Całkowicie niewinny

- Honor polskich lekarzy został uratowany – powiedział do dziennikarzy prof. dr hab. Jan Podgórski, po wyjściu z sali rozpraw Izby Wojskowej SN. Wybitny neurochirurg oraz dwaj jego koledzy po fachu usłyszeli od sędziego zamykającego rozprawę: - Zostaliście panowie prawomocnie uniewinnieni od wszystkich zarzutów.

O procesie sądowym prof. Podgórskiego byłego dyrektora Wojskowego Instytutu Medycznego przy ul. Szaserów (dawniej Centralnego Szpitala Klinicznego WAM), kierownika Kliniki Neurochirurgii, oskarżonego o łapówkarstwo i fałszowanie dokumentacji medycznej pisałam w roku 2010 w I tomie „Warszawy Kryminalnej”.

Dramat profesora spotęgowało publiczne oskarżenie go w 2007 r. przez ówczesnego szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Na konferencji prasowej poinformował o zatrzymaniu „generała wojska Jana P., organizującego najgroźniejszym przestępcom w Polsce dokumentację medyczną”. Jednym z tych mafiosów miał być słynny Andrzej Z. pseudo „Słowik”.

Już w pierwszej instancji przed Wojskowym Sądem Okręgowym udowodniono, że nie było żadnego procederu załatwiania fałszywych zaświadczeń przestępcom. Neurochirurg rzeczywiście badał „Słowika”, ale w areszcie, za zgodą tamtejszej administracji. Kolejni specjaliści potwierdzili diagnozę profesora o dyskopatii i gangster był operowany w szpitalu MSWiA.

Akt oskarżenia został zbudowany na anonimie i obciążających zeznaniach Jarosława R. z Suwałk, człowieka z marginesu społecznego, skazanego w tym czasie za oszustwa. Twierdził on, że dawał doktorowi Podgórskiemu łapówki w wysokości „100 albo 2 tys. zł”. Potem okazało się, że przed konfrontacją, na której miał rozpoznać lekarza, funkcjonariusze CBA pokazali świadkowi, jak wygląda Jan Podgórski. W nagrodę za fałszywe zeznania Jarosław R. został zwolniony z więzienia. Nie przyszedł już na żadną rozprawę. Jest ścigany listem gończym za kolejne oszustwa.

Po ogłoszeniu wyroku uniewinniającego Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie złożyła odwołanie i sprawa stanęła przed Izbą Wojskową Sądu Najwyższego.

- Twierdzenia prokuratora o spójności zeznań świadka Jarosława R. nie mają sensu - ocenił wartość głównego materiału dowodowego przewodniczący składu sędziowskiego SN Wiesław Błuś. Izba Wojskowa SN oddalając apelację oskarżyciela publicznego uznała, że jest ona jedynie pozbawioną argumentów prawnych publicystyczną polemiką z wyrokiem I instancji i nie zasługuje na uwzględnienie.

W kilkudziesięciostronicowym uzasadnieniu sędzia SN wykazał jak stronniczo, tendencyjnie, z pogwałceniem prawa, prokuratura usiłowała doprowadzić do skazania niewinnego człowieka.

Ta stronniczość z prawnego punktu widzenia (SN z natury rzeczy nie zajmował się politycznymi aspektami procesu prof. Jana Podgórskiego) przejawiała się w ignorowaniu ustaleń sądu pierwszej instancji.

Na przykład: Wojskowy Sąd Okręgowy stwierdził w trakcie procesu zasadnicze rozbieżności w wyjaśnieniach Roberta J., który w śledztwie pomówił prof. Podgórskiego. Prokurator pisząc apelację nie tylko ten fakt pominął, ale gołosłownie uznał, że wyjaśnienia J. są wiarygodne.

Podobną stronniczość SN dostrzegł w potraktowaniu przez prokuratora zeznań owego przestępcy z Suwałk na temat jego pobytu w szpitalu przy ul. Szaserów. Również w tym przypadku podniesiono w apelacji wiarygodność świadka. A przecież w konfrontacji z prof. Podgórskim plątał się w zeznaniach, było oczywiste że kłamie.

Na pytanie, ile razy wręczał pieniądze neurochirurgowi z Szaserów R. twierdził, że na pewno trzy razy. („Kojarzę, że to było dwa razy w po 1000 zł i raz 2000 zł.”). Ale na kolejne pytanie o okoliczności wręczenia trzeciej łapówki zeznał, że nie jest pewien, jaka to była kwota - minimum 100 zł, ale mogło być 2 tysiące. Nie można było tego zweryfikować w czasie procesu sądowego, bo R. się ukrywał, ścigany listem gończym.

Prokurator, niewątpliwie zdając sobie sprawę z niewiarygodności przestępcy z Suwałk usiłował wesprzeć te pomówienia zeznaniami dr Ryszarda J., składanymi w czasie postępowania przygotowawczego. Ale przed sądem Ryszard J. odwołał w znacznej mierze to, co powiedział w śledztwie. Wyznał, że straszono go - oficer Żandarmerii Wojskowej, który umawiał się z nim na rozmowę w pokoju hotelowym (!) uprzedził, że jeśli nie będzie „współpracował”, zamkną go w areszcie. Z pewnością nie sprzyjało to swobodzie wypowiedzi w czasie śledztwa. Mimo to prokurator twierdził, że „ brak jest racjonalnych powodów, które by uzasadniały oparcie się sądu na zeznaniach tego świadka złożonych w czasie rozprawy głównej (co w konsekwencji oznaczało odrzucenie zeznań świadka Jarosława R).

Kolejny z zarzutów w apelacji dotyczył uniewinnienia prof. Jana Podgórskiego od przestępstwa wystawienia „lewego” zaświadczenia lekarskiego Andrzej Z.

SN zaznaczył w uzasadnieniu wyroku, że wprawdzie profesor uchybił obowiązkowi prowadzenia dokumentacji medycznej przyjęć ambulatoryjnych, ale nie oznacza to, że wystawiał zaświadczenia niezgodne prawdą. Wezwani na świadków lekarze z Wojskowego Instytutu Medycznego potwierdzali, że nim wprowadzono obieg informatyczny w szpitalu nie rejestrowano udzielanych na wielką masę porad ambulatoryjnych. Poza tym – zważył SN - wystawione przez prof. Podgórskiego zaświadczenie lekarskie nie miało znaczenia dla prowadzonych wobec Andrzeja Z. postępowań karnych.

Razem z prof. Janem Podgórskim SN ostatecznie oczyścił z zarzutów dwóch innych lekarzy, płk Piotra J. i mjr Marcina F., którzy mieli być jego wspólnikami w popełnieniu przestępstwa. Utrzymał się natomiast w mocy wyrok skazujący na karę więzienia w zawieszeniu dr ppłk Roberta J., który sam brał „koperty” od pacjentów i próbował obciążyć swoją winą pozostałych oskarżonych.

Po ogłoszeniu wyroku prof. Jan Podgórski dziękował swojemu adwokatowi mec. Marianowi Hilarowiczowi oraz sędziom, „nie ulegającym presji” a zwłaszcza temu, który nie zgodził się na wniosek prokuratury o aresztowanie podejrzanego. – Sprawili, że mogłem operować pacjentów, do których teraz znów wracam – powiedział neurochirurg wychodząc z gmachu SN.

Kilka dni później wielomilionowa publiczność telewizyjnego programu Tomasz Lisa dowiedziała się, jak organy ścigania traktowały wybitnego neurochirurga. Profesor, zatrzymany o szóstej rano w drodze do szpitala został zawieziony do prokuratury wojskowej, chyba tylko po to, aby „skruszał”. Przez cały dzień nikt go nie przesłuchiwał - siedział i patrzył, jak wyprowadzają zakutych w kajdanki na prowadnicach najgroźniejszych przestępców. Mimo upału nie mógł się doprosić o szklankę wody.

Wreszcie jego adwokat uzyskał informację, że podejrzany stanie przed prokuratorem następnego dnia o 7 rano. Ale nic takiego się nie zdarzyło, przesłuchanie zaczęło się dopiero o 15.35, czyli po 32 godzinach od zatrzymania. Wtedy zarzuty postawione profesorowi zostały poszerzone o poświadczenie nieprawdy w opinii lekarskiej dla gangstera Andrzeja Z. Zapewne tylko dlatego, aby na konferencji prasowej, szef CBA Mariusz Kamiński mógł oświadczyć, że „generał Jan Podgórski organizował najgroźniejszym przestępcom w Polsce fałszywą dokumentację medyczną, na podstawie której unikali więzienia”.

- Nie wymaga uzasadnienia - mówił w sądzie mec. Marian Hilarowicz - iż uzupełnienie zarzutów już po zatrzymaniu profesora o jego przestępcze współdziałanie z Andrzejem Z. miało na celu uprawdopodobnienie przed dziennikarzami zasadności sporządzonego następnie wniosku o tymczasowe aresztowanie.

- Na noc zawieziono mnie do Tworek, bo bali się, że popełnię samobójstwo. Nawet do toalety za mną chodzili. Leżałem na dostawce na korytarzu, pod czujnym okiem funkcjonariusza Żandarmerii Wojskowej – wyznał prof. Podgórski w telewizyjnym studiu red. Lisa.

Do domu wrócił po posiedzeniu sądu wojskowego, który odrzucił wniosek prokuratury o tymczasowy areszt.

To nie koniec restrykcji. Ówczesny szef MON Aleksander Szczygło ogłosił w Radiu Zet, że podejrzany generał zostaje przesunięty do rezerwy. Prokuratura podała do mediów, że na temat korupcji w Instytucie Wojskowym przy ul. Szaserów będą zeznawać słynny świadek koronny Jarosław S., pseud. „Masa” i uważany za szefa pruszkowskiego gangu Andrzej Z. „Słowik”. Sugerowano w ten sposób interesowne związki między lekarzami a światem mafii.

(Nawiasem mówiąc, spektakularne uderzenie prokuratora okazało się chybione. Doprowadzony do sądu przez antyterrorystów „Słowik” odmówił składania zeznań. Nic nie dało zorganizowanie dla „Masy” specjalnej wideokonferencji. Jarosław S. zeznał, że o operacji zdrowego Andrzeja Z. za pieniądze słyszał na mieście, jakoby miał ją wykonać na lewo jakiś lekarz w zamian za mieszkanie w Warszawie. Nazwisko Podgórskiego nic mu nie mówiło).

Po ostatecznym uniewinnieniu neurochirurga oskarżający go prokurator nabrał wody w usta.

 

Czas konfidentów

 

Niespełna trzy miesiące później Sąd Okręgowy Warszawa Praga uniewinnił z ciężkich zarzutów nakłaniania fałszywych świadków do zeznawania nieprawdy mec. Jana Widackiego (Por. reportaż w drugim tomie „Warszawy Kryminalnej” pt. Słowo gangstera).

Do oskarżenia tego znanego polityka i profesora prawa prokuratura posłużyła się, podobnie jak w przypadku prof. Jana Podgórskiego przestępcami z celi, gotowymi obciążyć każdego, byleby tylko coś na tym zyskać.

Już na sali sądowej w ostatnim słowie Jan Widacki pytał: - Czy w końcu doczekamy się, że jakiś prokurator tzw. IV RP zostanie oskarżony za swą nierzetelność?

Profesor wiedział, że jest to pytanie retoryczne. W obecnym stanie prawnym prokuratorzy nie odpowiadają za swe decyzje. Odszkodowanie i zadośćuczynienie przysługuje za niesłuszne skazanie, tymczasowe aresztowanie albo zatrzymanie. Natomiast jeżeli ktoś był tylko sponiewierany przez prokuraturę, żadne odszkodowanie się nie należy.

Gdy wyrok w sprawie prof. Widackiego się uprawomocnił, uniewinniony adwokat z determinacją odsłonił w mediach (Przegląd, Gazeta Wyborcza) kulisy działań prokuratorów za rządów PiS.

- Dla twórców IV RP stanowili oni taką siłę, jak dla przedwojennej sanacji pułkownicy - ocenił w wywiadzie z red. Bogdanem Wróblewskim z Gazety Wyborczej.

Przypadków sprzeniewierzenia się zasadom rzetelnego wykonywania zawodu oskarżyciela publicznego było wiele - twierdził profesor - nie tylko w jego sprawie. - Mieliśmy też sprawę prof. Jana Podgórskiego – przypomniał …

Adwokat postulował powołanie przez prokuratora generalnego komisji, która zbadałaby jak toczyły się te śledztwa, przyjrzała się służbie więziennej, której powiązania z CBŚ wyszły podczas jego procesu. Nie bez powodu w uzasadnieniu wyroku sędzia mówiła o głębokiej patologii tych instytucji.("Tam za kratami, w więzieniach, aresztach, tętni życie przez nikogo niekontrolowane".)

Przypomniał, że jako poseł złożył interpelację do ministra sprawiedliwości (wtedy wybranego z rekomendacji PiS) w której pytał, jak to jest z werbowaniem konfidentów wśród ludzi osadzonych. Przecież oni nie są swobodni w swoich działaniach.

Dostał odpowiedź, że każdy może zostać konfidentem, byłoby naruszeniem praw człowieka, gdyby tego zabroniono skazanym w zakładach karnych.

- Wtedy lepiej zrozumiałem słowa, które padły po uniewinnieniu prof. Podgórskiego: "Bezwzględni politycy odeszli, bandyci zmienili zeznania, zostali tajniacy i prokuratorzy" – zauważył Jan Widacki w wywiadzie dla GW.

A w rozmowie z Robertem Walendziakiem z Przeglądu: - Nawet nie chodzi o to, że wierzy się w wyssane z palca oskarżenia kryminalistów, tylko że przyjmuje się za dobrą monetę oskarżenia, do których ci kryminaliści byli najpierw przez śledczych namówieni. (…).Ci, którzy nimi manipulowali, robili to dla chęci awansu, dla wysokiego honorarium. Skoro szef szefów powiedział: ścigać, to stawali na głowach, żeby ścigać. Żeby zadowolić zwierzchnika, uzyskać awans, pieniądze…

Pół roku później prof. Jan Widacki opublikował w Gazecie Wyborczej „List otwarty do Prokuratora Generalnego Andrzeja Szeremeta:

Szanowny Panie Prokuratorze Generalny,

Jak Pan zapewne wie, w ostatnim tygodniu uprawomocnił się wyrok Sądu Okręgowego dla Warszawy-Pragi, który oczyścił mnie z wszystkich zarzutów postawionych po nieuczciwym, tendencyjnym i politycznie sterowanym śledztwie toczącym się w latach IV RP.

W liczącym 166 stron uzasadnieniu wyroku Sąd punkt po punkcie wykazuje, jak "oczywiście bezzasadne" było oskarżenie i jaki mechanizm napędzał to śledztwo. Nie było to jedynie odkrycie Sądu. Jak wynika z załączonych akt podręcznych prokuratora, już w trakcie zaawansowanego postępowania przed Sądem (w czasach, gdy powróciła znów III RP), dokładnie 17 sierpnia 2009 roku w Prokuraturze Krajowej odbyła się narada, na której rozważano możliwość cofnięcia aktu oskarżenia. Zwyciężył jednak pogląd, że lepiej będzie, gdy Sąd do końca zweryfikuje materiał dowodowy. Ale równocześnie zapowiedziano ewentualne postępowania karne i dyscyplinarne dla osób odpowiedzialnych za to śledztwo („W związku z podejrzeniem przekroczenia uprawnień, niedopełnienia obowiązków, podżegania do składania fałszywych zeznań”.).

Panie Prokuratorze Generalny,

o ciążących na mnie zarzutach media były informowane, nawet zanim formalnie zarzuty te zostały mi postawione. Przez ponad 6 lat, będąc profesorem prawa, osobą obecną w życiu publicznym, żyłem z piętnem podejrzanego i oskarżonego o zwykłe przestępstwa kryminalne. Akt oskarżenia tak skonstruowano, abym na ławie oskarżonych zasiadł razem z osobami ubranymi w czerwone kombinezony - niebezpiecznymi przestępcami. Co to znaczyło dla mnie i mojej rodziny, nie muszę pisać, można to sobie bez trudu wyobrazić.

Dziś prawomocny już wyrok potwierdza, że oskarżenie było bezpodstawne, a działania organów państwa i jego funkcjonariuszy, w tym niestety prokuratorów, patologiczne.

Dlatego zwracam się do Pana z wezwaniem do publicznego przeproszenia mnie przez Prokuraturę.

Mam prawo żądać, aby wszyscy, którzy za pośrednictwem mediów powołujących się na Prokuraturę, a nawet przez nią inspirowanych (i na to są dowody w aktach), dowiedzieli się, że jestem podejrzany, a później oskarżony o zwykłe przestępstwa kryminalne, usłyszeli teraz, że byłem oskarżony bezpodstawnie, po nieuczciwym, tendencyjnym śledztwie.

Zwracam się także do Pana z pytaniem, na które odpowiedź ważna jest nie tylko dla mnie, ale także dla opinii publicznej: - czy zapowiedziane na wspomnianej naradzie w Prokuraturze Krajowej postępowania dyscyplinarne i karne wobec funkcjonariuszy państwowych zostały wszczęte?

Czy osoby odpowiedzialne za śledztwo w mojej sprawie nadal pracują w Prokuraturze, nadal prowadzą jakieś śledztwa, nadal stoją na straży praworządności Rzeczypospolitej? A może w międzyczasie awansowały?

Wybaczy Pan, Panie Prokuratorze Generalny, że zwracam się do Pana poprzez list otwarty. Uważam jednak, że sprawa ma wymiar publiczny i ta forma korespondencji jest najwłaściwsza.

Łączę wyrazy szacunku. Jan Widacki.”

Do dnia oddania książki do wydawnictwa odpowiedź Prokuratora Generalnego nie nadeszła.

 

Medialna sprawa Barbary S.

Opisując w I tomie „Warszawy Kryminalnej” głośny proces matki 4-letniego Michałka utopionego w Wiśle, oskarżonej o pokierowanie zbrodnią, przedstawiłam w reportażu meandry zmieniających się wyroków, aż do prawomocnego uniewinnienia oskarżonej.

W pierwszym wyroku Sądu Okręgowego Barbara S. i jej chłopak Robert K. zostali skazani na kary po 25 lat więzienia (z ograniczeniem możliwości ubiegania się o warunkowe zwolnienie po 20 latach). Sąd dał mediom zgodę na publikację wizerunku oskarżonej. Daniel S., który wspólnie z Robertem K. wrzucił dziecko do rzeki, otrzymał wyrok 15 lat.

Prokuratura złożyła apelację.

Pod koniec 2002 roku Sąd Apelacyjny utrzymał wyrok wobec Roberta K. i Daniela S., natomiast w sprawie matki Michałka zdecydował, że trzeba powtórzyć proces. Mimo protestu prokuratora, oskarżona została zwolniona z aresztu.

W drugim procesie – to już rok 2004 - prokurator żądał kar po 25 lat więzienia dla Barbary S. i jej chłopaka Roberta K. Tym razem oskarżyciel nie twierdził, że matka dziecka pokierowała zabójstwem, mówił o podżeganiu. Z billingów jej rozmów telefonicznych w dniu utopienia dziecka nie wynikało bowiem, by łączyła się z K. tuż przed zbrodnią i tuż po niej.

Sąd pod przewodnictwem sędzi Anieli Bańkowicz uniewinnił oskarżoną. Stwierdzono, że prokurator nie podał żadnego dowodu winy Barbary S. Jedyną wskazówką były bowiem słowa jej konkubenta. A ten ciągle zmieniał wyjaśnienia. Z ośmiu wersji Roberta K. sąd wybrał jako wiarygodną tę, w której mężczyzna przyznał się do umyślnego wrzucenia dziecka do wody razem z Danielem. S.

Ponownie złożona apelacja prokuratora została oddalona. Oskarżyciel nie dał za wygraną i wystąpił z kasacją wyroku do Izby Karnej Sądu Najwyższego. W styczniu 2006 roku, cztery lata od rozpoczęcia procesu Sąd Najwyższy skasował wyrok uniewinniający matkę Michałka i sprawa po raz trzeci wróciła do Sądu Okręgowego.

Postępowanie karne przeciwko Barbarze S. wydłużyło się o następne cztery lata. Aż do 9 stycznia 2009 roku, gdy prokuratur (przed sądem już trzeci w kolejności; poprzedni został w międzyczasie aresztowany) niespodziewanie wycofał się z zarzutów uznając, że nie ma dowodów, iż matka poleciła utopić dziecko w Wiśle. Sąd ostatecznie uniewinnił oskarżoną .

- Barbara S. - uzasadniała wyrok sędzia Anna Ptaszek - nie miała jakiegokolwiek motywu, by pozbyć się syna. Spisku na życie tego chłopca nie było! - Szkoda - zauważyła na koniec sędzia - - że tak niewielu dziennikarzy jest dziś na sali. Jak widać, ci którzy wcześniej już wydali wyrok skazujący Barbarę S. nie są zainteresowani żmudną procedurą dochodzenia do prawdy.

Już po ukazaniu się pierwszego tomu Warszawy Kryminalnej mec. Grzegorz Lewański obrońca (z urzędu) Barbary S. wywalczył też dla swojej klientki 110 tys. zł tytułem odszkodowania i zadośćuczynienia. I to jest ostateczny finał tej dramatycznej sprawy. Mogłam już porozmawiać z adwokatem o kulisach procesu. A są one bulwersujące nawet dla tak wytrawnego i doświadczonego prawnika jak Grzegorz Lewański.

Zdaniem obrońcy Barbary S. postępowanie przygotowawcze toczyło się od początku z rażącym naruszeniem prawa na niekorzyść oskarżonej.

Gdy został ustanowiony adwokatem tej młodej kobiety, prokurator nie udostępnił mu akt przed pierwszym spotkaniem w areszcie klientką. Rzekomo dla dobra śledztwa choć, jak się później okazało, miał już wszystkie przesłuchania.

Na rozprawie głównej 20-letnia Barbara S. zapytana przez obrońcę jak wyglądało jej pierwsze przesłuchanie w śledztwie wyznała z płaczem, że w obecności prokuratora została uderzona przez policjanta pięścią w twarz. Gdy prokurator pytając, czy zrozumiała zarzut dorzucił uwagę, że to nie jest trudne, aby powiedzieć „tak”, odruchowo przytakiwała. Bo przed chwilą dowiedziała się, że jej dziecko nie żyje, więc płakała, kiwając się na krześle.

- Nie wiem, jak to zostało zrozumiane, chyba błędnie. Przy przesłuchaniu był biegły psycholog, który namawiał mnie, żeby się przyznała, wówczas dostanę 25 lat, a nie dożywocie – powiedziała przed sądem oskarżona.

A jej obrońca dodał, że na tej podstawie prokurator napisał wielkimi literami, że podejrzana przyznała się do zaplanowania morderstwa. Natomiast niżej, już małymi, że nie można jej przesłuchać, bo spazmuje. I na świadka przed sądem powołał biegłego Bielskiego.

Mecenas Lewański: - Złożyłem wniosek o wyłączenie obecnego na rozprawie psychologa, bowiem prokurator postawił go w podwójnej roli - świadka i zarazem biegłego. Procesowo taka sytuacja jest sytuacja niedopuszczalna. Biegły jak niepyszny musiał opuścić salę.

Prokuratora rejonowego wspierał ówczesny szef prokuratury krajowej. Nakazał wniesienie zażalenia do Sądu Najwyższego na uchylenie aresztu oskarżonej, a gdy tam skarga została odrzucona, zapowiedział w mediach, że „będziemy zmieniać prawo”.

Proces trwał tak długo (osiem lat!) z braku jakichkolwiek dowodów na potwierdzenie aktu oskarżenia. Od daty zakończenia śledztwa w 2001 roku aż do prawomocnego wyroku w 2009 roku nie doszedł ani jeden fakt potwierdzający winę Barbary S., mimo że prokuratura dążyła do wręcz niebywałego rozszerzenia materiału dowodowego, wymuszając na sądzie wielokrotne przesłuchania tych samych świadków. Gdy ostatecznie te wysiłki okazały się bezskuteczne, oskarżyciel sam wystąpił do sądu z wnioskiem o uniewinnienie matki Michałka.

Ale nawet po ogłoszeniu wyroku udręczona Barbara S. nie mogła odczuć pełnej satysfakcji. Prawie rok czekała na 120 stronicowe uzasadnienie decyzji sądu; dopiero wtedy jej adwokat mógł wystąpić o zadośćuczynienie za straty moralne.

Wiele krzywdy spotkało też Barbarę S. od dziennikarzy zajmujących się procesem.

Nie zawsze wynikało to ze złej woli ludzi mediów. Ich wyobraźnią zawładnęły prokuratura i policja. Jeszcze przed zakończeniem czynności śledczych, w sposób stronniczy funkcjonariusze tych organów urabiali opinię publiczną w sprawie tragicznej śmierci Michałka.

Zwłaszcza teza, że Robert K. utopił dziecko z miłości do Barbary, był bowiem wobec niej bardzo uległy, została spreparowana dla mediów, bo dla wzbudzenia sensacji potrzebna była prosta, spektakularna przyczyna bestialskiego zamordowania czterolatka. I dziennikarze to kupili.

Nikt z nich nie zainteresował się zaprezentowaną podczas procesu opinią biegłych psychologów z Krakowa, którzy wskazywali, że Robert K. lubił przewodzić grupie rówieśników na swoim podwórku, często zmieniał pracę, bo stawiał się szefowi. To właśnie Barbara skłonna do samoagresji (dwukrotnie podejmowała próby samobójcze), była podporządkowana swemu chłopakowi,

Brutalność i bezwzględność w postępowaniu Roberta K. potwierdzali zresztą w czasie procesu świadkowie, także oskarżony Daniel S. Ujawnił, że Robert pod koniec 2000 roku zirytowany brakiem pieniędzy postanowił napaść na właściciela kiosku, gdy ten będzie wracał do domu z utargiem. Dlatego szukał u znajomych kominiarki. Barbarze było wiadomo, że jej chłopak uprzednio zgwałcił upośledzoną dziewczynę.

Niestety, sąd (w swym pierwszym składzie) przy założonej z góry tezie o winie Barbary S. jednostronnie dopasował do skazującego wyroku treść niektórych zeznań świadków, a pominął okoliczności faktycznie przemawiające przeciwko podejrzeniu matki Michałka o zbrodnię.

Surowy wyrok - news dla wszystkich dzienników telewizyjnych, stał się obowiązkowym tematem na dyskusję komentatorów. W publicznej TVP politycy z rządzącej PiS i LPR byli zgodni - dla wyrodnej matki powinno być dożywocie, albo jeszcze lepiej kara śmierci, gdyby taka istniała w kodeksie karnym.

Wypowiedziom towarzyszył archiwalny film z prokuratorskiej wizji lokalnej. Robert K. i Daniel S. po raz kolejny demonstrowali na nim pod okiem kamery wrzucanie Michałka (dziecko „udawał” czarny worek) do topieli. Potem się okazało, że wizję lokalną poprzedzono w nocy próbą generalną, którą prokurator zarządził, aby nazajutrz wszystko wypadło bezbłędnie pod okiem telewizyjnych kamer.

Ale zacietrzewieni w atakowaniu Barbary S. dziennikarze nie chcieli o tym wiedzieć. Publikacje zamieszczone w „Życiu Warszawy”, „Twoim Imperium”, „Pani Domu” i wielu tabloidach wpływały na zeznania świadków w toczącej się sprawie. M. in. brat oskarżonej uległ tej manipulacji.

Czasem świadkom mieszały się informację z mediów z tym, o czym wiedzieli wcześniej. Przyszywana ciotka oskarżonej, która od lat mieszkała z Barbarą, bezwiednie powtórzyła fragment artykułu z ‘Życiu Warszawy”, że oskarżona planowała oddanie małego do domu dziecka.

Zofia P., ważny świadek oskarżenia, bo przez pewien czas wynajmowała młodziutkiej Barbarze z dzieckiem pokój sublokatorski, została wykreowana przez egzaltowane reporterki kobiecych pism jako matka Polka, z hasłem na ustach „Tylko prawda nas wyzwoli”. Świadek twierdziła przed sądem, że „ta bestia” Barbara S. od dawna planowała zabójstwo swego syna. Zofii P znaki co do zbrodniczych zamiarów sublokatorki dawała Opatrzność.

Dziennikarka „Pani Domu” z całym przekonaniem je opisała:- „Zofia P. modliła się do utopionego Michasia: - Ty jeden wiesz jak było. Zaklinam cię, powiedz. I Michał przyszedł do niej, jak co noc. Jego oczy powoli zapełniały się łzami. Płacząc, podał jej kartkę. Był tam wiersz.” Wzruszona dziennikarka przepisała do artykułu rymowankę: „Mamo czy coś czułaś / płakałaś, gdy na własne dziecko/ Wyrok wydawałaś”.

- Klientka nie ułatwiała mi obrony - wspominał mec. Grzegorz Lewański - na oskarżenia reagowała tylko płaczem. Czasami dotarcie do niej z prostymi sformułowaniami prawnymi, które musiały zaistnieć na sali sądowej było jak zdobycie Himalajów.

Na przykład, ona kompletnie nie przywiązywała wagi do tego, czy w dniu tragedii miała telefon komórkowy. Plątała się w wyjaśnieniach – raz potwierdzała, potem zaprzeczała, bo się jej przypomniało, że zniszczyła aparat, gdy w gniewie rzuciła nim w swego chłopaka. W jej najbliższej rodzinie też w tej kwestii zdania były podzielone – tam każdy miał swoje życie.

Musiałem pracować nad tym, żeby sobie odtworzyła pewne stany faktyczne, a nie kierowała się wyobrażeniami. Tłumaczyłem, dlaczego odpowiedzi na pytania prokuratora, czy sądu są takie ważne. Na przykład, gdyby okazało, że na kilka minut przed utopieniem dziecka telefonowała na komórkę do swego konkubenta (twierdził, że wykonywał tylko jej polecenie, to ona obmyśliła plan pozbycia się Michałka) prokurator miałby dowód, na potwierdzenie zarzutu.

Kolejną barierą psychologiczną, przez którą musiał się przebić adwokat oskarżonej, była jej głęboka wiara, że Robert K. nie mógł pozbawić życia Michasia. Gdy wreszcie trafiło to do jej świadomości, chciała popełnić samobójstwo.

Mecenas mimo zaproszeń nie chciał występować w telewizyjnych dyskusjach na temat procesu. - Wszystkie były nastawione wyłącznie na wywołanie sensacji i pod tezę - stwierdził.

Dziennikarze związani z mediami katolickimi wybierali z całego procesu tylko informacje, że oskarżona dwa razy przerywała ciążę. Politycy PiS udeptywali sobie grunt pod zbliżające się wybory, w których gwoździem programu miało być wprowadzenie kary śmierci. Sprawa matkobójczyni świetnie się do tego nadawała. Prokurator raz po raz robił konferencje prasowe i dbał, aby w rękach dziennikarzy znalazły się materiały ze śledztwa, nim ktoś je zakwestionuje w sądzie.

Barbara S. uciekała przez kamerami, ale raz po wyroku uniewinniającym i oddaleniu przeciwko niej apelacji wniesionej przez prokuraturę udzieliła wywiadu stacji TVN. I stało się tak, jak przewidywał jej obrońca.

- Obskoczyli ją dyżurni socjolodzy oraz wszechwiedzące spece od psychologii i przypisali jak najgorsze motywacje. – wspominał mec. Lewański. Te ataki wzmogły się po przyjętej przez Sąd Najwyższy kasacji prokuratora, kiedy to proces zaczął się od nowa. Prokurator Woźny sprowadził na salę sądową swoich studentów, którzy potem wypowiadali się w mediach kategorycznie przedstawiając Barbarę jako winną. To intensywne, długie urabianie opinii publicznej ugruntowało w dość szerokim odbiorze społecznym przekonanie o udziale młodej matki w zamordowaniu własnego syna.

Było to rękę nie tylko prokuratorowi, broniącemu aktu oskarżenia ale i policji, która chwaliła się spektakularnym sukcesem szybkiego dotarcia do sprawców. Gdy wyrok się uprawomocnił, 120 stronicowe uzasadnienie zostało napisane (co prawda dopiero po roku), mec. Lewański wystąpił do sądu o zadośćuczynienie dla swej klientki (za krzywdę moralną i cierpienie psychiczne). A także o odszkodowanie tytułem strat finansowych wynikających z tego, że Barbara S. była 20 miesięcy w areszcie.

I znów natknął się na przeszkody. Prokurator uznał, że odszkodowanie w ogóle się nie należy, bo ta młoda kobieta bez zawodu i wykształcenia nie była w stanie zaoszczędzić ani grosza; co gdzieś dorywczo zarobiła, to szło na jedzenie. A w areszcie karmiono ją za darmo.

Adwokat z wielkim mozołem ustalił, że Barbara S. zatrudniając się w marketach, na bazarze, czy do roznoszenia ulotek, odkładała jednak co miesiąc około 500 zł. Ostatecznie sąd pomnożył tę kwotę przez 20 (miesięcy ) i przyznał uniewinnionej 10 tys. złotych odszkodowania. Natomiast zadośćuczynienie wycenił na 5 tys. zł. miesięcznie, czyli wyszło w sumie 100 tys. zł. Adwokat odwoływał się dowodząc, że cierpienia matki Michasia nie skończyły się wraz z uchyleniem aresztu za cierpienia moralne. Ona przez kolejnych osiem lat musiała być do dyspozycji sądu, odpierać ataki prokuratora, zbijać zarzuty i nieustannie udowadniać, że jest niewinna.

Niezależnie od tego, jakimi meandrami toczył się proces sądowy, była napiętnowana. Media pokazywały jej fotografię, telewizja każdą dyskusję o karze śmierci ilustrowała zdjęciami z wizji lokalnej nad Wisłą, gdy oskarżeni pozorują wrzucanie do wody dziecka. Barbara S. miała olbrzymie trudności w znalezieniu pracy, czy uzupełnieniu wykształcenia. Gdy po latach od opuszczenia aresztu związała się z pewnym mężczyzną i urodziła mu córkę ,musiała to bardzo ukrywać przed wścibskimi dziennikarzami.