Zobaczyła tuż nad sobą twarz męża. Nie od razu usłyszała, co mówił, choć poruszał wargami. Chciał go poprosić, aby powtórzył, ale nie miała sił na wydobycie z siebie głosu. On sam się domyślił – „Mamy śliczne córki” – teraz dotarło do niej każde słowo.

- Jak to córki? Jest tylko Klaudia* –Barbara wyszeptała z trudem.

- Urodziłaś drugą..

Nie zdążyła się zdziwić, gdy zmęczona ponownie zapadła w sen. Znów siedzi –dziewczynka z warkoczykami - na schodkach prowadzących do babcinego domu. Niedaleko, na podwórku, jej rówieśnica w czerwonej sukience je jabłko i uśmiecha się porozumiewawczo, jakby się znały. Przygląda się bliżej tej dziewczynce – ależ to jej mama, jest taka, jak na fotografii w rodzinnym albumie!

Na podwórku martwa cisza, ale ona wie, że za drzwiami stoi babcia. -Zabierz mnie ze sobą na tamten świat – Iwona prosi przymilnie - ja nic nie ważę, poszybujemy w tej mgle…

Babcia coś odpowiada, ale zagłuszają ją inne głosy, krzyk: „Otwórz oczy! Basiu, otwórz oczy!”

Wszystko ją boli. Nawet powieki. Tak ciężko je podnosić. Dławi rurka w gardle, chce ją sobie wyrwać…

- Wróciłaś do nas – mówi mąż Jarek płacząc –będzie dobrze.

32-letnia Barbara dowiaduje się, że po urodzeniu córki była w śpiączce przez dwa miesiące.

 

Xxx

 

Postanowili, że drugie, wymarzone dziecko, które miało przyjść na świat w październiku 2003 roku, „urodzi po ludzku”, czyli w prywatnej klinice. I ze znieczuleniem zewątrzoponowym, bo przy pierwszej córce Barbara bardzo się namęczyła.

W Internecie znaleźli adres Kliniki Położniczo- Chirurgicznej Iatros na warszawskim Targówku. Pojechali na rekonesans. Pięknie wkomponowany w zieleń budynek, wysmakowane w każdym architektonicznym szczególe wnętrze, uśmiechnięte recepcjonistki – tak, tego szukali. Dyrektor kliniki dr Andrzej O. - z zawodu anestezjolog - pokazał im też pokoje dla położnic, zaplecze sanitarne. Wszystko, łącznie z pościelą było kolorowe, radosne. Podpisali stosowny dokument, wpłacili do kasy pieniądze.

26 października stawili się w klinice. Znieczulający zastrzyk Barbara P. miała dostać o godzinie 15.30. Mąż chciał być przy porodzie.

- Do północy – wspomina - wszystko przebiegało dobrze, przynajmniej tak mnie zapewniano. Około godz. 0.25 zauważyłem, że dr O. naciska górną część brzucha żony, co miało przyspieszyć poród. I rzeczywiście, kilka minut później urodziła się córka. Zdrowa, co potwierdził obecny na sali pediatra. Poczekaliśmy na wyjście łożyska, pokazano mi je na dowód, że nie miało zmian chorobowych. Jeszcze przed godziną pierwszą żonę z dzieckiem została przewieziona do jej pokoju, gdzie mogliśmy już bez obcych cieszyć się córeczką. Basia chciała nakarmić małą, ale bardzo cierpiała z powodu bólu brzucha. Już na sali porodowej skarżyła się, że gdy urodziła Klaudię było inaczej, dolegliwości ustały wraz z przyjściem dziecka na świat. Dr O. uspokajał nas, że to normalne przy drugim porodzie. Macica obkurcza się i musi boleć.

Dochodziło wpół do drugiej, lekarze odjechali już z kliniki do domu, zostały chyba tylko dwie pielęgniarki. Żona nadal bardzo cierpiała. Poprosiłem obsługę o leki uśmierzające ból; dostałem je, ale nie od razu, bo panie były czymś innym zajęte. Podałem też żonie łyżeczką wodę, miała takie spieczone wargi - ale zwymiotowała. Płacząc, ponownie chciała nakarmić córeczkę i nie dawała rady. Próbowałem ją podciągnąć na łóżku – gdy odkryłem kołdrę, zobaczyłem pełno krwi. Pobiegłem do pielęgniarek po pomoc.

To już był alarm, również dla właściciela kliniki, który przyjechał do krwawiącej położnicy po 20 minutach. Pół godziny później stawiła się ginekolog dr Aneta T. Pacjentkę przewieziono na salę porodów. Jarosław P. już nie miał tam wstępu; słyszał tylko, że lekarze rozmawiali o konieczności łyżeczkowania macicy. Gdy w pewnej chwili właściciel kliniki wyszedł na korytarz, uspokoił przerażonego męża pacjentki, że krwawienie nie jest groźne.

Dariusz P. nie odstępował drzwi sali porodówki.

 

Xxx

Widział, że w nocy kilkakrotnie była dowożona krew. Właściciel kliniki ściągnął jeszcze dwóch lekarzy, ale żaden nie chciał rozmawiać z wystraszonym mężem pacjentki. P. został odcięty od informacji, co się dzieje w sali porodowej. Spostrzegł jakieś zamieszanie z oznaczeniem grupy krwi, bo nie wzięli z domu odpowiedniego zaświadczenia. Nad ranem, około godz. 4. usłyszał, że Barbara płacze i prosi, aby nie dotykać jej brzucha.

O godzinie szóstej poinformowano go, że żona jest zaintubowana, gdyż chciała sobie wyrwać wszystkie wenflony. Ale sytuacja została opanowana, nie ma powodu do niepokoju.

Uwierzył, gdyż widział, że wezwani lekarze opuścili klinikę.

Trzy godziny później znów nerwowe bieganie na korytarzach; P. miał wrażenie, że personel coś przed nim ukrywa. Tym razem stanowczo domagał się informacji, co z żoną. Wtedy dr Andrzej O. powiedział mu, że doszło do atonii czyli brak kurczliwości macicy i wezwał pogotowie, bo pacjentka musi być przewieziona na OIOM do szpitala publicznego.

Po całonocnym napięciu Dariuszowi P. nerwy puściły, krzyczał, dlaczego tak późno, żona ma krwotok od pierwszej w nocy!

Właściciel kliniki tłumaczył się, że szpital na Bródnie (niezbyt odległa od Targówka dzielnica Warszawy) nie chciał przyjąć chorej z braku wolnego łóżka na oddziale intensywnej terapii, dopiero „Czerniakowski” się zgodził, już wysłali erkę.

Nieprzytomną Barbarę P. zawieziono do szpitala im. Orłowskiego na warszawskim Powiślu o 9. 30 rano. Mąż pojechał za nią.

Lekarze byli zbulwersowani, że nie dostali wyników badań, nawet oznaczenia krwi chorej. P. zadzwonił do dr Andrzeja O., by natychmiast dowiózł dokumentację – usłyszał, że to trochę potrwa, gdyż trzeba wypełnić kartę choroby.

- Stan pacjentki był krytyczny – zeznała trzy lata później przed sądem dr Małgorzata Złotorowicz ordynator oddziału intensywnej terapii w szpitalu przy ul. Czerniakowskiej. Doszło do wstrząsu krwiotocznego. Pacjentkę przywieziono z pękniętą macicą, która musiała zostać natychmiast usunięta, a następnego dnia przydatki. Nie otrzymałam od dr O. żadnej dokumentacji lekarskiej z grupą krwi chorej, dodatkowo trzeba było i tym się zająć. A mieliśmy bardzo mało czasu, neurolog wskazywał na możliwość odkorowania mózgu chorej na skutek niedotlenienia.

Ostatecznie po kartę informacyjną żony do kliniki Iatros pojechał Jarosław P. Doktorzy Andrzej O. i Aneta T. wpisali, że pacjentka miała zatrucie ciążowe oraz gestozę - chorobę spowodowaną nadciśnieniem krwi. Mąż Barbary, choć zawodowo nie ma nic wspólnego z medycyną, był zaskoczony diagnozą - lekarka, która prowadziła ciążę żony nigdy nie wspominała o nadciśnieniu.

Tymczasem Barbara P. przeszła pierwszą operację, która uratowała jej życie, ale na zawsze pozbawiła możliwości rodzenia. Chirurgicznych zabiegów było cztery, bowiem w konsekwencji wstrząsu krwotocznego (potrzebowała prawie 60 litrów krwi) doszło do zakażenia całego organizmu, sepsy. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało liczne ogniska uszkodzenia mózgu. Nadal była nieprzytomna.

W listopadzie z powodu niewydolności nerek nieprzytomną kobietę przewiezioną na dializy w szpitalu MSWiA. Była tam prawie dwa tygodnie, nadal w śpiączce, aż do dnia, gdy nerki zaczęły funkcjonować bez wspomagania. Następnie wróciła na oddział OIOM-u w szpitalu przy ulicy Czerniakowskiej.

Przytomność odzyskała w połowie grudnia. Miała jednak niedowład nóg i rąk. W takim stanie przewieziono ją do Instytutu Psychiatryczno-Neurologicznego przy ulicy Sobieskiego, gdzie przez sześć tygodni nie podnosiła się z łóżka. Potem miała stany zaburzenia świadomości, depresje, lekkie stany urojeń. Gdy opuszczała szpital, mogła poruszać się przy pomocy wózka inwalidzkiego. Ale to był chód osoby niepełnosprawnej, tzw. brodzący.

 

Xxx

 

Prokuratura dla Warszawy Praga Północ oskarżyła właściciela kliniki Iatros oraz zatrudnioną tam ginekolog dr Anetę T. z artykułu 152 §1 i 2 kk. Stwierdza on - w paragrafie pierwszym – że kto powoduje ciężki uszczerbek na zdrowiu podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10. Jeżeli sprawca działał nieumyślnie, podlega karze więzienia do lat 3.”

Konkretnie dr Anecie T. postawiono zarzut, że nie rozpoznała u położnicy pęknięcia macicy, zaniechała przeprowadzania we właściwy sposób czynności diagnostycznych oraz koniecznej interwencji operacyjnej, w następstwie czego zbyt późne przekazano chorą do szpitala dysponującego większymi możliwościami leczniczymi niż klinika Iatros.

Skutki takiego postępowania to uszkodzenie układu nerwowego (w wyniku niedotlenienia po przebytym krwotoku poporodowym), usunięcie macicy, powikłania z ostrą niewydolnością nerek, zaburzeniami krzepliwości, niedowład rąk i nóg, posocznica..

Dr Aneta T. nie uważała, że w postępowaniu z rodzącą popełniła błąd lekarski. Z pacjentką był pewien problem, twierdziła, bo miała gestozę, wynikającą z nadciśnienia. Lecz ta choroba nie była symptomem powikłań mogących wystąpić po porodzie.

Przesłuchano lekarkę, która prowadziła ciążę pacjentki - zdecydowanie zakwestionowała rozpoznanie dr T. Regularnie, przez dziewięć miesięcy badała u ciężarnej ciśnienie i nigdy nie przekroczyło ono górnej granicy. Na kolejnej rozprawie oskarżona wyjaśniła, że w historii choroby pacjentki powinno być wpisane rozpoznanie egestozis, co oznacza obrzęki ciążowe. Pojęcie gestozy nie jest obecnie używane, a same obrzęki nóg w tym stanie nie są patologią. I nie były objawem nadciśnienia.

Dr Andrzej O. został oskarżony o zbyt późne podjęcie decyzji o przewiezieniu Barbary P. do publicznego szpitala. Ponadto o to, że w trakcie porodu wykonywał czynności polegające na naciskaniu dłonią na górną część brzucha położnicy (tzw. zabieg Kristellera), aby przyspieszyć akcję

Właściciel kliniki również nie przyznał się do żadnego z zarzucanych im czynów. Wyjaśnił, że oddał mężowi Barbary P. pieniądze wpłacone za poród z zaznaczeniem, że nie oznacza to przyznania się do popełnionego błędu, tylko zrozumienia trudnej sytuacji finansowej klienta.

Zaprzeczył słowom męża pacjentki, jakoby naciskał na brzuch rodzącej. Twierdził, że nie widział też, aby ktoś inny stosował zabieg Kristellera. On zajmował się Barbarą P. tylko jako anestezjolog, zgodnie z wymogami sztuki lekarskiej. Za czynności ginekologiczne odpowiadała dr Aneta T. Nie zauważył, aby poród przebiegał nieprawidłowo. Zeznanie Jarosława P., że po odbiorze porodu lekarze opuścili prywatną klinikę i zostały tylko pielęgniarki, ocenił jako kłamliwe, oszczercze.

Potwierdził natomiast, że gdy Barbarę P. ponownie zabrano na salę porodową (aby przez tzw. łyżeczkowanie zahamować krwotok), po kilku godzinach wyszedł do męża pacjentki i powiedział, że sytuacja jest opanowana. Nie przypuszczał wtedy, że krwotok wróci i dlatego zwolnił lekarzy do domu.

Jako anestezjolog bał się powikłań pooperacyjnych i to spowodowało, że telefonicznie szukał łóżka na OJOM-ie w dużym, publicznym szpitalu. Niestety, mimo uruchomienia znajomości, przez kilka godzin nie był w stanie tego załatwić. Ale w tym czasie pacjentka dostawała krew, leki, była sztucznie wentylowana.

Dr O. przesłuchiwany w prokuraturze ponownie po kilku miesiącach, już nie pamiętał, jaki był jego udział w odbieraniu porodu, poza opieką anestezjologiczną. Ale na pewno nie naciskał na brzuch rodzącej. Owszem, gdy doszło do krwotoku, rozważał ewentualność usunięcia macicy i dlatego wezwał drugiego ginekologa, który jednak nie podzielił jego zdania, przychylając się do opinii dr Anety T. aby „łyżeczkować”.

Właściciel prywatnej kliniki bagatelizował oskarżenie prokuratora: - Jego zdaniem w momencie przekazywania Barbary P. do szpitala przy ul. Czerniakowskiej stan ogólny chorej nie wskazywał na bezpośrednie zagrożenie życia.

Nie pamiętał, czy w dniu porodu dysponowali wynikami badań krwi rodzącej.

 

Xxx

Na pierwszej rozprawie w sądzie zarówno oskarżeni jak i mąż Barbary P. podtrzymali to, co mówili w śledztwie. Sama poszkodowana nie była w stanie przyjść na rozprawy - miała depresję.

Sąd postanowił, aby o odbieraniu porodu wypowiedzieli się biegli lekarze z Zakładu Medycyny Sądowej w Białymstoku.

W styczniu 2004 roku taka opinia nadeszła od ginekologów Zbigniewa Antoniuka i Jerzego Przepieścia.

Biegli przede wszystkim szukali w dokumentacji medycznej Iatrosu uzasadnienia dla indukcji porodu przez sztuczne wywołanie skurczów macicy u ciężarnej. Sąd pytał o to, mając w pamięci zeznania Jarosława P. który widział, jak anestezjolog O. naciskał na brzuch żony kilka minut przed pojawieniem się dziecka.

- „Sposób zainicjowania czynności skurczowej macicy a następnie porodu można określić jako dopuszczalny, aczkolwiek w tym przypadku metodą z wyboru powinna być dożylna infuzja oksytocyną”. – stwierdzili w swej opinii.

Zastrzeżenia specjalistów z Białegostoku budziło też to, co działo się z położnicą w trakcie czwartego etapu porodu, czyli dwie godziny po urodzeniu dziecka. Barbara P. nie była obserwowana przez lekarzy a nawet położną od chwili, gdy przewieziono ją do pokoju matki. A przetransportowano ją tam za wcześnie.

Jako przyczynę skrajnie ciężkiego stanu kobiety lekarze z Białegostoku uznali pękniecie dolnego odcinka ściany macicy w końcowej fazie porodu. Niestety, w prywatnej klinice nie tylko nikt tego nie rozpoznał mimo, że obraz klinicznych powikłań dawał podstawy do takich podejrzeń. Możliwości zszycia macicy tuż po jej pęknięciu istniały, ale stracono je, bo zbyt późno przekazano pacjentkę w ręce doświadczonych chirurgów-ginekologów ze szpitala publicznego.

Stopień utraty zdrowia pacjentki został określony w opinii z Zakładu Medycyny Sądowej w Białymstoku jako wysoki: bezpowrotna utrata zdolności płodzenia, nieuleczalna choroba neurologiczna i kilka innych, które spowodowały, że młoda kobieta została rencistką.

Adwokat właściciela Iatrosu w odpowiedzi na tę opinię zauważył, że jej autorzy nie wzięli pod uwagę okoliczności, że lecznica, aczkolwiek uprawniona do przeprowadzania porodu jest ośrodkiem o najniższym stopniu referencji. Oznacza to, że gdy zdarza się poważne powikłanie, klinika nie jest w stanie pomóc, musi szukać ratunku dla pacjentki w innych, lepiej wyposażonych placówkach. Czy jednak o takich ograniczeniach są uprzedzani potencjalni klienci Iatrosu, gdy zastanawiają się nad wyborem miejsca do rodzinnego porodu – o tym mecenas już w swym wniosku nie wspomniał.

 

Xxx

 

W terminarzu rozpraw nastąpiła ponad roczna przerwa, sąd czekał bowiem na poprawę zdrowia poszkodowanej przynajmniej o tyle, aby mogła stanąć za barierką i odpowiedzieć na pytania.

Ale kolejne badania Barbary P. nie rokowały dobrze. Nadal miała niedowład nóg, rąk i ciężką depresję.

Gdy wreszcie sąd wyznaczył rozprawę na drugą połowę lutego 2008 roku, Barbara P. była w sanatorium. Poruszała się z trudem. Komisją ZUS do orzekania o niepełnosprawności przyznała jej drugą grupę inwalidztwa. Na szczęście wróciła do poprzedniej pracy - w bibliotece. Tylko w innym dziale, gdzie nie musiała rozmawiać z czytelnikami, ani niczego dźwigać. Cisza wokół – to był warunek leczącego ją psychiatry.

Jarosław P. sam chodził do sądu na rozprawy.

Zmieniła się atmosfera podczas procesu. Andrzej O. i Aneta T., którzy od początku nie przyznawali się do winy, w miarę upływu lat zachowywali na sali rozpraw znacznie pewniej, niż bezpośrednio po tragicznym porodzie. Mieli powody do dobrego samopoczucia, bo ton wypowiedzi innych lekarzy - świadków a nawet biegłych był dla oskarżonych łaskawszy.

Dr Małgorzata Złotorowicz wprawdzie zeznała jak skomplikowane operacje przeszła pacjentka („Takie przypadki pamięta się przez całe życie, a nawet na emeryturze”), ale zaznaczyła, że w Iatros „robili, co mogli”. W szpitalu przy Czerniakowskiej w operacji Barbary P. bezpośrednio uczestniczyło sześciu lekarzy, takiego zabiegu nie sposób przeprowadzić w malej prywatnej klinice.

Opóźnienie z zamówieniem krwi dla pacjentki nie miało wpływu na czas operacji, gdyż w międzyczasie podano płyny krwiozastępcze.

Inni świadkowie niewiele już pamiętali z owej tragicznej nocy.

Ci z kliniki Iatros, jak dr Jacek T., którego Andrzej O. wezwał w na pomoc, gdy nie można było opanować krwotoku, nie mógł sobie przypomnieć, czy dotykając brzucha pacjentki stwierdził obkurczenie macicy. Całkowicie też wyszło mu z głowy, jakiego rzędu było krwawienie. - „Chyba normalne”. – zeznał.

Jedno tylko wiedział na pewno – w trakcie porodu nie stosowano ucisku na dno macicy.

Monika S. położna z kliniki Iatros nie pamiętała, aby ktoś ją informował na sali porodowej o przyczynie krwawienia pacjentki.

Inna położna Anna K., która zmieniała pacjentce podkłady na łóżku, nie mogła sobie przypomnieć takiej sytuacji, że mąż położnicy sygnalizował, iż jego żona leży w kałuży krwi.

Jedno zapamiętała na pewno – dr Andrzej O. nie naciskał na brzuch rodzącej, aby przyspieszyć poród. Lekarze mogli tylko sprawdzać napięcie macicy przez dotknięcie brzucha.

-Tak – odpowiedziała twierdząco na pytanie prokuratora, czy nadal pracuje w tej prywatnej klinice.

Wezwani na rozprawę biegli dr Zbigniew Antoniuk i dr Jerzy Przepieść również wykazywali wiele zrozumienia dla oskarżonych kolegów po fachu. W zeznaniach przed sądem zaprzeczyli temu, co wcześniej stwierdzili w opinii.

- Pisząc, że prawdopodobnie dokonano ucisku na dno macicy - oparliśmy się wyłącznie na zeznaniach męża pacjentki, który nie może być wiarygodny, bo przecież nie zna się na medycynie. A innych dowodów na stosowanie zabiegu Kristellera nie ma – tłumaczył przed sądem jeden biegłych.

Dr Jerzy Przepieść zauważył, że często mężowie uczestnicząc przy porodzie oceniają nieobiektywnie ilości krwawienia. Jarosław P. jest tego przykładem.

- Spotykamy się z taką sytuacją - dodał dr Antoniuk - że znaleziono na łóżku chorej plamki krwi wielkości kieliszka 50 gramowego, a laikowi jawi się to jako obfite krwawienie.

Biegli zauważyli wprawdzie, że lekarze z prywatnej kliniki dość powierzchownie ocenili stan położnicy dwie godziny po porodzie (nie rozpoznali pęknięcie macicy z chwilą wystąpienia ponownego krwawienia) ale zaraz dodali: „nie czynimy w związku z tym żadnego zarzutu. Nie ma zwyczaju, że lekarz jest obecny przy pacjentce jeszcze przez dwie godziny po porodzie. Takie obserwacje prowadzi położna”.

Poza tym –przekonywał sędziego dr Przepieść- zdiagnozowanie pęknięcia macicy jest domeną ginekologa położnika, a nie anestezjologa. Najlepiej to stwierdzić po otwarciu jamy brzusznej. W przypadku Barbary P. po wystąpieniu pierwszego krwotoku nie było wskazań do takiej operacji. Pęknięcie można też sprawdzić ręcznie, ale odstąpienie od takiej metody to uchybienie, a nie błąd.

Jeden tylko zarzut z pierwotnej pisemnej opinii został podtrzymany przez zeznających: decyzja o operacji powinna nastąpić natychmiast po ponownym załamaniu się stanu pacjentki, około godz. 6 rano. Tymczasem chora dotarła do publicznego szpitala prawie cztery godziny później.

- Skutki takiego opóźnienia dla zdrowia pani P. są już bardzo poważne – zeznał dr Antoniuk - w mózgu nastąpiły zmiany z powodu niedotlenienia. Choroba jest może uleczalna, a na pewno długotrwała.

 

Xxx

 

Oskarżeni postarali się o jeszcze jedną opinię, tym razem prywatną – prof. Mirosława Wielgosia, konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie ginekologii i położnictwa dla woj. Mazowieckiego, biegłego sądowego z listy sądu okręgowego.

Profesor nie miał żadnych zastrzeżeń do lekarskiej opieki nad pacjentką również podczas dwóch pierwszych godzin po porodzie. A i późniejsze czynności ocenił jako słuszne i właściwe. Nie widział opóźnienia w podjęciu decyzji o przewiezieniu pacjentki do publicznego szpitala. Na ostatnie pytanie prokuratora: - Czy wcześniejsze rozpoznanie lub wcześniejsze interwencja chirurgiczna zmieniłyby zakres działań lekarzy ratujących życie pacjentki- odpowiedział przecząco. Usunięcie macicy było nieuniknione, również z punktu widzenia etyki lekarskiej.

- Oskarżenie dr O. i dr T. o pozbawienia zdolności płodzenia w sytuacji, gdy było to postępowanie ratujące życie, w dodatku z dużym prawdopodobieństwem nieuniknione, uważam za krzywdzące i nieadekwatne do sytuacji. Jest pewna hierarchia wartości - zakończył swoją opinię.

Również ginekolog Marcin L, do którego telefonował właściciel kliniki prosząc o pomoc w znalezieniu miejsca na OJOM-ie (L. miał znajomych szpitala MSWiA przy ulicy Wołoskiej) był zdziwiony oskarżeniem dr Andrzeja O: - Przecież to, że właściciel kliniki uruchomił własne prywatne kontakty środowiskowe, aby operacja odbyła się w lepiej wyposażonym szpitalu było przejawem najwyższej troski o dobro pacjentki!. Mógł wezwać pogotowie i niech się dalej martwią.

Świadek zeznał, że dlatego współpracuje z dr Andrzejem O. gdyż wie, że świadczenia jego klinice są na najwyższym poziomie. Kiedy ma pacjentkę, która decyduje się na opłacenie zabiegu operacyjnego, kieruje ją właśnie do Iatros.

Cztery lata po otrzymaniu pierwszej opinii z Zakładu Medycyny Sądowej w Białymstoku od tych samych biegłych nadeszły jeszcze - na żądanie sądu – wnioski uzupełniające. Sąd chciał, aby lekarze ocenili aktualny stan zdrowia Barbary P.. - w jakim stopniu jest on następstwem tragicznego porodu.

Z przekazanej im dokumentacji wynikało, że młoda kobieta poza utratą zdolności płodzenia doznała poważnych uszkodzeń kręgosłupa prawie na całej jego długości. Ma zaburzenia lękowe i objawy zespołu psychoorganicznego. Cierpi na depresję.

Doktorzy Antoniuk i Przepieść uznali, że wymienione choroby są następstwem trudnych do przewidzenia powikłań, które nie powinny obciążać personelu medycznego. Lekarz nie może też odpowiadać za utratę macicy, ponieważ taka sytuacja „jest naturalnym powikłaniem towarzyszącym porodowi”.

Nie byli też w stanie powiedzieć, czy gdyby zabieg wykonano wcześniej, pacjentka uniknęłaby kolejnych komplikacji ze zdrowiem. Ich zdaniem przy tak skomplikowanym przebiegu porodu w pewnym sensie osiągnięciem oskarżonych jest to, że kobieta nie zmarła na sali operacyjnej.

Gdyby anestezjolog Andrzej O. nie walczył o miejsce dla niej na OJOM-ie w innym szpitalu, prawdopodobnie Barbara P. nie przeżyłaby. Tymczasem jej stan musi być dobry, skoro wróciła do pracy.

Zarówno prokurator jak i pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego uznali, że wobec tego, że ginekolodzy z Białegostoku co raz zmieniają zdanie, trzeba zasięgnąć opinii innej grupy biegłych.

Sąd zgodził się z tym stanowiskiem. Był koniec listopada 2008 roku. Młodsza córka Iwony P. skończyła 5 lat.

Poszukiwanie nowych biegłych nie obarczonych na tyle zamówieniami z sądów, że mogliby w stosunkowo krótkim czasie napisać opinię, trwały trzy lata.

Sąd zwracał się do Zakładów Medycyny Sądowej w Poznaniu, Warszawie, Gdańsku, Łodzi, Kielcach i zewsząd dostawał odpowiedź, że nie mogą przyjąć zlecenia, tak są zawaleni robotą. Liczba spraw w sądach z oskarżenia o popełnienie błędu medycznego, lawinowo rośnie. Ostatecznie udało się wypertraktować tylko rok czekania z biegłymi w krakowskim Zakładzie Medycyny Sądowej.

W procesie nastąpiła kolejna, wielomiesięczna przerwa. Przewodniczący składu sędziowskiego chciał nawet zawiesić postępowanie, ale jego zwierzchnik nie zgodził się, bowiem „przeszkoda uniemożliwiająca kontynuowanie postępowania, nie leży po stronie oskarżanej”.

 

Xxx

 

W tym czasie sprawę lekarzy z Iatrosu badał Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej w Warszawie.

Na jego zlecenie ginekolog z Łodzi, prof. dr Andrzej Zdziennicki wydał opinię o przypadku Barbary P: „Od momentu wystąpienia krwotoku należało zdiagnozować badaniem USG, czy z krwotokiem na zewnątrz nie współutrzymuje się krwawienie do jamy otrzewnej. Dwukrotna utrata po 1,56 l krwi w krótkim czasie, nie uzyskanie wyskrobin z jamy macicy, były wskazaniem do chirurgicznej rewizji narządu rodnego przez otwarcie jamy brzusznej. Jeżeli zespół lekarzy nie miał możliwości przeprowadzenia operacji, należało pacjentkę w trybie pilnym przesłać do ośrodka referencyjnego. Tak więc decyzja dr Anety T. była spóźniona. Wdrożenie leczenia po zabiegu wyłyżeczkowaniu jamy macicy, krew, płyny infuzyjne, osocze, były uzasadnione jedynie na okres oczekiwania na transport pacjentki.

Wezwany następnie na rozprawę dr Andrzej Zdziennicki dodał, że przypadki pęknięcia macicy przy porodzie zdarzają się niezbyt często i zwykle jest to związane ze stosowaniem niedozwolonego czynu.

Profesor nie chciał jednak sprecyzować, czy ma na myśli to, o czym mówił w sądzie mąż Barbary P. - że na jego oczach dr O. uciskał na brzuch żony, aby przyspieszyć poród.

Nadszedł rok 2010.Córeczka państwa P. miała iść we wrześniu do pierwszej klasy. Latem do sądu nadeszła oczekiwana opinia ginekologów z Krakowa. Podpisali się pod nią prof. dr hab. Alfred Rerom, prof. dr Małgorzata Kłys i dr Barbara Próchnik.

Orzekli, że z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, iż pęknięcie macicy mogło nastąpić na granicy I i II okresu porodu, czyli tuż po północy, lub podczas parcia w II okresie porodu, zakończonego o godzinie. 0 25. Stosowanie ucisku na dno macicy w końcowej fazie II okresu byłoby niedopuszczalne. Biegli nie znajdując w dokumentacji ani w zeznaniach lekarzy i położnych jakichkolwiek dowodów na stosowanie zabiegu Kristellera niejako na marginesie zauważyli, że w czasie porodu pod znieczuleniem utrzymywanie dłoni na brzuchu jest w pełni uzasadnione, gdyż lekarz wyczuwając skurcz macicy może polecić przeć. Ale położnik, a nie anestezjolog.

Zdaniem biegłych przyczyną atonii (niedowładu) macicy było najprawdopodobniej prowokowanie lub indukcja porodu preparatem Prepidil. Indukcja porodu wiąże się ze zwiększonym ryzykiem cięć cesarskich i pięknieć macicy.

Za prowadzenie porodu odpowiadała dr T. To jej powinno się nasunąć podejrzenie pęknięcia macicy. Wskazywały na to najpierw atonia macicy a potem masywny krwotok.

Gdyby pacjentka jeszcze przez dwie godziny po przyjściu na świat dziecka była monitorowana na sali porodowej, była szansa na wczesne rozpoznanie co się z nią dzieje. Ale leżała na łóżku w pokoiku dla położnic i miała koło siebie tylko męża. To wbrew procedurom, gdyż wiele lat temu wprowadzono tzw. 4 okres porodu, owe dwie godziny po urodzeniu łożyska.

Klinika Jatras legitymowała się zaledwie pierwszym poziomem referencyjnym – uzyskała zatem zgodę na prowadzenie porodu, ale w przypadku powikłań choćby takich jak krwotok, powinna mieć możliwość natychmiastowego ulokowania rodzącej w szpitalu o wyższym stopniu referencyjności.

Sąd postanowił wezwać biegłych z Krakowa, gdyż zarówno prokurator jak i pełnomocnik pokrzywdzonej chcą zadać im wiele pytań. Z uwagi na liczne obowiązki tych specjalistów, termin rozprawy wyznaczono na styczeń 2011 roku.

W międzyczasie przyszło zawiadomienie z Izby Lekarskiej, że sprawa skargi na lekarzy z kliniki Iatros uległa przedawnieniu.

 

Xxx

 

Z Barbarą P. spotkałam się kawiarni w pobliży sądu. Tylko raz była na rozprawie; ciągle nie jest dostatecznie silna psychicznie, aby odpowiadać na pytania oskarżonych.

Gdy wspomina miesiące na łóżku czy inwalidzkim wózku w Instytucie Psychiatryczno-Neurologicznym, nie może powstrzymać łez. Wie, że tak daje o sobie znać depresja, z którą ciągle musi walczyć, choć od porodu minęło już sześć lat.

Odkąd odzyskała świadomość, ma ogromne poczucie krzywdy, że jej malutkie dziecko przytulało się do swego ojca, cioci, babci, tylko nie do niej. W Instytucie nie pozwolono jej nawet trzymać pod poduszką zdjęcia córki.

Nauka chodzenia na długich korytarzach szpitalnych była męczarnią, również dlatego, że z powodu choroby nerek miała spuchnięte stopy, w których nie mieściły się żadne buty. A do tego bezwładne ręce, nie była w stanie nawet sięgnąć po butelkę z wodą stojącą na szafce koło łóżka. Z bezsilności płakała tak, że dostawała krwotoku z nosa. Ze szpitala wyjechała na wózku inwalidzkim. I wielkim psychicznym urazem po tym, co ją spotkało. Pozostał do dziś - gdy przejeżdża koło Instytutu, czuje ciarki po plecach.

Do pracy wróciła po dwóch latach z drugim stopniem niepełnosprawności. Długo chodziła jak bocian, co krok podnosząc nogę do góry.

Leczy się u psychologa, psychiatry, neurologa, endokrynologa, ginekologa i ortopedy. Mimo to jeszcze nie radzi sobie w obowiązkach domowych. W miarę możliwości finansowych korzysta z urządzeń pobudzających całość organizmu. Ale pięć takich zabiegów kosztuje 170 zł; nie podlegają refundacji z Funduszu. Z pensji bibliotekarki nie stać ją takie wydatki.

Na ostatniej rozprawie prokurator zapytał oskarżonych o ich miesięczne zarobki.

Dr Aneta T. która już nie pracuje w Iatros, teraz prowadzi coś rodzaju pogotowia położniczo-ginekologicznego, podała 10 tyś zł. Dr Andrzej O., nadal właściciel tej samej kliniki ocenił, że na czysto wychodzi na 20 tys. zł.

W marcu 2011 roku, osiem lat po tragicznym porodzie, Sąd Rejonowy dla Warszawy Praga Północ uznał dr Anetę T. za winną tego, że jako ginekolog obecny pryz porodzie pacjentki Barbary P. nieumyślnie spowodowała u niej chorobę zagrażającą życiu i bardzo poważne komplikacje zdrowotne na wiele lat.

Oskarżona nie rozpoznała pęknięcia macicy, bez uzasadnienia zaniechała koniecznej interwencji operacyjnej, co spowodowało kolejny krwotok i związane z tym powikłania.

Sąd wymierzył lekarce karę grzywny w wysokości 150 stawek dziennych pryz ustaleniu wartości jednej stawki na kwotę 300 zł, a ponadto orzekł 13.860 zł nawiązki na rzecz pokrzywdzonej

Właściciel kliniki został uniewinniony.

Wyrok nie jest prawomocny, obie strony złożyły apelację.

 

xxx

 

Wpisy pacjentek na stronie internetowej Lecznicy Chirurgiczno Położniczej Iatros są nadal entuzjastyczne, jak ta: - „Rodziłam i bardzo gorąco polecam. Zresztą do tej pory rodziły tam trzy moje znajome i każda również zadowolona”.

Hasło reklamowe kliniki w internecie brzmi: „Z nami polubisz leczenie”.

 

 

PS. Imiona poszkodowanych zostały zmienione.