuacji, bo Dochnal coś nakłamał przed komisją i teraz adwokat ujawniając prawdę, będzie szkodził swemu klientowi. Mimo to poprosiłem Ryszarda Kucińskiego o wysłanie do sejmowej komisji śledczej oświadczenia, oddającego prawdziwą treść naszej rozmowy w Katowicach. On rzeczywiście opisał jak było, ale ... świadomie nie wysłał tego na Wiejską.

Profesor przypuszcza, że ówczesny pełnomocnik Dochnala zupełnie inną wersję przedstawił rodzinie przetrzymywanego w areszcie lobbysty. Tak by wynikało z programu TVN „Teraz My”, w którym Marek Dochnal pytany o jego adwokata dał do zrozumienia, że rezygnuje z jego usług, bo zorientował się, że Kuciński jest agentem ABW.

Jak wynika z akt sprawy, ówcześni obrońcy Dochnala próbowali go wyciągnąć z aresztu za pomocą komisji śledczej. Ceną miały być zeznania obciążające Widackiego.

 

Xxx

 

Ten proces od początku jest naznaczony nieoczekiwanymi punktami zwrotnymi.

Zaczęło się od druzgocącej oceny aktu oskarżenia przez sędzię Barbarę Piwnik, która uznała, że prokuratura powinna uzupełnić istotne luki powstałe w czasie śledztwa. A mianowicie:

*Trzeba ustalić charakter kontaktów Sławomira R. z funkcjonariuszami zarządu CBŚ w Białymstoku, oraz tamtejszymi prokuratorami. Policjantów należy przesłuchać zwłaszcza na okoliczność, czy R. bezpośrednio po odwiedzeniu go w areszcie przez J. Widackiego informował ich o przebiegu tej wizyty. Wyłania się konieczność przesłuchania prokuratora PO w Białymstoku, celem wyjaśnienia jego kontaktów pozaprocesowych z R. Ma to istotne znaczenie dla właściwiej oceny zeznań R - ważnego świadka oskarżenia.

* Dla potrzeb sprawy trzeba ustalić, czy i jakim telewizorem dysponował R. w pierwszej połowie 2005 roku -czy mógł w tym czasie oglądać transmisję przesłuchań Dochnala przez komisję śledczą. R mówił w śledztwie, że inspiracją do napisania listu do Wassermanna była ta transmisja - a wiadomo skądinąd, że była ona utajniona.

Jeżeli faktycznie R. napisał 25 kwietnia 2005 r. list do Z. Wassermanna (a dotychczasowe ustalenia śledztwa nie wykazały, jak ten list dotarł na Wiejską) należy ustalić z kim i w jakim celu więzień kontaktował się telefonicznie w tamtym okresie. I w jakich okolicznościach jego list trafił do sekretariatu komisji śledczej.

*Konieczna jest analiza rozmów telefonicznych świadka koronnego Piotra W. w czasie, gdy był w areszcie śledczym w Białymstoku.

*Należy wyjaśnić przyczyny kilkakrotnych odwiedzin osadzonego w areszcie R. z mecenas Natalią Ołowską-Zalewską, która nie była jego pełnomocnikiem. Nie sposób zasadnie twierdzić, że spotkania w celi to „element wypełniania funkcji obrońcy M. Dochnala”. Nie bez znaczenia w tej sprawie jest opinia Gołki- funkcjonariusza CBŚ, który przedstawia panią adwokat jako „powiązaną partyjnie z posłem Wassermannem”.

*Ze względu na sprzeczność zeznań Zbigniewa Wassermanna, Piotra Kruszyńskiego, Doroty Kani, Aleksandry Dochnal i jej matki Barbary Pietrzyk niezbędne jest dokonanie konfrontacji.

Sąd nie zdążył uzupełnić materiału dowodowego, gdy zaczęła się przerywać linia oskarżenia.

Na zlepianym z różnych spraw akcie oskarżenia po raz pierwszy pojawiły się rysy, gdy Łukasz Z. po przyjrzeniu się młodej kobiecie, która siedziała w ławie oskarżonych obok profesora Widackiego powiedział, że widzi ją pierwszy raz w życiu. A była to Teresa F.

- Pan prokurator chyba mnie źle zrozumiał, albo ja nie doczytałem protokołu zeznania, które podpisałem. Bo na pewno nie powiedziałem, że mecenas dał mi gryps od F. do jego żony. A może się zagalopowałem, były naciski...

Również Teresa F. twierdziła, że mąż nigdy nie wysyłał jej grypsów. Tak samo brzmiało wyjaśnienie Krzysztofa F..

A oskarżenie było w dużej mierze zbudowane na zeznaniu Z…. Przed sądem tłumaczył, dlaczego kłamał - bo „był młody i głupi” i chciał się przypodobać niejakiemu Ł., z którego celą sąsiadował w więzieniu. To właśnie Ł. który miał coś do F. i Widackiego; dlatego podsunął mu pomysł z tym grypsem.

Sala sądowa była sceną przebaczenia, jakiego Krzysztof F. udzielił Łukaszowi Z. za pomówienie go. Powiedział: - Od kilku miesięcy jestem człowiekiem nawróconym, chrześcijaninem wyznania ewangelickiego i nie tylko wybaczam Z., ale i współczuję, bo został wkręcony przez Ł.

Natomiast żona F. poskarżyła się na szantażowanie jej przez śledczych z Białegostoku: Podczas przesłuchania była podpuszczana przez udającą życzliwość - na zasadzie kobiecej solidarności - panią prokurator, że powinna mieć pretensje do Widackiego, gdyż nie uratował jej męża od dożywocia. Gdy Teresa F. na to nie reagowała, padły ostrzeżenia - jeśli w prokuraturze w Nowym Sączu nie zezna co trzeba, będzie jeździć na przesłuchania do Białegostoku, a to kosztowna i fatygująca wyprawa. Męża można też przetransportować do więzienia na drugi koniec Polski... Ta rozmowa nie była protokołowana.

Kim jest Łukasz Z.?

Bandytą, który dla rabunku napadł na plebanię. Handlarzem narkotyków. W 2004 r. został oskarżony, że z więzienia wysłał grypsy do członka znanej w nowosądeckim mafii, aby zamordował niejakiego Ż. - wspólnika oszukującego w interesach narkotykowych. Pośrednikiem w przesyłaniu tych grypsów miał być więzień Ł. który się chwalił, że ma na wolności ludzi wypełniających jego polecenia.

Do mordu nie doszło, bo o knowaniach dowiedziała się policja. (To Ł. o wszystkim doniósł prokuraturze). Z. w areszcie zadeklarował współpracę z organami ścigania, licząc na nadzwyczajne złagodzenie kary.

W sprawie grypsu od F. rzekomo przeniesionego przez mecenasa, tylko Ł. konsekwentnie podtrzymywał, że Z. w więzieniu opowiedział mu prawdę. Świadek, ubrany w czerwony kombinezon dla niebezpiecznych więźniów chełpił się na sali sądowej jak współpracując z prokuraturą w sprawach płatnych morderstw wskazywał gdzie są zakopane zwłoki ofiar bandy niejakiego Chowańca. Z F. nie lubią się od czasu, gdy zlecił mu - wspólnie ze słynnym Chowańcem - zabicie adwokata, który nie wywiązał się z obrony. - „Ja miałem go zlikwidować - zeznał Ł. - Ale nie zrobiłem tego, poszedłem na współpracę”.

W aktach sprawy jest opinia psychologów o Ł.: „Skłonność do okrucieństwa, chorobliwa tendencja do opowiadania nieprawdziwych historii. Nie jest w stanie odróżnić prawdy od zmyśleń. Miał pięć prób samobójczych podcinania sobie gardła”.

Taki to m. in. świadek posłużył prokuraturze do zbudowania aktu oskarżenia przeciwko J. Widackiemu.

 

xxx

 

Przełom w toczącym się procesie sądowym nastąpił trzy miesiące później, gdy przyszła kolej na świadka Sławomira R., pseudo „Woźny”, którego Jan Widacki miał namawiać w areszcie w Białymstoku do złożenia kłamliwych zeznań, wspierających linię obrony klienta mecenasa przed sądem apelacyjnym.

Gdy sędzia odczytała R. jego zeznania przed prokuratorem oświadczył, że „w 99 procentach nie są zgodne z prawdą”. Mecenas niczego mu nie dyktował, ani niczego za złożenie oświadczenia nie obiecywał. Nie było nacisków, żadnych gratyfikacji za przysługę. Pieniądze owszem dostał, ale nie od Widackiego i teraz nie chce więcej na ten temat mówić. Kłamstwa w śledztwie to wynik zaangażowania się w oskarżenie mecenasa „wielu osób na wysokim szczeblu z szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości, polityki, z mediów”. Zależało im na przedstawieniu pełnomocnika Kulczyka jako człowieka powiązanego z mafią pruszkowską, co by wskazywało, że takimi ludźmi otacza się znany biznesmen.

- Ja o zabójstwie „Pershinga” wiedziałem tylko tyle - zeznał „Woźny” - co mnie poinstruował Piotra W. (To świadek koronny, siedział w jednej celi z R.. Gdy przed laty osądzano zabójstwo członka mafii pruszkowskiej, obciążył Mirosława D. klienta Widackiego).

Pod koniec rozprawy Sławomir R. podsumował swe nowe zeznania - zostałem wykorzystany do oczernienia pana Widackiego. Poszedłem na ten układ i teraz boję się o swoje życie.

To wywołało kolejne pytania sędzi:

- Czy w trakcie przesłuchań w prokuraturze żądał pan sprostowania protokołów z zeznań?

Świadek: - Prokurator na mnie żadnych treści nie wymuszał. Ja przyjeżdżałem na gotowca. Zanim włączono magnetofon, pytali mnie, czy zrozumiałem, o co chodzi. Proszę sprawdzić, jak często były przerwy. Gdyby zrobiono badanie fonoskopijne tych nagrań, wyszłyby podszepty, podpowiedzi: to zmień, tamto powiedz inaczej. Instruowali mnie, gdy coś wychodziło nie w ten deseń.

Sędzia - Czy może pan przybliżyć krąg osób którym zależało, aby pan zeznawał według ich instrukcji?

- Konkretnie nie mogę, bo się boję. Musiałbym zacząć od szefów służby więziennej, dalej prokuratorów, adwokatów, po zasiadających w sejmie. Jest też wśród nich członek komisji, który bardzo naciskał, abym uprawdopodobnił zeznania Dochnala dotyczące Kulczyka. Bo mieli tylko słowo na słowo, więc potrzebowali kogoś, kto bezpośrednio spotykał się z Widackim. A że ja byłem podsłuchiwany, odczekali trochę i zaczęły się do mnie wycieczki z tych kręgów, żebym obciążył mecenasa.

Na kolejnej rozprawie R. wyjaśniał, jak konkretnie został użyty do oskarżenia Widackiego:

- Zaczęło się od tego, że gdy siedziałem z W., miałem telefon komórkowy i w pewnym momencie zadzwonili do mnie ludzie, którzy chcieli obciążyć profesora.

Sąd: - Gdzie znajdował się świadek wykonując połączenia z telefonu komórkowego ?

- Leżałam sobie na łóżku.

Sąd - Czy świadek mógł dzwonić leżąc w celi na łóżku o każdej porze dnia i nocy?

- Praktycznie tak.

R. twierdził, że został szczegółowo poinformowany, co Dochnal zeznawał na niejawnym posiedzeniu komisji śledczej. Opowiedziano mu wiele szczegółów o zachowaniu tego lobbysty w areszcie w Piotrkowie Trybunalskim - np. że na jego życzenie służba więzienna sprowadzała specjalne serki. Ale uczono go, żeby do protokołu zeznań nie podawał konkretów, bo się pomyli i później może to być przez kogoś podważane.

Wiele pytań sądu dotyczyło wysłanego przez więźnia R. listu do posła Wassermanna.

- To nie do końca było pisane przeze mnie - zeznał „Woźny” - słowa z listu: „Każdy może sprawdzić, że był u mnie mec. Widacki na tzw. widzeniu jako posłaniec” nie są moje. Przy pisaniu był ktoś obecny, ale nie powiem kto, bo się boję. To nie ja szukałem kontaktu z Wassermannem; komisja ds. Orlenu mało mnie interesuje.

Sędzia Małgorzata Wasylczuk wielokrotnie tłumaczyła świadkowi, że sąd musi wiedzieć, dlaczego zmienił stanowisko.

„Woźny” wyraźnie bał się ujawnić kulisy zmiany swego postępowania. Na wiele pytań, nie tylko sędzi, również oskarżonego profesora, odpowiadał wymijająco. Ale nawet z tych enigmatycznych odpowiedzi intryga wokół Widackiego rysowała się coraz wyraziściej.

Wyglądało na to, że miała w tym swój udział dziennikarka śledcza Dorota Kania, której odwiedziny Sławomira R. w białostockim więzieniu zostały odnotowane jako „widzenie z adwokatem”.

- Czy świadek się domyślił - zapytał z ławy dla oskarżonych Jan Widacki - że ona jest dziennikarką?

- Wcześniej ktoś był u mnie i powiedział, że będzie taka wizyta i po co jest potrzebna. Nie odpowiem na pytanie, ile było tych odwiedzin. Ani kiedy była u mnie ostatni raz..

Sędzia - Jak Dorota Kania przedstawiła się panu?

Sławomir R. - Nie mówiła, jaki zawód wykonuje, reprezentowała Marka Dochnala.

- Czy składała obietnice?

- Nie mogę na to odpowiedzieć.

- Czy poza bezpośrednim kontaktem z Dorotą Kanią były też kontakty telefoniczne?

- Nie chciałbym mówić na ten temat, ani czy kontaktowali się ze mną redaktor Marszałek i mecenas Kruszyński.

„Woźny” nie odpowiadał jasno, ale podsuwał tropy. Na rozprawę przygotował plik pism o tym, jak przed rokiem, gdy próbował dotrzeć z nową prawdą do gazet, niespodziewanie wywieziono go do zakładu karnego w Strzelcach Opolskich. Tam został okradziony i pobity przez służbę więzienną.

- Dawano mi do zrozumienia: - nie próbuj kombinować, masz potwierdzić to, co złożyłeś przed prokuratorem. A jak nie, to się powieś - zeznał na procesie.

 

Xxx

 

Czy można mu wierzyć? Dwukrotnemu mordercy, gwałcicielowi dziecka? Wcześniej wiarygodność R. starał się podważyć obrońca profesora występując do sądu o dopuszczenie dowodów z wyroków Sądu Okręgowego w Białymstoku. Chodziło o sprawę Lecha K., w której doniesienie o przestępstwie złożył i głównym świadkiem oskarżenia był właśnie Sławomir R. Wtedy „Woźny” pomawiał K. o podżeganie do zabójstwa. Sąd oskarżonego uniewinnił.

R. nie był też obcy szantaż.

Na procesie zeznawała matka handlarza narkotyków z Łomży, który dostał 25 lat za zabójstwo popełnione wspólnie z R. Twierdziła, że „Woźny” z więzienia terroryzował telefonami całą ich rodzinę. (Kobieta nagrywała te rozmowy). R. obiecywał, że jeśli wpłacą mu na konto 60 tys. dolarów i dostarczą do celi narkotyki, napisze do sądu apelacyjnego takie zeznanie w sprawie morderstwa, że wnuczek, którego wychowują dziadkowie, szybko zobaczy na wolności swego ojca.

Również oskarżona Małgorzata D. (ta, która w obronie swego męża przed sądem apelacyjnym namówiła mec. Widackiego aby skontaktował się z R., bo ponoć świadek koronny Piotr W. przekazał mu rewelacyjne dowody na korzyść skazanego) zeznała, że R. domagał się od niej pieniędzy za kontakt z red. Anną Marszałek i informacje od W.

Wiele też mówi o osobowości R. list, jaki 24 kwietnia 2005 roku (czyli w przeddzień napisania do Wassermanna) wysłał do prokuratora Jarosława Walędziaka w Białymstoku:

„Proszę mnie nie traktować jak mało rozgarniętego cwaniaczka.(…) Ja jestem nieprzystosowany do życia na wolności, ale należę do tego gatunku, że poznaję ludzi udając idiotę lub prowokując w taki czy inny sposób. (...)Jeśli wyobraża pan sobie że będzie mnie prowadzić na krótkim łańcuchu jak psa to muszę powiedzieć że może, a raczej na pewno tak nie będzie.

Czego chcę? Otóż doskonale pan wie, bo mówił pan że ma problemy ze sprawa Widackiego. (...) Nie lubię stawiać warunków, ale mówię panu oficjalnie, jaka jest sytuacja. Proponuję mnie raz wysłuchać do końca. Bo to, że skleci pan akt oskarżenia, to później może się odbić panu czkawką pomimo. Tak, że po raz ostatni proszę pana abym chociaż psychicznie mógł się odbudować, bo mówiąc otwarcie nie będzie tak że będzie pan lekceważył moje nazwijmy to prośby i oczekiwał w zamian świadczeń. Albo zacznie pan słuchać to, o czym mówię i postara się pan zadziałać albo proszę nie liczyć na mnie jako świadka”.

 

Xxx

 

W dniu, gdy „Woźny” odwoływał swoje zeznania w śledztwie, wspomniał o odwiedzinach w więzieniu dwóch posłów z komisji śledczej. Ale nie chciał odpowiedzieć na pytanie, czy te spotkania były wcześniej aranżowane. Podał natomiast nazwisko jednego z gości - Wassermann.

Poseł temu ironicznie zaprzeczał: - Nie odwiedziłem Sławomira R. (z trudem przyszło mu przypomnienie sobie tego nazwiska) ani w więzieniu, ani na Kamczatce, ani na Antarktydzie. Ja w tej sprawie odegrałem tylko rolę skrzynki pocztowej.

Następnie przez dwie godziny Wassermann przekonywał sąd, że list Sławomira R. był dla prezydium komisji śledczej inspiracją do zawiadomienia prokuratury.

Ale trzy lata temu w śledztwie historię owego listu przedstawił inaczej. Ujawnił wówczas, że list „Woźnego” przekazał obrońcy Dochnala - mec. Piotrowi Kruszyńskiemu. Współpracująca z Kruszyńskim Natalia Ołowska-Zalewska złożyła R. wizytę w białostockim areszcie. Oto, co zeznała w śledztwie: - W czerwcu 2005. r. autor listu szukał kontaktu z pełnomocnikiem Dochnala. Postanowiłam odwiedzić go w areszcie. Nie mogę powiedzieć, czego się dowiedziałam w trakcie tej rozmowy - w każdym razie R. pokazał mi wizytówkę Widackiego. Ogólnie sprawiał wrażenie osoby wiarygodnej - takiej, która nie ma nic do stracenia i może sobie pozwolić na luksus bycia szczerym. Choć z drugiej strony miałam wrażenie, że obawiał się następstw ujawnionych mi informacji. Współczuliśmy mu. Wysłałam mu paczkę.

Potem, jak zeznał sam gangster, wydzwaniał do pani mecenas z aparatu, który mu donosił funkcjonariusz służby więziennej.

Następnie do uwięzionego R. pofatygowała się Dorota Kania. Przed sądem twierdziła, że list R. dostała „od kogoś z komisji”. Ale nie omieszkała się pochwalić swymi zażyłymi relacjami ze Zbigniewem Wassermannem.

- Nie powinna go otrzymać i nie otrzymała - zaprzeczył w sądzie poseł.

Jest też wiele sprzeczności w zeznaniach wokół sprawy Dochnala.

Oskarżony lobbysta mówił w sądzie o knowaniach służb ABW przeciwko niemu. Zarzucał swemu byłemu pełnomocnikowi Ryszardowi Kucińskiemu kradzież 2 mln zł (śledztwo w toku). I celową opieszałość drugiemu obrońcy – prof. Piotrowi Kruszyńskiemu: „najdłuższy dokument, jaki wytworzył w sprawie, to czterostronicowy prywatny list, w którym tłumaczy, że opinie, jakoby nic nie robił, są krzywdzące, bo się bardzo starał”..

Mec. Kruszyński zeznał w śledztwie (a także w wywiadzie przeprowadzonym przez red. Kanię w „Życiu Warszawy”), że w kwietniu 2005 roku w kancelarii R. Kucińskiego był świadkiem rozmowy prowadzonej przez tego adwokata z Aleksandrą Dochnal, żoną aresztowanego lobbysty. Kuciński twierdził, że skontaktował się z nim prof. Widacki i przekonywał o celowości takiego postępowania M. Dochnala przed komisją śledczą, aby nie zaszkodziło Kulczykowi. Natomiast red. Kania powiedziała Kruszyńskiemu, że Widacki nie po raz pierwszy nakłania kogoś do fałszywych zeznań.

- Zdaję sobie sprawę - oświadczył w śledztwie Piotr Kruszyński - że naruszam tajemnicę adwokacką. Mam jednak obowiązek bezwzględnego działania na korzyść mojego klienta Marka Dochnala od którego wiem, że Kuciński powtórzył mu treść rozmowy z Widackim. (...) Nie wiem, czy taka rozmowa rzeczywiście miała miejsce, oceniam to 50 na 50 proc.

Przed sądem Dochnal postrzegał przesłuchanie go w kwietniu 2005 roku przez komisję orlenowską jako intrygę ABW: - Polegała na tym, żeby dwa ptaszki ustrzelić jednym śrutem; mnie i Widackiego.

Twierdził, że w swoich aktach znalazł dowody na współpracę Kucińskiego z tajnymi służbami :- To bardzo mało prawdopodobne, by sam był autorem odpalenia tej bomby.

Świadek, a następnie jego żona i teściowa wiele mówili o postawie Doroty Kani, która powołując się na znajomości w pałacu prezydenckim i w rządzie wkradła się w łaski jego najbliższej rodziny. Rewanżem za przeniesienie sprawy Dochnala z „czerwonej łódzkiej prokuratury” do Katowic (co ostatecznie okazało się niedźwiedzią przysługą, bo organy śledcze na Śląsku były całkowicie podporządkowane ministrowi Ziobrze), było zasilanie dziennikarki w pożyczki. Udokumentowana kwota to 245 tys. zł. (Po usilnych staraniach teściowej Dochnala Kania pieniądze zwróciła po roku, ale ma zarzut powoływania się na wpływy).

Kompromitująco dla znanej dziennikarki śledczej zabrzmiały zeznania przed sądem Barbary P. :

- Dorota Kania przychodziła do mojej córki załamanej po aresztowaniu zięcia i dawała do zrozumienia, że rozmawiała o tej sprawie z Kaczmarkiem i Ziobrą a także z Marysią - tak się wyrażała o prezydentowej Kaczyńskiej. Często powoływała się na znajomość z funkcjonariuszami służb specjalnych. „Wiem to od chłopaków - zwykła mówić. Gdy prosiła o pożyczenie dużych sum pieniędzy, córka bała się jej odmówić, żeby nie pogorszyć sytuacji męża. Po upływie roku często telefonowałam do Kani z prośbą o zwrot pieniędzy notabene pożyczonych bez procentu. Na prośbę reagowała nerwowo, choć ostatecznie, wobec mej nieustępliwości, oddała pożyczkę. Po wyborach zaczęła się od nas odcinać. Czujemy się z córką cynicznie wykorzystane. To, co przedstawia w mediach, że pieniądze otrzymała za moim pośrednictwem jako właścicielki biura nieruchomości, jest kłamstwem.

Dorota Kania zaprzeczyła. Sędzia zapowiedziała konfrontację zeznań świadków z trójkąta: żona Dochnala, dziennikarka Kania i mec. Kruszyński.

Wcześniej doszło do konfrontacji Zbigniewa Ziobry z Januszem Kaczmarkiem byłym prokuratorem krajowym. Nazwiska tych prominentów od samego początku pozostają w tle sprawy prof. Widackiego. Również zbrodniarz Sławomir R. odwołując swe zeznania, w niejasny sposób sugerował związek obu ówczesnych przedstawicieli najwyższego szczebla organów ścigania z aktem oskarżenia przeciwko profesorowi.

Przed sądem R. zeznał: -Formalnie żadnych wniosków do ministra sprawiedliwości czy prokuratora generalnego nie pisałem. Ale osoby, które się ze mną kontaktowały, twierdziły, że Ziobro i Kaczmarek zapoznają się z moją sprawą i na pewno nie pozostawią jej bez odzewu. Ale nie mogę powiedzieć, czy mec. Natalia Ołowska-Zalewska miała być moim pełnomocnikiem.

- Z tego, co świadek powiedział - dociekał na rozprawie Jan Widacki - wynika, że prokurator krajowy lub minister sprawiedliwości, czy jeden z nich, robili panu nadzieję na wznowienie postępowania w pana sprawie karnej. Czy tak?

R. jak zwykle tajemniczo i dość nieskładnie: - Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Tak, był to prokurator, ale nie mogę odpowiedzieć jak się nazywa osoba, z którą miałem bezpośredni kontakt. Chętnie bym powiedział, ale nie mogę. Ja nie miałem bezpośredniego kontaktu ani z panem ministrem Ziobro ani z panem Januszem Kaczmarkiem.

Sławomir R. został też zapytany, czy wie, kto był rzeczywistym autorem listów, jakie otrzymywał od mec. Natalii Ołowskiej-Zalewskiej?

- Nie odpowiem na pytanie - świadek wił się jak piskorz - czy to była osoba z kancelarii tej adwokatki, czy np. z jakichś służb, bo musiałbym wszystko rozwijać. Powiem tak: Nic się nie działo przypadkowo. Tak samo jak treść moich listów do pani mecenas. One miały zawierać takie czy inne prośby, o odpowiednim wydźwięku...

W tym momencie sędzia okazała świadkowi kopertę i list pisany przed odwołaniem przez R. jego zeznań w śledztwie - głównego budulca aktu oskarżenia J. Widackiego .

R: - Tak, to jest mój list do pani Ołowskiej-Zalewskiej. Chciałem, żeby ta pani jako pośrednik, uczestnik pewnych rozmów po prostu wywiązała się z tego, o czym z nią i wymienionymi tam osobami rozmawiałem, zanim zacznę zeznawać.

Zbigniew Ziobro na pytanie sądu, czy miał jakieś kryteria, którymi się kierował przy nadzorowaniu spraw z wysokości urzędu prokuratora generalnego odpowiedział, że traktował swą rolę bardzo poważnie. Jeśli sprawa była głośna medialnie, to znaczy, że była poważna, więc go interesowała. Ale to Janusz Kaczmarek podpisał decyzję o przeniesieniu śledztwa przeciwko Dochnalowi z Łodzi do Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach. (W listopadzie 2007 r. tuż po przegranych przez PiS wyborach).

Dlaczego właśnie do Katowic?

Zbigniew Ziobro: - Rozważaliśmy tę prokuraturę jako cieszącą się moim uznaniem a i takie były, jak podejrzewam, sugestie Janusza Karczmarka.

Świadek raz po raz napomykał, że wiele faktów mogło już mu się zatrzeć w pamięci. Na przykład nie był w stanie podać ówczesnego nazwiska obrońcy Dochnala.

- Zdaje się, że to byli mec. Kruszyński i Natalia Ołowska-Zalewska - potwierdził podpowiedź sędzi. - Wydaje mi się, że z panią mecenas rozmawiałem osobiście - dodał.

Na jaki temat?

- Dotyczyło to niewłaściwej postawy prokuratorów w Łodzi wobec aresztowanego Marka Dochnala. Zdaniem pani mecenas, Dochnal gotów był współpracować ze śledczymi w Łodzi, ale oni nie byli tym zainteresowani.

Sąd: - Czy z tego spotkania sporządzono notatki?

- Nie.

- Czy w trakcie tego spotkania były jakieś rozmowy o uchyleniu aresztu dla Dochnala za współpracę?

Ziobro:- Nie pamiętam, ale mogła być taka możliwość.

- A czy nie przeszkadzało panu - zapytał adwokat Widackiego - że jest to spotkanie prokuratora generalnego z obrońcą podejrzanego, który został pozbawiony wolności?

Ziobro w pierwszym odruchu: - Nie przeszkadzało.

Po chwili dodał: - To były początki mojej pracy w tej funkcji, potem doszedłem do wniosku, że trzeba unikać takich sytuacji. Ale w ogóle, ja w sprawie Widackiego nie wykazywałem większego zainteresowania.

Mimo tej deklaracji sędzia chciała wiedzieć, czy w czasie postępowania przygotowawczego Zbigniew Ziobro pozostawał w jakimś sporze z Janem Widackim?

Świadek: - Pan Widacki nie był główną postacią polityczną, z którą toczyłem spór.

Inaczej kwestię przedstawiał Janusz Kaczmarek: - Ziobro polecił mi, abym pojechał do Jarosława Kaczyńskiego wówczas szefa PiS i wytłumaczył, dlaczego prokurator w Białymstoku chroni wszystkich, poza zwolennikami PiS, bo taka dotarła do niego opinia od posła Wassermanna. W tym kontekście wymieniane było nazwisko Widackiego. Innym razem, gdy była mowa o układach, Jarosław Kaczyński, wtedy już premier, nazwał Jana Widackiego „kwintesencją układów”.

Zdaniem Kaczmarka przekazanie sprawy Marka Dochnala do Katowic wyglądało następująco:

- Była interwencja adwokata Kruszyńskiego u Ziobry, że prokuratura w Łodzi niewłaściwie prowadzi postępowanie - podejrzany chce skorzystać z art. o świadku koronnym i wtedy ujawni rewelacje o tajnych kontach lewicowych polityków i kulisach prywatyzacji sektora paliwowego, a oni nie są zainteresowani. Były też rozmowy na ten temat z mec. Ołowską-Zalewską. To Ziobro faktycznie zdecydował o przeniesieniu sprawy do prokuratury katowickiej, zaufanej jednostki ówczesnego ministra sprawiedliwości.

Ponieważ w sprawę o przeniesienia (które, przypomnę, Dochnalowi bardzo wyszło bokiem- HK ) zaangażowana była też Dorota Kania, sędzia zapytał obu świadków, jak oceniali to pośrednictwo.

Zbigniew Ziobro: - Z Dorotą Kanią znam się od dłuższego czasu, ale w okresie, o którym w sądzie mowa, moje relacje z tą dziennikarką nie były intensywne. O przekazaniu sprawy Dochnala innej prokuraturze nie rozmawiałem.

Janusz Kaczmarek zeznał, że miał do Kani jako dziennikarki śledczej pełne zaufanie. Ale nie mógł nie zauważyć, że chwaliła się swymi znajomościami z Kaczyńskimi. Osobiście przekonał się, że istotnie miała dojścia do pałacu: Kiedyś poinformowała go, że do prokuratora generalnego wpłynie list od prezydentowej w sprawie przetrzymywania w areszcie ciężarnej księgowej z firmy Dochnala. Rzeczywiście, taka korespondencja wkrótce nadeszła. Jedyną reakcją na nią prokuratora generalnego mogło być uchylenie aresztu.

 

xxx

Po pięciu latach od postawienia zarzutów dobiegł końca proces Jana Widackiego.

Prokurator Jarosław Walędziak zażądał dla oskarżonego półtora roku pozbawienia wolności w zawieszeniu, zakazu wykonywania zawodu adwokata przez dwa lata oraz grzywny. - Materiał dowodowy przemawia – przekonywał sąd - że wszyscy oskarżeni są winni zarzucanych im kryminalnych czynów.

Obrońcy w bardzo detalicznych analizach wskazywali, że przy sięganiu przez prokuratora po „owoce drzewa zatrutego”, czyli obciążające zeznania przestępców (np. świadków koronnych, lub zabiegających o taki status) musi być pewna bariera, przy której organy ścigania się zatrzymają, aby nie wejść w te same koleiny, którymi chodzą stosują kryminaliści.

Mec. Marian Hilarowicz adwokat z urzędu D. zaczął od przypomnienia „oczywistej prawdy, która nie zdołała przebić się do świadomości prokuratora”. To prawda kodeksowa, aby odpowiedzialności nie poniosły osoby niewinne. - Sąd – powiedział - nie jest od poszukiwania dowodów na poparcie aktu prokuratorskiego. Chciałbym doczekać się chwili, gdy na ławie oskarżonych będą osoby odpowiadające za nierzetelny sposób prowadzenia śledztwa.

Prof. Jan Widacki w ostatnim słowie krok pokazywał, jak w jego sprawie działała prokuratorsko CBŚ- owska machina „napędzana lizusostwem, serwilizmem, podłością i głupotą”. Wskazał tych, którzy ją uruchomili – gotowych na wszystko policjantów, prokuratorów i media.

- Prowadząca sprawę pani prokurator Malczyk jeździła do zakładów karnych w Pińczowie i w Nowym Sączu, żeby rozmawiać z osadzonymi tam kryminalistami, którzy rzekomo mieli jakieś przeciwko mnie materiały. W Nowym Sączu rozmawiała z Łukaszem Z. odsiadującym karę za zabójstwo bronią palną. Ponieważ sypnął kompanów, zastosowano wobec niego nadzwyczajne złagodzenie kary, został potraktowany jako tzw. mały świadek koronny i dostał cztery i pół roku.

W czasie pierwszego przesłuchania o żadnych grypsach ode mnie nie słyszał. Prokurator wróciła więc do niego po dwóch dniach. A on oświadczył – o tak, przemyślałem, Widacki przenosił grypsy.

Z akt podręcznych wiem, że ta pani razem ze swoim szefem wykonali wielki trud, tam jest kilkanaście pism, żeby Łukasza Z. przenieść z Nowego Sącza do Wadowic. Zgodnie z jego życzeniem. Bo w Nowym Sączu siedział razem z tymi, których obciążył i w związku z tym nie wychodził ani do łaźni, ani na spacer, tkwił w celi…

W swym ostatnim słowie profesor wspomniał też o anonimie (który przekazał sądowi), podpisanym per „prokurator prokuratury białostockiej”. Jego autor pisał, że prokurator Malczyk nie chciała stawiać Widackiemu zarzutu. I nawet płakała, żaliła się swoim współpracownikom. - Ale naciskał na nią prokurator apelacyjny, dostała obietnicę awansu na szefową prokuratury okręgowej i przestała płakać, zrobiła, czego od niej oczekiwano- zakończył ten wątek oskarżony.

Co do pomówień Sławomira R.

- Można by długo rozważać motywacje tego przestępcy, wieloletniego więźnia – wywodził oskarżony - dlaczego mnie obciążył. Prawidłowa analiza dowodów już na etapie postępowania przygotowawczego powinna pokazać, że zeznania R. są niewiarygodne.

Wytłumaczenie jest proste. Dzięki przysłudze wyświadczonej prokuratorowi był szczególnie dobrze traktowany w celi, odwiedzany przez dziennikarkę, przez mecenas, która go wynagradzała, miał kontakt ze światem, czuł się ważny… W sytuacji, gdy ze strony innych więźniów otaczała go pogarda a nawet czuł się zagrożony (donosił na nich i miał na sumieniu zgwałcenie dziecka) miało to duże znaczenie.

Na logikę nie sposób przyjąć, że ktoś z moim adwokackim doświadczeniem i wiedzą pojechał do kryminalisty, aby podżegać go do kłamstwa nie mając pewności, czy tam nie ma podsłuchu! Rzecz ciekawa -zginął zapis monitoringu tego spotkania; akurat ten, choć zachowały się poprzednie i następne.

Profesorowi zadrżał głos, gdy przypomniał okoliczności oskarżenia go o przestępstwo kryminalne (jak z lubością powtarzał prok. Jarosław Walędziak) – jego syn, który akurat pisał próbną maturę dowiedział się z telewizora, że ojciec jest związany z pruszkowską mafią.

- Ale w czasie procesu sądowego – oskarżony stłumił emocje, zmierzał do pointy - nie udało się znaleźć związku mojej działalności ze światem przestępczym. Z tzw. układem. Jednakże taki układ rzeczywiście istnieje. Polityków, biznesmenów, bo tam pojawił się Dochnal i jego adwokaci, kryminalistów, prokuratury, sprzedajnych mediów… Okazało się, że w całym tym towarzystwie najwięcej przyzwoitości i godności mieli kryminaliści, którzy walczyli o sprawy dla nich życiowe. A gdy zorientowali się, że są manipulowani, oszukani, przeprosili mnie wychodząc z sali sądowej.

I kto tu był bliżej moralnego dna?

 

xxx

 

Jan Widacki został całkowicie uniewinniony, podobnie jak pozostałe osoby w ławie oskarżonych.

Sędzia Małgorzata Wasylczuk uzasadniając wyrok już nie nawiązywała do politycznych układów. Punkt po punkcie z żelazną logiką prawnika odrzucała dowody prokuratorskie. - W ocenie sądu żaden z dowodów w postępowaniu przygotowawczym nie utrzymał się. Najwyższym nadużyciem okazało się korzystanie ze świadka koronnego. Sprawa przeciwko Janowi Widackiemu ujawniła szereg nieprawidłowości w instytucjach państwa - aresztach, prokuraturze oraz w korzystaniu z zeznań tzw. skruszonych przestępców.