- Jadę dorobić klucze - powiedział Wacław Sikorski* do żony Krystyny, właśnie obierającej ziemniaki. Poczekaj trochę ze wstawianiem kartofli, wrócę za pół godziny.

Już był w drzwiach, gdy przypomniał sobie, że nie wziął pieniędzy. - Daj mi jakiś grosz - zawołał.

Wyciągnęła z portmonetki 100 złotych.

- Coś ty taka skąpa, na dziewczynki nie starczy - zaśmiał się i pocałował żonę w policzek.

Stała przy oknie, gdy wyszedł z klatki bloku. Spojrzał w górę, w kierunku ich mieszkania na pierwszym piętrze. - Pa, pa, pomachał ręką. Patrzyła, jak wsiada na pobliskim parkingu do samochodu. Nie od razu zapalił. Odkręcił szyby, pootwierał drzwi; w ten upalny dzień wóz był mocno nagrzany. Na kuchence bulgotało, ale nie odchodziła od okna. Wreszcie zapaliły się światła cofania, potem lewy kierunkowskaz. Ruszył. I w tym momencie rozległ się huk, błysnęły płomienie, ktoś na ulicy krzyczał, coraz więcej ludzi biegło w stronę parkingu.

Zamknęła okno, zdjęła kuchenny fartuch. Zosia 14-letnia córka wyszła ze swego pokoju. - Idziemy - powiedziała matka. - Chyba, że nie chcesz oglądać.

Sikorski zdołał wyczołgać się z płonącego samochodu. I zaraz upadł. Był żywą pochodnią. Parkingowy odciągnął mężczyznę od płomieni, usiłował zerwać z niego ubranie. Niestety, koszula ze sztucznego tworzywa wtopiła się w skórę. Poparzony jęczał, prosił o wodę. Nim ją przyniesiono, przyjechało pogotowie. Na pytanie sanitariusza do zgromadzonych gapiów, czy jest ktoś z rodziny ofiary, nikt się nie odezwał.

Sikorski zmarł w szpitalu w trzy godziny później. To było 20 czerwca 1995 roku.

Wieczorem do drzwi jego mieszkania zapukała sąsiadka Elżbieta Butek. Znali się od kilkunastu lat. Samotnie żyjąca Elżbieta uznała za swój obowiązek pocieszyć wdowę. Siedziały do trzeciej nad ranem. Krystyna płakała i martwiła się, jak sobie teraz poradzi z dwójką dzieci. Nie miała wykształcenia, tylko szkołę podstawową. Dom utrzymywał mąż; od lat wyjeżdżał ze swoim przedsiębiorstwem budowlanym na kontrakty do Niemiec.

Był wykwalifikowanym spawaczem, dobrze zarabiał w markach, które miały w Polsce bardzo korzystny przelicznik. Krystyna zastanawiała się, czy ten wybuch nie wiązał się z faktem, że kilka miesięcy wcześniej wykupili na bazarze budkę do handlowania wędlinami. Ale interes nie szedł, szybko się wycofali. Może mąż się z kimś nie rozliczył?

Ojciec Sikorskiego chciał pochować syna w rodzinnej wsi na Mazowszu. - Zgódź się Krysiu - prosił - ja ledwo chodzę, do Warszawy mi za daleko, nawet nie będę się mógł pomodlić nad grobem jedynego syna. Tobie łatwiej do nas przyjechać, przy okazji wnuki nam przywieziesz.

Obruszyła się: - Jakby to wyglądało, tato. Przecież nas tu wszyscy w bloku nas znają, jakie ja bym sobie świadectwo wystawiła!.

Niczego nie załatwił, a jeszcze wyciągnęła od teścia całą emeryturę, którą dopiero co odebrał od listonosza. Płakała, że nie ma za co pochować Wacka. Wszystkie oszczędności włożyli na przedpłatę za nowy samochód; jeśli teraz wyjmie, przepadną procenty.

Na pogrzeb przyszło bardzo dużo ludzi. Chyba pół warszawskiego osiedla - koledzy Sikorskiego z pracy, delegacja ze szkoły. Krystyna bardzo rozpaczała. Ani na moment nie ustawało jej łkanie dochodzące spod czarnego welonu zarzuconego na twarz. Trząsł się od płaczu 10-letni Michaś syn zmarłego. Tylko Zosia nie uroniła ani jednej łzy; gdy otwarta jeszcze trumna była wystawiona w kaplicy, nawet nie podeszła do niej. Cały czas stała w drzwiach.

- Biedne dziecko, zamknęła się, nie wiadomo jak do niej dotrzeć - szeptały do siebie w drodze na cmentarz kobiety z bloku, w którym mieszkał Sikorski. Wszyscy wspominali go jako uczynnego, pogodnego lokatora. I w takich męczarniach zginał!.

Policja odczekała taktownie dwa dni i przesłuchała wdowę. Było już wiadomo, że w samochodzie została podłożona bomba. Nieznany tylko pozostawał sprawca.

 

Xxx

 

Krystyna Sikorska wskazała na pewien trop: Zaraz po wyjściu męża zadzwonił telefon. Ktoś powiedział: „Zginiesz k.... marnie”. Nie zdążyła zareagować, gdy połączenie zostało przerwane. Nigdy nie słyszała takiego głosu. Wystraszona, podeszła do okna, chciała zawołać męża, aby wrócił, ale on już był przy samochodzie. Wykipiała jej zupa na płytę kuchenki, zajęła się wycieraniem. I w trakcie sprzątania usłyszała huk.

- Jestem przekonana - powiedziała - że śmierć męża ma związek z napadem z bronią na nasze mieszkanie w nocy z 15 na 16 czerwca. Mnie przy tym nie było, pojechałam z dziećmi do moich rodziców. Poprzedniego dnia parokrotnie odezwał się głuchy telefon. To, co zdarzyło się później, w szczegółach wiem od męża.

I opowiedziała o tej napaści: Wacław Sikorski drzemał przy włączonym telewizorze, gdy usłyszał chrobot klucza w drzwiach. Wiedział, że żona z dziećmi jest na wsi, dopiero co telefonowała stamtąd. Nie zapalając światła, podszedł na palcach do przedpokoju i w tym momencie drzwi na klatkę schodową otworzyły się. Zobaczył dwóch młodych mężczyzn, nawet nie zamaskowanych. Jeden z nich włożył stopę w szparę między framugą a drzwiami i zaczął strzelać.

Sikorskiemu udało się ukryć w kącie. Starał się nie wpuścić napastników, a równocześnie wołał o pomoc. To wystraszyło bandytów, uciekli. Szybko przyjechała wezwana policja.

- Właśnie po napadzie - wdowa zaniosła się płaczem - mąż zmienił zamki na solidne, patentowe. Chciałam, aby dorobił jeszcze jedną zapasową parę, ale to można było wykonać tylko w śródmieściu. Dlatego poszedł na parking.

W notesie policjanta jest jeszcze jedna informacja związana z napadem. Zaraz po ucieczce napastników w mieszkaniu Sikorskiego odezwał się telefon. Obecny tam policjant podniósł słuchawkę i usłyszał: „Wiem, kto tu był przed chwilą, możemy się dogadać, mam na ciebie zlecenie”. - Ale kto mówi? -zapytał funkcjonariusz. I wtedy połączenie zostało przerwane.

Sikorska nie wspomniała w czasie przesłuchania o tej dziwnej propozycji.

 

Xxx

Osób, mogących mieć coś wspólnego z śmiercią spawacza, policja szuka wśród osiedlowych meneli. Może skusił ich wypchany markami portfel ofiary?

Pierwszym zatrzymanym jest Eugeniusz Rączka. Rencista, stale przesiaduje w barze „Uroczy zakątek”. Przepytywany, co robił 15 czerwca, w Boże Ciało, odpowiada, że jak zwykle. Spotkał znajomego na Dworcu Południowym PKS. Kupili kilka piw, dwa wina owocowe i pojechali nad jeziorko Czerniakowskie. Wypili, wrócili na osiedle, posiedzieli na ławce, trochę drzemiąc. Wieczorem, gdy upał zelżał, poszli na piwo do „Uroczego zakątka ”. O północy właściciel kazał im wychodzić.

- Czy zauważył pan może w barze jakichś dziwnych gości? - wypytuje śledczy.

Nie zauważył. Chociaż, chwileczkę, jednego. Pierwszy raz go widział. Taki ciemnawy, wyglądał na Araba. Prawie wbiegł tuż przed zamknięciem baru, od razu kupił wódkę, całą butelkę.

- Ja też się chciałem napić - opowiada Rączka - ale już nie miałem za co. Podszedłem do tego gościa i mówię: postaw kolego na zapoznanie się. Ale on twardy, spier...mówi. Spróbowałem jeszcze raz go namówić, ssało mnie, może i byłem trochę namolny. Złapałem go za rękę. On się wtedy szarpnął, odwinęła mu się kurtka i zobaczyłem pistolet z kaburą. Zaraz potem wybiegł. Ja się teraz panie władzo przyznam, że wziąłem do kieszeni jego butelkę ze stolika, niedopita była. Opróżniłem ją w drodze do domu.

- A co z butelką? - zainteresował się policjant.

- A leży u mnie pod zlewem. Jak się uzbiera worek, zaniosę do punktu skupu.

Zbadano odciski palców na szkle. Jedne z nich należały do karanego już Palestyńczyka o ksywie Ciemny. W Polsce od kilkunastu lat, skończył studia na Uniwersytecie Warszawskim. Nie wiadomo, z czego żyje. Można go spotkać na stadionie X-lecia.

Policja przesłuchuje też sąsiadów Sikorskich. Najwięcej do powiedzenia ma Elżbieta Butek, która z wdową po tragicznie zmarłym mieszka drzwi w drzwi.

50-letnia pani Elżbieta od kilkunastu lat prowadzi pamiętnik. Bardzo regularnie - wieczorem, w porze dziennika telewizyjnego (którego mimo włączonego odbiornika nie ogląda) notuje, co wydarzyło się w ciągu dnia. Ponieważ w jej samotnym życiu nie dzieje się nic ciekawego, Butek opisuje w 60-kartkowych zeszytach wszystko, co wie o sąsiadach. To okazuje się bardzo przydatne w czasie niespodziewanej wizyty jej mieszkaniu policjanta.

Na pytanie, jak było z małżeństwem Sikorskich, Elżbieta Butek potrafi nie tylko wyrazić swoje zdanie („jak to w małżeństwie, raz lepiej raz gorzej, ale to był dobry mąż, zawsze kupował jej róże na 8 marca”) ale i precyzyjnie podać, że trzy razy w ciągu minionych kilkunastu lat była u sąsiadów awantura. Ma to zapisane z datą i godziną.

I tak - 23 listopada 1990 roku o godz. 22.05 Sikorski, który tego dnia wrócił z zagranicznego kontraktu, wpadł w szał i siekierą poodcinał na korytarzu sąsiadom kable do dzwonków. - Poszło o to - tłumaczy przesłuchiwana - że w czasie jego nieobecności dorobiliśmy drzwi do części korytarza i jakoś tak wyszło, że akurat ten lokator miał zapłacić za większość robot.

Zrobiło się wiele krzyku; tym bardziej, że oboje Sikorscy byli po kielichu „(owszem, przy uroczystych okazjach lubili sobie pociągnąć z butelki”), ale następnego dnia on wszystkich przeprosił i do tego trochę niesprawiedliwego rachunku już nie wracał.

Kolejne dwie awantury - w odstępie kilku lat - kończyły się ostentacyjnym wyprowadzaniem się pani domu. Pakowała walizki, ściągała dzieci ze szkoły i fruu.. do rodziców na wieś. Raz nawet wóz meblowy zamówiła. Ale zawsze przedtem, żeby mężowi wstydu narobić, chodziła z płaczem po klatce i pytała sąsiadów, kto mógłby dać jej schronienie na jedną noc, bo ona progu własnego mieszkania już nie przekroczy.

- Trochę narwana jest - zauważa Butkowa - lubiła, żeby ją na oczach wszystkich przepraszał.

A Sikorski już następnego dnia jechał po żonę na wieś, nigdy z pustymi rękami: a to futro miał na pogodzenie się, to znów coś od jubilera. Wracali, trzymając się za rączkę. Potem on na kontrakt do Niemiec a pani Krystyna zapraszała sąsiadki z piętra, na kawkę z czymś mocniejszym, żeby prezenty pokazać.

- A czy po śmierci męża przyjmowała kogoś? - wypytuje funkcjonariusz.

Butkowa waha się, czy odczytać, co tam ma zapisane w zeszycie. Ale dobrze, powie całą prawdę. Wdowa już trzeciego dnia po pogrzebie balowała. Wieczorem odwiedził ja taki młody, chudy mężczyzna z kobietą i dwuletnią dziewczynką. Pani Elżbieta pierwszy raz go widziała, ale widać znajomy, bo sobie na ty mówili. Koło pierwszej w nocy ze śmiechem wszyscy wytoczyli się do windy, jeszcze 14-letnia Zosia była z nimi. Ale małego dziecka nie zabrali. Zamówiona taksówka czekała pod blokiem. Nie minęła godzina, a do drzwi Butkowej zapukał wystraszony Michaś. Obudził go płacz tej dziewczynki w ich sypialni. Nie wiedział, co robić, a mamy i starszej siostry nie ma.

Pani Elżbieta wstała z łóżka i poszła do mieszkania Sikorskiej. Siedziała z dziećmi do czwartej nad ranem, póki nie przyjechała podpita zresztą gospodyni. Z gośćmi. I nawet nie powiedzieli jej dziękuję.

Policjanci depczą Palestyńczykowi po piętach. A on, nie domyślając się, że jest śledzony, nie zmienia rytmu dnia. Zawsze w południe zachodzi do pubu piwnego na Wisłą i tam spotyka się ze znajomymi, dobija interesów. Ostatnio - zdradza właściciel knajpki - najwięcej czasu spędza z niejakim Saturninem Hardym. Niezły nygus z tego Hardego; w ciągu całego swojego życia jednego dnia uczciwie nie przepracował. Ma kilkaset złotych renty, nie wiadomo, z jakiego powodu. Gdy wpadnie mu trochę lewego grosza, lubi się zabawić; mogą być panienki, ale do chłopców też go ciągnie.

Przesłuchiwany Hardy nie ma nic do powiedzenia. Palestyńczyka owszem zna, ale dawno go nie widział, o bombie podłożonej do samochodu wie tylko z telewizji. Pytany o innych znajomych  wymienia m. in. nazwisko swej dawnej przyjaciółki Barbary Zaremby. Nie chce odpowiadać na dalsze pytania, jest bardzo zdenerwowany. - Myślicie - krzyczy - że jak człowiek raz siedział pod celą, to już ma na sumieniu każde przestępstwo tym mieście! Okazuje się, że jako 19-latek dostał wyrok za zbiorowy gwałt.

U Barbary Zaremby policja zjawia się rano, gdy młoda kobieta jeszcze śpi. W czasie jej pospiesznego ubierania się z szafy wraz z kłębem pogniecionych ubrań wypada kilka pistoletów.

- Nie moje - gorączkowo wyjaśnia Zaremba - to Hardego. Już kilka razy mówiłam mu, żeby zabrał żelastwo, ale on nie ma czasu, bo gzi się tą k.. Bożeną, podobno ślub biorą.

I kobieta wybucha płaczem. Ledwo otarła łzy, oświadcza, że teraz powie coś bardzo ważnego. Otóż dziwkarz Hardy jest płatnym mordercą. Sam jej to powiedział w ubiegłym tygodniu, kiedy jeszcze mieszkał u niej.

Policjanci zamieniają się w słuch.

- Mówię szczerą prawdę - zarzeka się dziewczyna- pytał mnie, czy widziałam w telewizyjnej Panoramie wybuch na Mokotowie; chwalił się, że to jego robota. I że przedtem mieli z „Ciemnym” zastrzelić gościa, nie wyszło, więc Saturnin podłożył bombę.

 

Xxx

 

Śledztwo nabiera tempa. Prokurator wydaje nakaz aresztowania Hardego - niestety, podejrzany ukrywa się. Wysłane są za nim listy gończe. Jeden z takich listów Krystyna Sikorska widzi w dzienniku telewizyjnym.

Wkrótce potem znów puka do niej funkcjonariusz z wydziału śledczego policji.

Pokazuje jej tablicę poglądową ze zdjęciami różnych mężczyzn, m. in. Hardego. Może któregoś z nich widziała? Ona stanowczo zaprzecza. Wtedy policjant informuję ją, że z jej mieszkania w drugiej połowie czerwca ktoś wielokrotnie łączył się telefonicznie z Saturninem Hardym. Świadczą o tym bilingi.

Sikorska zaczyna płakać. Szlochając wyznaje: - Do tej pory mówiłam nieprawdę, bo prosił mnie o to świętej pamięci mąż. On dobrze znał Hardego, ale zapowiedział, że jeśli kiedykolwiek powiem o tym policji, skróci mnie o głowę.

Przesłuchiwana nie wie, jakie robili interesy. Gdy mąż z nim rozmawiał, kazał jej wyjść z pokoju. Ona od dawna podejrzewała, że chodziło o nielegalnie sprowadzane z Niemiec samochody i handlowanie nimi. („Mówiłam: człowieku, co ty robisz, a on - pilnuj swojego nosa”). Pan Saturnin mógł być pośrednikiem.

Nazajutrz znowu przesłuchanie.

- Jeszcze raz powie nam pani dokładnie, powtarzam dokładnie, wszystko, co wie o Saturninie Hardym - żąda śledczy.

- Czyli, jaka była ostatnia nasza rozmowa?

- Nie tylko ostatnia. Od początku, kiedy pani pierwszy raz zobaczyła Hardego.

- Po raz pierwszy na początku czerwca. Przyprowadził go do domu mój mąż. Po prostu powiedział: Krysiu to jest mój serdeczny kolega i masz go przyjąć, jak byśmy się znali od dłuższego czasu. Wypili po kawie, potem postawiłam pół litra. Rozmawiali po prostu cicho w drugim pokoju i potem Hardy poszedł. Po kilku dniach spotkali się na parkingu samochodowym. Ostatni raz dwa dni przed tym wypadkiem. po prostu Ja podejrzewam, że łączył ich nielegalny handel złotem i samochodami. Dlatego w czasie rewizji znaleźli panowie u nas dużo umów samochodowych typu kupno - sprzedaż.

- Ale to są papiery z lat 1992-93, a teraz jest rok 95.Wedlug pani Hardy ponownie pojawił się w życiu pani męża w ostatnim czasie? -Tak, w tym roku.

- Jakie teraz mąż robił interesy z Hardym?

- Wiem tylko tyle, że gdzieś szli. Czasem na całą noc. Gdy pytałam: - gdzie idziesz, odpowiadał, nie twoja sprawa. Po prostu. Zaraz po tym napadzie na nasze mieszkanie mąż kilkakrotnie dzwonił do Hardego, co jest przecież udokumentowane w bilingach, które policja zamówiła.

- Po co telefonował?

- Chciał się zorientować, czy on nie ma coś wspólnego z tym napadem. Mąż bał się, bo miał pewne nie załatwione sprawy.

- Czy mam rozumieć, że był zadłużony?

- Musiał być komuś winien pieniądze. Ale nie wiem komu. Po prostu nie chciał takich tajemnic zdradzić. Kilka razy, gdy siedzieliśmy wieczorem, ja mówię: „Wacek, może ty masz jakieś zobowiązania? W końcu ktoś przyjdzie i nas powystrzela. Tu są dzieci na wychowaniu”.  „Nie wtrącaj się w moje sprawy, ja wiem, co robię” - taka była odpowiedź. I jeszcze jak to się pospolicie mówi, obrywało mi się za ciekawość.

- A czy Hardy odezwał się po śmierci pani męża?

- Tak. Powiedział: pamiętaj żebyś po prostu kiedykolwiek będziesz na policji nie wymieniała mojego nazwiska. Bo możesz być skrócona o głowę.

- I pani nie jest mu winna jakichś pieniędzy?

- Żadnych, nawet złamanej złotóweczki.

- Czy to przestraszenie skutkowało tym, że pani na początku przesłuchania twierdziła, że nie zna Hardego?

- Właśnie.

- Czy nie sądzi pani, że jak na osobę zastraszoną to dziwne, że pani po śmierci męża gościła Hardego? I jego narzeczoną?

- Ja? Jak Boga kocham, nigdy ..

- To było wtedy, gdy pani Butek zaopiekował się w nocy płaczącym dzieckiem w pani mieszkaniu. Ona rozpoznała na tablicy poglądowej Saturnina Hardego jako pani gościa.

- Przyznaję, to był Hardy, ale gdy wróciliśmy z nocnego sklepu ja powiedziałam do niego: „Słuchaj, w tych okolicznościach, gdy zginął mój mąż, ojciec moich dzieci, żadnych kontaktów bliższych z tobą nie chcę”.

- I co?

A on na to, że kontakty będą i jak powiem na policji, to zostanę skrócona o głowę.

Wtedy ja zapytałam : „Saturnin, dlaczego chcesz mnie pozbawić życia i dzieci zostawić sierotami?” On się tylko zamyślił. Potem wszyscy poszliśmy spać. Przysięgam, że teraz powiedziałam prawdę. Najprawdziwszą.

Xxx

Trzy tygodnie później policja zatrzymuje ukrywającego się Hardego. On od razu zgłasza chęć współpracy z prokuratorem. Twierdzi, że zrozumiał jak głupie, przestępcze prowadził życie, chce je zmienić. Zwłaszcza, że niewiele już mu zostało. Od dziesięciu lat jest nosicielem wirusa HIV. Zamierza w areszcie wziąć ślub z kobietą, z którą był u Krystyny Sikorskiej. Przyjmie też jej nazwisko.

25-letni Hardy zasypuje śledczego zeznaniami. Gdy funkcjonariusz milczy, podpowiada, o co jeszcze można go zapytać.

W jego wersji z zabójstwem Sikorskiego było tak:

Przed sklepem spożywczym spotkał się z kolegą jeszcze z podstawówki, Jaśkiem Zubą. Też chwilowo nie pracującym. Wypili po kilka piw i Zuba, trochę już niewyraźny zapytał, czy nie zna kogoś, kto by zabił za pieniądze. Jest zlecenie od pewnej kobiety.

- Mnie to tak zaskoczyło, że się nie odezwałem - wyjaśnia Hardy.

Następnego dnia kolega ponowił pytanie. Hardy akurat szukał okazji, by kogoś naciągnąć na forsę, miał długi. Powiedział Jaśkowi, że chce z tą kobietą porozmawiać. Umówili się na osiedlu przy piekarni. Okazało się, zna ją z widzenia, kiedyś sprzedawała na bazarze. Zaraz przeszli na ty. Ona się skarżyła, że mąż pijak bije ją i dzieci. Po prostu potwór. Powiedział, że jej pomoże, bo jest na te sprawy uczulony. Ale tak naprawdę, to myślał, że naciągnie kobietę na zaliczkę i koniec sprawy.

Sikorska obiecała 5 tys. dolarów, z tego tysiąc „przed wykonaniem roboty”. Dała mu zdjęcie męża. Miała już je przygotowane, wydarte z dowodu osobistego.

Na następnym spotkaniu opisała samochód, czerwonego renaulta, którym mąż jeździ po mieście. Chciała, aby zrobić tak, że w samochodzie włączy się fałszywy alarm, najlepiej na jakieś bocznej uliczce. Sikorski zatrzyma się, wyskoczy z wozu i wtedy „można go załatwić”.

Saturnin Hardy szybko wydał zaliczkowe tysiąc dolarów („pobawiłem się trochę na mieście”) i zapomniał o sprawie. Ale nie zleceniodawczyni. Wydzwaniała z pytaniem „kiedy to zrobi”, on ją zwodził. Z czasem nie miał gdzie się ukryć przed coraz bardziej namolną kobietą, zwłaszcza, gdy dowiedziała się, gdzie mieszka. Poza tym - znów brakowało mu pieniędzy.

Pomyślał o „Ciemnym”.

Palestyńczyk chwalił mu się kiedyś, że przed laty, w miasteczku na północy Polski miał knajpkę i zabił kogoś z mafii, gdy przyszli po haracz. Poza tym Hardego z „Ciemnym” wiązała pewna tajemnica: kilka miesięcy wcześniej napadli nocą na arabskiego współwłaściciela śródmiejskiej kawiarni.

Czekali na niego w ciemnym (wykręcili żarówki) korytarzu budynku, w którym mieszkał. Hardy miał przy sobie pistolet gazowy, ampułkę z eterem i kawałek materiału do nasączenia. Arab wrócił o godzinie pierwszej w nocy. Wyskoczyli do niego. Hardy usiłował przyłożyć mu do twarzy szmatkę z eterem, ale w szamotaninie wszystko upadło na podłogę. Poza tym napadnięty zdołał im zerwać kominiarki, głośno wzywał się pomocy. Usłyszeli tupot nóg na schodach, złapali torbę i uciekli. Były w niej klucze do samochodu marki BMW, notes elektryczny, księga rachunkowa i 6 tys. złotych.

Hardy bał się, że okradziony rozpoznał go - czasem zachodził do tej kawiarni, zaczepiał młodych mężczyzn. Po dwóch dniach jako anonim zadzwonił do Araba z informacją, że torba jest w skrytce na Dworcu Centralnym. Podał jej numer i szyfr. Właściciel odzyskał wszystko, poza pieniędzmi. Wobec niewykrycia sprawców prokuratura umorzyła dochodzenie.

- Zapytałem „Ciemnego” - zeznał Hardy śledczemu - czy zabije za cztery tysiące dolarów?. Powiedział, że nie ma sprawy, jak kupię pistolet. Spotkałem się ze swoją ciotką, która handluje na Stadionie X-lecia. Załatwiła pistolet od Ruskich, kosztowało 450 dolarów...

Pozostało już tylko uzgodnienie z Sikorską terminu. Ponaglała - nie ma na co czekać, mąż szykuje się do wyjazdu na kolejny kontrakt.

Hardy uprzedził ją, że przyjdzie ze wspólnikiem.

Spotykają się na schodach metra „Politechnika”. Sikorska jest 14-letnią Zosią, która wie o wszystkim. Dała im klucze od mieszkania. Sama zamierza pojechać do znajomej, poprosić ją, aby mogą tam przenocować, bo pijany mąż wyrzucił ją z domu razem z dziećmi. Zatem - jutro po południu. Akurat szykuje się mecz w telewizji, mąż, zapewnia Krystyna Sikorska, na pewno będzie oglądał, upije się, uśnie. Raz dwa uwiną się z robotą.

 

Xxx

 

Jadą do tego bloku. Ale przedtem za dużo wypili w pubie nad Wisłą i nie mogą sobie dać rady z otwarciem zamków. Sikorski słyszy, że coś się dzieje za drzwiami, otwiera je. Zaskoczeni usiłują wepchnąć go do mieszkania. „Ciemny” strzela na oślep, Sikorski głośno woła o pomoc. Napastnicy uciekają, każdy w swoją stronę.

Saturnin Hardy ma jeszcze jeden pomysł na łatwe zdobycie pieniędzy - dzwoni z budki telefonicznej do Sikorskiego. - „Wiem, kto dał zlecenie...” - zaczyna mówić. Telefon odbiera mężczyzna, który przedstawia się jako funkcjonariusz policji. Hardy w panice rzuca słuchawką.

Następnego dnia spotkał się z „Ciemnym”,  Palestyńczyk powiedział mu, że gonił go policjant, więc wyrzucił pistolet. Ale to nie była prawda. On sprzedał broń za 600 dolarów.

A zaraz potem do Hardego zadzwoniła p. Krystyna z pretensjami, że zdemolowali mieszkanie, a mąż żyje. Ale zlecenia nie cofnęła. Przeciwnie, ponaglała, żeby coś wymyślić, bo termin wyjazdu męża tuż, tuż. Hardy zaproponował bombę, podłożoną w samochodzie. - Szkoda wozu - ona na to. Ale ostatecznie zgodziła się.

Ciotka, która miała budkę na stadionie, chciała za ruską bombę zegarową 1400 złotych. Ze zdalnie sterowanym pilotem kosztowałoby to o trzysta złotych więcej. Sikorska wybrała wersję droższą.

Był problem z zamontowaniem urządzenia. Wtajemniczona handlarka podała kontakt do kogoś, kto zna się na tym i za pieniądze pomaga w wykonaniu zlecenia.

Ten fachman skompletował części: detonator, pilot, przewody. Pokazał, co i jak trzeba podłączyć. Zaproponował, że za 10 tys. dolarów dopilnuje wszystkiego do końca. Ale Hardy nie chciał się dzielić pieniędzmi z kolejnym wspólnikiem.

Na generalną próbę Sikorska przyjechała renaultem z Zosią. Bomba tkwiła pod tylnym fotelem.

Pojechali w odludne miejsce, kobieta wysłała sygnał uruchamiający ładunek wybuchowy, (miała też możliwość natychmiastowego wyłączenia tej funkcji), ale nie zadziałało. Próbę zdetonowania ładunku podejmowali jeszcze kilka razy. Bez skutku. Trzeba było ponownie sprowadzać speca od wybuchów. Okazało się, że gąbka izolowała sygnał z nadajnika. Za dodatkowe 500 złotych powiedział, jak zamontować ładunek bez użycia pilota. Umieścił go w lewym kierunkowskazie. Sikorka wróciła samochodem na osiedlowy parking. Przez całą drogę jej córka pilnowała, aby matka nie użyła w czasie jazdy niebezpiecznego migacza.

Nazajutrz Wacław Sikorski zginął.

Koperty z kolejną ratą za wykonanie zlecenia przywoziła Hardemu Zosia. Dostał też nowy samochód osobowy fiat 125, który wdowa kupiła już po śmierci męża.

Byli więc rozliczeni i zaczęli spotykać się jako dobrzy znajomi. Którejś soboty Saturnin wyciągnął Krystynę i 14-letnią Zosię na dyskotekę. Okazał się świetnym kompanem. Gdy Sikorska miała urodziny (skończyła 40 lat), zaprosiła Hardego z narzeczoną i jej dzieckiem na kolację. To wtedy w środku nocy pojechali po alkohol na miasto i płaczącą dwuletnią dziewczynką zaopiekowała się Elżbieta Butek.

Hardy wesoło spędzał czas nie tylko z wdową po Sikorskim. Ciągle jeszcze mając wypchany portfel (starych długów nie pooddawał) przenosił się z lokalu do lokalu; w ciągu jednej nocy potrafił ich zaliczyć sześć.

- Po pijaku trochę gadałem przy barze, że mam coś wspólnego z wybuchem na Mokotowie. Powiedziałem też rodzinie. Krystyna zrobiła mi awanturę, że mam za długi język. Zażądałem 10.000 złotych za milczenie. Pokłóciliśmy się, nie chciała mnie znać.

 

xxx

 

Następnego dnia po zatrzymaniu Saturnina Hardego do aresztu trafiła Krystyna Sikorska.

Tym razem w czasie przesłuchania przyznała się do współudziału w zbrodni, choć twierdziła, że pomysł wyszedł od Hardego. Przedstawiła motyw - chęć uwolnienia się od męża, który znęcał się nad nią i nad dziećmi i nie zgadzał się na rozwód.

Szeroko cytując rzekome wypowiedzi jej dręczyciela, opisała prokuratorowi jakie zgotował jej piekło.

- A h... mnie obchodzicie, masz tak zapier.., żebym nie musiał na was tyrać - zwykł odpowiadać, gdy prosiłam go o pieniądze na jedzenie. Któregoś dnia klęknęłam i modliłam się: - Panie Boże, proszę, zabierz go, dłużej już nie wytrzymam.

Nie powiedziała ani jednego dobrego słowa o ojcu przesłuchiwana Zosia. Zeznała, że ojciec pił, często tygodniami. Nienawidził brata, raz chciał go udusić przyciskając do ściany tapczan, na którym chłopiec spał. Kiedy indziej gonił Michała z nożem krzycząc, że poderżnie mu gardło. W ostatnią wigilię ojciec przyszedł pijany i zamierzał wyrzucić z balkonu ukochaną morską świnkę dzieci.

- Naprawdę nie było innego wyboru, jak zlikwidowanie takiego ojca - orzekła14-latka. - Pojechałam z mamą na spotkanie z tym Hardym, żeby było jej raźniej.

Obraz ojca tyrana w żaden sposób nie pokrywał się z zeznaniami innych świadków. W opinii rodziny i sąsiadów było to zgodne małżeństwo (ona może trochę histeryczna), a Michał nie mógł się doczekać przyjazdów ojca z zagranicy. Jeśli ktoś w tej rodzinie podnosił rękę na dzieci, to matka. Ale to z powodu porywczego charakteru; gdy mijała jej złość, zaraz potem przytulała, dopieszczała.

Nadal więc nie było odpowiedzi na pytanie, dlaczego Krystyna Sikorska postanowiła zabić męża.

Oskarżona konsekwentnie trzymała się wersji - miała okrutnego męża. Z każdą nową jej korespondencją do prokuratora przybywało plastycznie opisanych przykładów znęcania się nad rodziną okrutnego ojca i męża:

Biegał za nią z nożem, wielokrotnie zmuszał do picia jego moczu, gdy broniłam się, wylewał mi na twarz.

Straszył brzytwą.

Córkę chciał wyrzucić przez balkon.

-Molestował ją. (Nie zawiadamiała policji ze strachu)

Każdy list kończył się prośbą oskarżonej - chciałaby odpowiadać z wolnej stopy, jest przecież matką wychowującą samotnie dwoje dzieci. Gdy ona siedzi w celi, synek zrywa się w nocy, wykrzykuje:- „Gdzie jest moja mama, którą tak bardzo kocham”.

Pisze też do prokuratury Zosia: „Spotkała nas wielka niesprawiedliwość. Nagle została zatrzymana nasza kochana mamusia. Tylko powrót najukochańszej mamusi do domu może mnie powstrzymać od próby samobójczej”.

Prokurator zarządza środowiskowy wywiad kuratora. Raport nie potwierdza alarmujących wieści w listach od oskarżonej i jej córki.. Dzieci mają zapewnioną opiekę - są u dziadków, stosunkowo jeszcze młodych, samodzielnych finansowo. W tym samym siedlisku mieszka z rodziną brat oskarżonej. Wszyscy oni są wobec Zosi i Michasia bardzo serdeczni.

Nie ma zgody na zmianę środka zapobiegawczego

Krystyna Sikorska wysyła też prośbę o zwolnienie z aresztu do ministra sprawiedliwości.

Jej opisy doznanych w małżeństwie cierpień eskalują: Mąż kopał ją po głowie i gonił po mieszkaniu z naładowanym pistoletem. Dzieci były zrywane w nocy, aby pokazały zeszyty, a on je rwał i kazał przepisywać do świtu. Gdy syn otrzymał negatywną ocenę, ojciec chciał go powiesić na lince od bielizny. Kilka razy potłukł na twarzy Sikorskiej butelki po alkoholu, żeby nie mogła wyjść z domu.

Wielokrotnie próbował zadać synowi cios nożem. Gdy Michaś płakał z przerażenia, jego ojciec krzyczał, że powinien zdechnąć. - Dziecko potem mnie pytało - pisze oskarżona - dlaczego tato nie weźmie mnie na kolana nie przytuli, tylko każe umierać..

Ostatnio mąż pił od rana do wieczora, miał po tym przywidzenia, że chodzą mu po nogach robaki.

W tej korespondencji podaje wyjaśnienie, dlaczego nie szukała pomocy na policji. To pytanie zadał jej wcześniej śledczy, ale zbyła go wzruszeniem ramion. Teraz ma gotową odpowiedź:

Nie widziała znikąd pomocy. Gdy domowy tyran pierwszy raz wyrzucił ją z dziećmi na mróz, zadzwoniła na komisariat z budki na osiedlu. Kazali czekać, aż zgłoszenie będzie przyjęte. Trzy godziny stała w zimnej piwnicy, nikt nie przyjechał. Prosiła też o pomoc swoich rodziców, ale bezskutecznie. Matka odpowiadała: - Skoro sobie takiego męża wybrałaś, to cierp. Ja cię do Warszawy nie wyrzucałam. Mogłaś zostać na gospodarstwie.

- A w ostatnie Boże Narodzenie - pisze do ministra Krystyna Sikorska - mąż pił od rana i potem powiedział słowa, których nie zapomnę do końca życia. Brzmiały one tak: „W dniu dzisiejszym nadeszła godzina waszej śmierci. Pozabijam was wszystkich”. Przystawił mi pistolet do głowy.

Po tej awanturze poszła do Hardego. Zapytała, czy może wynająć jakiś skromny pokój oraz zwrócić pożyczone wcześniej pieniądze. On, na to: - Po co ci mieszkanie, nic innego nie wypada zrobić, jak zabić takiego łobuza.

- Przecież to jest człowiek.

- W każdej chwili może cię pozbawić życia.

Po tej rozmowie, „nie zdając sobie sprawy, co może się stać później”, wyraziła zgodę.

„Szanowny Panie Ministrze. Otworzyłam przed Panem serce i napisałam swój problem. Chciałabym przebywać z rodziną do uprawomocnienia się wyroku”.

 

Xxx

 

Sikorska i Hardy zostali przebadani przez psychiatrów - biegłych sądowych.

Opinia o oskarżonej: Osobowość ekstrawertyczna o cechach nieprawidłowych, typu psychopatycznego. Jej patologiczny charakter nasila się w sytuacjach o dużym ładunku emocjonalnym, których racjonalne rozwiązanie jest dla badanej za trudne ze względu na możliwości intelektualne. Wysoki stopień samozadowolenia i samooceny ma wyraźnie nieprawidłowy charakter. Zaburzenie uczuciowości wyższej - konsekwencje wynikające z naruszania norm wzbudzają u niej poczucie krzywdy, co uruchamia takie mechanizmy obronne jak kłamstwo, zaprzeczenie. Niedostatek uczuciowości wyżej również w kontaktach interpersonalnych.

O Hardym: Iloraz inteligencji odpowiada przeciętnej umysłowości. W czasie pobytu w areszcie truł się lekami, zaprószał sobie oczy szkłem, ogłaszał głodówkę. Ma liczne tatuaże: na ramionach „wydziergane” dystynkcje podpułkownika, świadczące o przynależności do subkultury więziennej kropki w okolicy lewego oka, a na czole i klatce piersiowej widnieją miłosne zwroty.

W celi siedzi z narkomanami; nie zgadza się na takich sąsiedztwo. Domaga się pojedynczej celi, bo „w sytuacji, gdy ktoś jest oskarżony o artykuł 148 kk powinien być traktowany poważniej niż byle gigant, znajdujący się tu z powodu ukradzionej paczki kawy”.

Grozi, że jeśli jego żądanie nie zostanie spełnione, „odejdzie z tego świata zabierając ze sobą tych, którzy mu tu przeszkadzają”

Stwierdzono encefalopatię z zaburzeniami charakterologicznymi, ale to nie znosi, ani nie ogranicza zdolności rozpoznania znaczenia czynu, o który jest podejrzany.

 

Xxx

 

Na procesie sądowym pierwsza wydaje wyrok publiczność: oskarżona cały czas kłamie. Takie głośne uwagi słychać na każdej rozprawie.

Sikorska chętnie odpowiada na pytania sądu, chce też polemizować z zeznaniami świadków. Od czasu śledztwa przypomniała sobie jeszcze wiele przykładów na okrucieństwo męża. Na przykład - bił ją również dlatego, że chciał,  aby wzięła od brata spłatę za przejęte przez niego rodzinne gospodarstwo.

- Co ty opowiadasz?!- woła z ostatniego rzędu matka Sikorskej. - Przecież dostałaś ode mnie pieniądze na „malucha”, a kto ci kupił meble?

Oskarżona nie reaguje na te odzywki, wylicza kolejne winy męża: raz syn był tak siny po pobiciu, że szkoła wezwała rodziców, grożąc zawiadomieniem policji. Ojciec dziecka nie stawił się na rozmowę, wolał się upić.

Sąd postanawia zwrócić się o wyjaśnienia do szkoły. Na następnej rozprawie zostaje odczytane oświadczenie dyrektorki gimnazjum: Krystyna Sikorska była wzywana z powodu bardzo złych ocen Michała i Zofii. Dzieci często bez usprawiedliwienia opuszczały lekcje, matka nie reagowała na alarmujące listy od wychowawcy. Ponadto zaniedbywała obowiązkowe szczepienia. Rozmowa z nią „sprawiała wrażenie nieszczerej”.

Sikorska słucha tego z nieruchomą twarzą. Myślami jest gdzie indziej. Podnosi rękę na znak, że chce coś powiedzieć. Sąd pozwala.

- Mam takie uczucie, że mąż chciał sobie ułożyć życie z inną kobietą...

Gdy dochodzi do wyliczeń, ile razy oskarżona uciekała z domu z dziećmi przed mężem, „bo chciał ją udusić”, słychać głosy tych osób, które rzekomo udzielały maltretowanej schronienia.

- Kłamstwo. Takiej sytuacji nie było. Jak można poniewierać pamięć człowieka, który już się nie obroni - oburza się znajoma Sikorskich, powołana na świadka.

Pomruk dezaprobaty dochodzący z ław dla publiczności nabiera mocy, gdy oskarżona mówi, że córka była molestowana przez ojca. Kilka osób wychodzi z sali, trzaskając drwami. Na twarzy Zosi, która cały czas przysłuchuje się rozprawom, nie widać żadnego uczucia. Patrzy tylko na matkę. Skorzystała z prawa do odmowy składania zeznań i konsekwentnie milczy. W czasie przerwy stoi na korytarzu osobno, całą sobą zdaje się mówić - nie podchodźcie do mnie.

Z akt wiadomo, że dziewczyna mieszka na wsi z babcią i chodzi do szkoły zawodowej, uczy się na kucharkę.

Trzy lata po wybuchu bomby na Mokotowie zapada nieprawomocny wyrok w Sądzie Rejonowym: Krystyna Sikorska - 25 lat, więzienia, tyle samo Saturnin Hardy. Palestyńczyk 12 lat.

W uzasadnieniu wyroku dla wdowy sąd stwierdził: „Pewne negatywne zachowania Wacława Sikorskiego wobec rodziny nie mogą w istotny sposób usprawiedliwiać zachowania oskarżonej zwłaszcza gdy się zważy, że nie była osobą mało zaradną życiowo. Mąż często był za granicą i to dawało jej możliwości rozwiązania problemów małżeństwa zgodnie z prawem.(...) Trzeba też zważyć na takie okoliczności popełnienia przestępstwa, jak brak skruchy ze strony osoby skazanej, jej udana rozpacz, utrzymywanie kontaktów towarzyskich z osobą, która spowodowała śmierć męża”

Sąd Apelacyjny zmniejszył karę - na 17 lat - tylko Hardemu. A to z powodu jego aktywnej współpracy z organami śledczymi, dzięki czemu udało się szybko wyjaśnić okoliczności popełnienia przestępstwa.

Kasacja wyroku w Sądzie Najwyższym została odrzucona.

Krystyna Sikorska opuściła warszawski areszt na Rakowieckiej, osadzono ją w zakładzie karnym dla kobiet w Grudziądzu.

Nigdy nie była tam karana dyscyplinarnie. Pomagała w kuchni, potem została szwaczką.

Z opinii wychowawcy:- Nie  chce być objęta programem kształcenia zawodowego, mówi, że jest to jej niepotrzebne. Liczy na ułaskawienie. Na temat popełnionego przestępstwa wypowiada się niechętnie.

Próśb do kolejnych prezydentów o prawo łaski Sikorska napisała siedem. Ostatnie podanie nosi datę 20 czerwca 2008. Jest to osiemnasta rocznica zamordowania Wacława Sikorskiego. We wszystkich podaniach skazana szeroko opisuje, jakim potworem był mąż. I że nie miała wyjścia, musiała go zlikwidować.

W 2001 roku odwołuje się do właśnie przeczytanego artykułu w Gazecie Wyborczej, że prezydent ułaskawił zabójcę kochanki w ósmym miesiącu ciąży. - Gdzież więc jest sprawiedliwość? - pyta. Morderca pozbawił życia dwie istoty ludzkie, a ona tylko dała się omotać pewnemu pozbawionemu skrupułów narkomanowi. Czy jako samotna matka nie powinna mieć większych praw do darowania jej kary?

W trzeciej prośbie o ułaskawienie- rok 2005 - zwierza się prezydentowi, że poślubiła w więzieniu byłego skazanego, zmieniła nazwisko. Chciałaby wyjść przed terminem na wolność, głównie z uwagi na schorowanych, starych rodziców. Dozgonna opieka nad nimi to jej obowiązek.

Biuro prezydenta zleca sądowi wywiad środowiskowy. Nie jest dla skazanej korzystny. Zarówno matka jak i ojciec Krystyny są przekonani, że córka nie wywiąże się z deklarowanych obietnic. Oni zresztą mają opiekuna - mieszkającego na tym samym podwórku syna. Nie liczą też na pomoc dzieci Krystyny. Wnuczka, gdy tylko dostała dowód osobisty, opuściła dom dziadków bez słowa pożegnania, nawet nie znają jej obecnego adresu. A przecież tak się nią zajmowali. Są prostymi ludźmi, ale czują, że to dziecko nie potrafi odróżnić zła od dobra. Coś strasznego dzieje się w jej głowie, każde widzenie z matką tylko pogarsza ten stan. Już i nauczycielka mówiła, że to jest sprawa dla psychologa. Z wnukiem też są problemy.

Sąd negatywnie zaopiniował prośbę o ułaskawienie.

W podaniu z roku 2007 skazana pisze: - „Pomimo krzywdy, jaką mi mąż wyrządził, bardzo go kochałam. Często odwiedza mnie w snach i niejednokrotnie czuję jego obecność. Wiem, że mnie nie wini za to, co zrobiłam, bo u mnie wziął górę strach”.

Również Zofia prosi prezydenta o łaskę dla matki. Informuje, że wyszła za mąż, ale wzięła tylko ślub cywilny, z kościelnym poczeka na mamę. „Aby mogła mnie pobłogosławić”.

- Pańska żona mówi świętą prawdę - pisze do prezydenta - mamy nikt nie zastąpi.

Ostatnia prośba o ułaskawienie Krystyny Grzeleckiej (dawniej Sikorska) jest z kwietnia 2008 roku.

Pisze, że od podpisu prezydenta zależy jej życie. Czeka ją operacja gardła, ale ona nie zgadza się na wykonanie jej w warunkach więziennych. Gdyby darowano jej resztę kary, miałaby pewność, że gdy obudzi się po narkozie, koło jej łóżka będą stali mąż i córka.

Odpowiedź brzmi: - skazana nie zasługuje na prawo łaski.

W tym samym czasie służby policyjne zwróciły się do sądu o odebranie z parkingu depozytowego wraku samochodu Renault stojącego tam od 1995 roku. Koszty przechowywania są już bardzo duże. Sąd odpowiada, że nie jest władny do podejmowania takich decyzji.

Helena Kowalik

 

* Wszystkie dane zostały zmienione. Reportaż ukazał się w wydaniu książkowym „Warszawa Kryminalna” rok 2010 Wydawnictwo Muza