Nie wygląda na taką, która wydaje rozkaz – zabić tego człowieka. Nawet na ławie oskarżonych z jej twarzy o delikatnych rysach nie schodzi łagodny uśmiech. Czasem zasłania go gęstwa popielatych blond włosów, które odgarnia kokieteryjnym ruchem. Mimo długiego siedzenia w areszcie, jest opalona. Ale może to sprawa makijażu. Ma 36 lat i dba o swój wygląd. Przed pierwszą rozprawą w sądzie zgłosiła tylko jedną prośbę – aby rodzina mogła dostarczyć jej do celi farbę blond. Bo pojawiły się odrosty.

Starsi mieszkańcy uliczki na warszawskiej Pradze, gdzie Agnieszka R. miała sklep spożywczo monopolowy do dziś nie mogą uwierzyć w to, o co została oskarżona. – Pani Agnieszka? Taka dobra kobieta, która stałym klientom, gdy pod koniec miesiąca już po emeryturze nie zostało ani grosza, dawała na kreskę chleb, czy mleko? Zagadnięta emerytka radzi mi gdzie indziej szukać złoczyńców. Biedną panią R., spotkało takie nieszczęście, zaginął jej mąż, prawdopodobnie zabity przez bandziorów, a tu jeszcze dziennikarze węszą.

Jednakże wywiad policji rzucił na oskarżoną inne światło. Urodzona w podwarszawskim miasteczku, nie poczuwa się do obowiązku odwiedzenia matki, której ciężko żyje się ze skromnej renty po mężu. Rodzicielka nawet nie zna adresu jedynej córki. O zięciu wie tyle, że ma na imię Adam, ślub był trzynaście lat temu, chwała Bogu, że w kościele. Wnuczka ma na imię Dominika i mieszka z rodzicami jej ojca na wsi, niezbyt daleko od stolicy. Babcia ze strony matki nie ma z nią kontaktu.

 

xxxx

 

Tragiczne wydarzenia, które doprowadziły Agnieszkę R. przed prokuratora zaczęły się w sobotnią noc z 4 na 5 sierpnia 2004 roku.

Mąż Adam Ch. nie wrócił na noc do domu. Jeszcze wieczorem rozmawiała z nim przez telefon, pytała, na którą szykować kolację. – Niedługo będę – odpowiedział – jestem pod marketem, czekam na „Uchala” (to pseudonim Krzysztofa R. z Wołomina) i „Małpę” – (Grzegorz K. z tej samej gangsterskiej paczki). Ilekroć mówili o znajomych od interesów, nie używali ich prawdziwych nazwisk. Ksywy wystarczały.

Powinien wrócić koło dziewiątej. Ale nie przyjechał. R. odczekała jeszcze godzinę i zła jak diabli wykręciła numer jego komórki. Telefon był wyłączony. Wysłała SMS, żeby do niej zadzwonił. Zamiast męża odezwał się jego kolega z informacją, że Adam trochę wypił i zmorzył go sen. Leży na materacu w ich wynajmowanym lokalu przy ul. Szkoły Orląt..

Nie spodobało się jej to. Mniejsza o alkohol, Adam nie wylewał za kołnierz. Tylko – dlaczego wszyscy uczestnicy libacji, a domyślała się kto tam był – mieli powyłączane telefony? Zrazu chciała podjechać do tego mieszkania, ale nie mogła znaleźć zapasowych kluczy. A skoro tam ostro piją, to jej nie otworzą. Awantury na korytarzu nie zrobi, właścicielka miałaby pretensję. Taki elegancki blok, z kamerami i ochroniarzami na dole.

Czekała do północy, w końcu poszła spać. Dręczyły ją koszmary.

Rano zadzwoniła do „Uchala” – twierdził, że nie doczekał się Adama pod marketem, a potem już nie szukał z nim kontaktu. – Nie mieszaj mnie w wasze sprawy, wiesz przecież, że ja się ukrywam przed „psami” – zastrzegł się.

Pojechała do swego sklepu. Sąsiadował z budką kolektury wyścigów konnych, którą prowadziło małżeństwo B. Bardzo dobrze się znali, przyjaźnili. Pożaliła się Grażynie B., że Adam nie wrócił na noc. Przepadł jak kamień w wodę. A jej Wiesiek w domu? Może on coś wie? Często razem pili, zwłaszcza, gdy łączyły ich wspólne interesy.

–Jeszcze nie wytrzeźwiał po wczorajszym – usłyszała.

 

xxx

 

R. decyduje się zajrzeć do wynajmowanego na magazyn mieszkania przy ulicy Szkoły Orląt. Czasem gościnnie nocował tam ich znajomy Z. Nadal są problemy z kluczem, bo jedyny komplet miał Adam, a drugi gdzieś się zapodział. Trzeba wzywać właścicielkę.

Wchodzą do mieszkania. Nie ma nikogo. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to uszkodzone drzwi do małego pokoju. Nie znajdują żadnych rzeczy zaprzyjaźnionego sublokatora. Szafa na ubrania jest pusta. Zniknęły paczki z towarem. Na balkonie stoi tylko rower Adama. – Coś tu się musiało stać – mówi R. do właścicielki.

Nazajutrz jedzie na policję. Dyżurny przyjmuje zgłoszenie o zaginięciu Adama Ch., ale radzi też szukać męża na własną rękę. Może gdzie zabawił?

W czasie spisywania danych, w torbie kobiety odzywa się komórka. To dzwoni dobrze jej znany kumpel męża; mówi, że zaraz podjedzie pod komendę, żeby poczekała. Razem wracają do sklepu, idą na zaplecze. A tam już siedzi Wiesław B. Słyszał od swej żony, że Agnieszka szuka męża i przyszedł ją uspokoić. Adam na pewno zaszył się w jakiejś dziupli spotkanego kumpla, popili i teraz odsypia. No, chyba – właściciel kolektora robi oko – że za tym kryje się kobita. Agnieszce nie jest do śmiechu. Jeszcze raz pyta Wiesława B. czy pił razem Adamem w mieszkaniu przy ulicy Orląt.

– Tak, ale mnie film szybko się urwał. Nie wiem, w jaki sposób wróciłem w nocy do domu. Rano zauważyłem, że nie mam komórki, ani zegarka.

– A czy była z wami Beata K.? – chce wiedzieć Agnieszka.

– Była.

R. sprowadza do sklepu tę konkubinę jednego ze znajomych jej męża.

– Dlaczego mnie oszukałaś mówiąc, że nie widziałaś wczoraj Adama? Jeśli coś mu się stanie, to ci rozjebię łeb. Wszystkim pospadają łby, zapłacicie mi za to! – krzyczy, podstawiając kobiecie pod noc pistolet.

Wiesław B. wraca do siebie. Po południu jeszcze raz przychodzi do Agnieszki. Na zapleczu sklepu siedzi jej 12–letnia córka. Przyjechała ze wsi, od dziadków, ściągnięta przez matkę. Popłakuje. B. pociesza ją, że ojciec na pewno się znajdzie. W sklepie jest kilku klientów, obsługuje ich ekspedientka Krystyna M. Co trochę odzywa się skoczna melodyjka w komórce siedzącej na zapleczu Agnieszki. Właśnie dzwoni R. („Uchal”), chce, aby przyjechała na wskazaną stację CPN. Kobieta natychmiast wsiada do swego mercedesa. Razem z nią siostra Adama Marzena Ch. i jego młodszy brat Grzegorz.

Później Marzena Ch. zezna przed śledczym: – Na bratową czekałam w samochodzie. Ona weszła do baru na stacji paliw. Nie słyszałam jej rozmowy z „Uchalem”. Gdy wróciła, powiedziała, że z zaginięciem Adama na coś wspólnego Wiesiek B., ten od kolektury. „Uchal” nic więcej nie chciał ujawnić. Przez całą powrotną drogę ktoś usiłował się do Agnieszki dodzwonić, ale gdy pytała kto mówi, głos niknął. Tak, jakby tylko sprawdzali, czy ma ze sobą telefon.

Ledwo R. weszła do swego sklepu, otrzymała SMS z żądaniem okupu za porwanego Adama: „Dwie bańki przy zaporze. Droga na Nasielsk. Inaczej go już nie zobaczysz”. Odpowiedziała, że da pieniądze, jeśli usłyszy głos męża.

Zaraz potem przybiegł Wiesław B. zdenerwowany, gdyż dostał taką samą wiadomość na nowy telefon, który dzień wcześniej sprezentowała mu R. W trakcie oglądania sms–ów jego telefon kilkakrotnie dzwonił, ale on natychmiast go wyłączał. Właścicielka sklepu zdążyła jednak podejrzeć, że to był ten sam numer, który wyświetlał się w jej komórce, gdy wracała z baru na stacji paliw. Wpadła w szał. – Komu dałeś ten nowy numer! - krzyczała - nikt poza tobą go nie znał!. On, że nikomu, nie rozumie, o co chodzi. Ale kobieta wyrwała mu aparat telefoniczny i przeszukała wiadomości. Znalazła sms-y z tej nocy, kiedy zaginął jej mąż. B. kogoś informował, że jedzie, zostało mu jeszcze około stu kilometrów. Zatem kłamał, gdy ją zapewniał, że wieczorem z soboty na niedzielę wrócił do swojego domu. I kłamała jego żona, twierdząc, że tej nocy byli razem.

R. odsłuchując w telefonie nagranie w nowym telefonie przyjaciela ich domu Wieśka B., miała wrażenie, że słyszy głos Jacka K. ksywa „Citek”, ich znajomego. Ale Wiesiek gwałtownie zaprzeczał: – Bzdury!

Ona jednak już wiedziała, co o tym myśleć.

– To znaczy? – zapytał rok później, w czasie pierwszego przesłuchania śledczy.

– Że podejrzenia „Uchala” się potwierdzają.

Według jej zeznań, wydarzenia potoczyły się następująco: Gdy pod sklep podjechał Krzysztof R. „Uchal” z Grzegorzem K. „Małpą”, zostawiła Wieśka B. na zapleczu, skąd można było dostać się do piwnicy. Wybiegła do niespodziewanych gości mocno wzburzona. Po chwili B. też chciał wyjść, już był blisko drzwi, ale drogę zagrodzili mu ci dwaj. Wepchnęli go do piwnicy.

Z zeznania Grzegorza Ch, brata Adama, który wkrótce potem zjawił się w sklepie bratowej wynika, że „Uchal” z „Małpą” rozmawiali z Wieśkiem B. prawie dwie godziny. Czasem docierał na górę ich krzyk. Kilka razy wychodzili na podwórko, aby gdzieś telefonować, z kimś się naradzić. Gdy zostawiali B. samego, kazali Grzegorzowi go pilnować, aby nie uciekł. Ale za którymś razem nie dał rady. Wiesiek to był kawał chłopa, ważył ponad sto kilogramów. Przewrócił Grzegorza Ch. i wybiegł na ulicę. Gnał prosto do ochroniarzy, którzy stali przed sąsiednim budynkiem. Nim poprosił o ratunek, „Uchal” z „Małpą” go dogonili; funkcjonariuszom powiedzieli, że mają z kolegą pewną sprawę do obgadania, a on sobie żarty stroi, bawi się w chowanego. I wszyscy trzej równym krokiem wrócili z powrotem do piwnicy. Upłynęła kolejna godzina, gdy do Grzegorza Ch. który stał w tym czasie przed sklepem, dotarł krzyk Wieśka: - Ja tego nie zrobiłem! Adam jest moim przyjacielem!

W chwilę później do młodszego Ch. podeszła bratowa. Powiedziała, że wie już na pewno: Adam nie żyje, zabił go Wiesiek B. Właśnie się przyznał. Zastrzelił Adama, gdy ten po wypiciu położył się senny na materacu w mieszkaniu przy ulicy Szkoły Orląt.

– Zszedłem do Wieśka – zeznał śledztwie z płaczem 30-letni Grzegorz Ch. – on już chyba wiedział, co go czeka, najpierw się zabarykadował a potem złapał wiatrówkę, która stała tam w kącie. Gdy zapytałem, gdzie jest ciało mojego brata, strzelił do mnie śrutem. Uciekałem, dopadł mnie na schodach, bił kolbą po plecach. Wtedy zobaczyłem młotek leżący na murku, Agnieszka wyjęła go wcześniej z szuflady z narzędziami. Uderzyłem B. tym młotkiem kilkakrotnie.

Agnieszka R. wciągnęła też do morderstwa sprzedawczynię Krystynę M. Z jej wyjaśnień w śledztwie: – Szefowa powiedziała mi, że już po Wieśku. Trzeba go wywieźć. A ja ciągle miałam w uszach jego charczenie. Chciałam iść do domu, w nerwach powtarzałam w kółko: nic nie widziałam, nic nie widziałam. A Adamowa na to: – nie pierdol, zostajesz, będziesz mi potrzebna.

Poczekały, aż bratowa Agnieszki dostarczy kołdrę. I ubranie - bo to, które żona Adama miała na sobie, było zakrwawione. – Ja pomogłam trzymać Wieśka, a szefowa zawinęła go w pościel – zeznała Krystyna M. – To charczenie ciągle jeszcze było słychać. Kiedy pan Wiesiek leżał na podłodze, Agnieszka kopała go, biła pięściami i przezywała że jest mordercą, zabił jej chłopa. Gdy się trochę opamiętała, wyjęła ze swej torby broń, taki damski pistolet i wyrzuciła go do kontenera ze śmieciami. A potem płakała, że nie chciała zabić B., tylko tak jakoś wyszło. Również jej szwagier Grzegorz wyglądał na przerażonego, zagubionego.

Włożyły ciało do samochodu i pojechały razem z Grzegorzem do rodzinnej wsi męża Agnieszki. Tam wszystkim miał się zająć brat Adama Ch. Wróciły do sklepu, aby zmyć krew z podłogi i schodów. Po zrobieniu porządków, szefowa ekspedientki przyniosła w tekturowym pudełku różne notesy Adama i powiedziała, że gdyby coś się jej stało, ekspedientka ma to oddać policji. I otworzyły butkę z alkoholem.

 

xxx

 

Grażyna B. czekała na męża w domu. Mówił, że wyskoczy na chwilę do Agnieszki, a nie było go już kilka godzin. Wyjrzała przez okno – w sklepie paliły się tylko jarzeniówki na wystawie, reszta pomieszczeń była ciemna. Na drzwiach spuszczone kraty. Zadzwoniła na komórkę do R., czy Wiesiek był u niej. Tak, ale tylko przez chwilę, pytał, czy wrócił Adam. I zaraz wyszedł.

Ani tego wieczoru, ani w następnych miesiącach Grażyna B. nic więcej od niej wyciągnie. A umie pytać, przez wiele lat pracowała w prokuraturze, na stanowisku starszego inspektora w sekretariacie dochodzeń i śledztw .Gdy i policja okaże się bezradna w poszukiwaniu zaginionego męża (choć przeprowadzono oględziny na zapleczu sklepu Adama Ch.), pojedzie do słynnego jasnowidza Jackowskiego z Człuchowa. Usłyszy: mąż nie żyje, a za jego śmierć odpowiada kobieta i dwóch mężczyzn. Z nakreślonej przez jasnowidza mapki wynika, że ciało Wiesława B. jest zakopane w lesie w okolicach Radzymina. Cały dzień będzie szukała wraz z synem śladów świeżo poruszonej ziemi. Kilka razy zmyli ich zryte poszycie przez dziki. Wrócą z niczym. Kobieta pojedzie jeszcze do innego wróżbity, który będzie twierdził, że mąż został śmiertelnie zakłuty przez trzech osobników. W aktach prokuratury nie ma informacji, czy te rewelacje zostały jakoś przez śledczych zweryfikowane.

Agnieszka R. też szukała ciała męża. Radziła się wróżek, podpytywała licznych kolegów Adama; twierdzili, że o niczym nie wiedzą. Policja nie trafiła na żaden ślad. Któregoś dnia przyjechał do jej sklepu „Uchal”. Usłyszała: - Adam jest zakopany w lesie, mamy adres. Akurat tam był pożar i odkryli szczątki „Wołomin” chciałby, żebyś naprowadziła policję na zwłoki, bo gliny za bardzo depczą nam po piętach, przeszkadzają w interesach.

Osobiście miał jeszcze jedną prośbę – niech powie „Citkowi” (Jackowi K.), że Wiesiek przed śmiercią ujawnił, że to „Citek” ze swoimi ludźmi kazali zabić Adama. Te słowa zostały nagrane na kasecie.

– Ale nie ma takiej kasety – żachnęła się Agnieszka R.

– Powiedz tak, bo „Citek” jest mi winien kasę, jak się będzie bał, to odda.

R. zawiadomiła policję że wie, gdzie leży ciało jej męża. Odbyła się ekshumacja. Od tej chwili śledztwo szło już dwoma torami: w sprawach zabójstwa Adama Ch. i Wiesława B. Lista osób do przesłuchania wydłużyła się.

Główni oskarżeni w związku z zabójstwem męża Agnieszki R. to:

* Robert R. wielokrotnie karany m. in. za handel narkotykami. Od 2004 roku nieprzerwanie za kratami. Prokurator postawił mu zarzut, że kierując z aresztu w Białymstoku zorganizowaną grupą przestępczą „Wołomin”, wspólnie z Jackiem K. i Dariuszem B. polecił Wiesławowi B. zamordowanie Adama Ch.

*Jacek K. („Citek”) - oskarżony o to samo co R., a ponadto, że wspólnie z Robertem G. wywiózł ciało Adama Ch. pod Zambrów i tam po oblaniu benzyną podpalił.

*Dariusz B. („Joga”) - wydał rozkaz Wiesławowi B., aby zabił Adama Ch. Ciąży też na nim zarzut zacierania śladów zabójstwa, oraz wprowadzania w błąd służbę więzienną. (Przychodził na widzenie do rzekomego kuzyna M., siadał koło Edyty żony Roberta R., która rozmawiała z mężem i w ten sposób kontaktował się z szefem „Wołomina”.)

*Rafał K. ps. „Daun”. Zarzut: w porozumieniu z Wiesławem B. oddał drugi śmiertelny strzał do Adama Ch., a następnie zabrał zabitemu zegarek i złoty łańcuch. Rzeczy te przeszły na własność „Wołomina”.

*Edyta R. - oskarżona o handel narkotykami i zbieranie haraczy, również od prostytutek. Ponadto - o przekupienie funkcjonariusza w więzieniu, w celu przekazania mężowi do celi aparatu telefonicznego, pomocnego w kierowaniu na odległość grupą przestępczą. Z tego samego powodu w czasie widzenia potajemnie odbierała od niego grypsy, między innymi zawierający polecenie zastrzelenia Adama Ch..

Na temat zabójstwo męża Agnieszki R. sporo do powiedzenia miała Beata K. - młoda kobieta, samotnie wychowująca dziecko, która lubiła się zabawić w towarzystwie ludzi z „Wołomina”. Również tragicznego wieczoru 5 sierpnia 2004 r. była z nimi. Najpierw wybrała się wraz Adamem Ch., Pawłem Z. , Rafałem K. pseudo „Daun” (który był ochroniarzem Adama i od kilku tygodni na żądanie wyraźnie czegoś bojącego się szefa, nie opuszczał go nawet w toalecie) i Wiesławem B. na piwo do ogródka koło „Promenady” na warszawskiej Pradze. Wkrótce doszli tam gangsterzy innej grupy z Wołomina - Krzysztof R. („Uchal”) i Grzegorz K. („Małpa”). Dobili pewnej transakcji narkotykowej.

- Było wesoło - zeznała Beata K. - tylko Wieśkowi B. nie dopisywał humor, bo Adam mu przycinał, mówił, że z niego gruba świnia. B. opuścił towarzystwo. Zaraz za nim wyszli „Małpa” i „Uchal”.

Pozostali przenieśli się z wódką do mieszkania - dziupli Adama Ch. W pewnej chwili pijany mąż Agnieszki R. położył się na materacu, obok niego równie nietrzeźwy jego ochroniarz. Wtedy wszedł Wiesiek B. Od progu mówił, że go suszy, szuka piwa. Ale nawet nie otworzył puszki, tylko nerwowo kręcił się po pokoju. Nagle wyjął pistolet i strzelił do leżącego Adama.

Spanikowani Paweł Z. i Rafał K. zabarykadowali się w drugim pokoju. B. wyważył drzwi. Krzyczał, że Adamowi należało się, bo był chamem, kradł i oszukiwał.

Potem wszyscy kłócili się i dopiero, gdy umilkli, okazało się, że Ch. daje oznaki życia. Wówczas B. kazał strzelić do leżącego Rafałowi K. Następnie zadzwonił do Jacka K. „Citka”, że „już po wszystkim, przyjeżdżaj”.

– Myśmy byli sparaliżowani strachem, co będzie z nami. – zeznała Beata K. - Wiesiek mówił, że decyzja w tej sprawie nie należy do niego. Adama też nie zastrzelił z własnej chęci, ktoś kazał mu to zrobić. Ale od tej chwili wszyscy mordy w kubeł. A potem spojrzał się na mnie i powiedział, że jeśli pisnę komuś słowo i on pójdzie siedzieć, to inne osoby zrobią krzywdę mojemu synkowi.

O więcej nikt nie pytał. Ciało Adama B. wpakował do auta i wywiózł do lasu. Tam dołączył „Citek”. Oblali denata benzyną, rzucili płonącą zapałkę. Następnie spalili mercedesa Adama, a broń wyrzucili do Wisły W tym czasie Beata K. zmywała w mieszkaniu ślady krwi z podłogi i ścian..

A co się stało z rzeczami Adama w tym mieszkaniu? – zapytał prowadzący śledztwo.

Młoda kobieta nie wiedziała. Ale ujawniła, że były tam narkotyki, głównie heroina; sklep Agnieszki to tylko przykrywka. Wszystko, co trefne, nielegalne, magazynowali w wynajmowanych lokalach, nazywali je dziuplami. Adam miał znajomego policjanta, który uprzedzał go o nalotach.

Policja wpadła na trop zabójców dzięki Rafałowi K. Chcąc uniknąć kary za udział w morderstwie, podpalił sklep właściciela ociągającego się przed płaceniem haraczu. Ale jego zamysł, aby szybko trafić do aresztu, nie udał się. Przesłuchiwany z wolnej stopy nie wytrzymał nerwowo i ujawnił, co się zdarzyło w mieszkaniu przy ul. Szkoły Orląt...

 

xxx

 

Minął rok. Policja nadal nie wiedziała, gdzie jest Wiesław B. - wysłano zanim list gończy.

Do kolektury Grażyny B. przydreptała podwórkowa pijaczka. Za butelkę taniego wina wyszeptała, że latem, to na pewno był początek sierpnia, widziała, jak zakrwawionego pana Wieśka prowadziło na zaplecze sklepu R. dwóch mężczyzn.

Tydzień później zamknięty w areszcie Grzegorz Ch. wskazał miejsce ukrycia ciała właściciela kolektury. Wdowa potwierdziła w prosektorium, że ekshumowany zmarły, jakkolwiek na pierwszy rzut oka nie do rozpoznania (potłuczona czaszka, a ciało przeżarte niegaszonym wapnem), na pewno był jej mężem. Rozpoznała obrączkę i charakterystyczne cechy uzębienia.

Zauważyła, że nogi denata są nienaturalnie podkurczone. Funkcjonariusz policji powiedział jej, że ofiara została zakopana na stojąco.

O morderstwo Wiesława B. prokuratur oskarżył Grzegorza Ch. Natomiast Agnieszkę R., Krzysztofa R. („Uchala”) oraz Grzegorza K. („Małpę”) o podżeganie do zabójstwa i pomoc w jego wykonaniu. Do więziennej celi trafiła też ekspedientka Krystyna M. oskarżona o pomaganie właścicielom sklepu w nielegalnym obrocie dużej ilości narkotyków. Przesłuchiwana zeznała, że gdy ją aresztowano, w tym samym więzieniu siedziała już jej szefowa. - „Podczas spaceru krzyczała do mnie przez kraty, żebym sobie przypomniała, że tamtego dnia, kiedy do sklepu przyszedł pan Wiesiek ona była pijana i nic nie pamięta. Dawała mi do zrozumienia, żeby tak mówić na rozprawie”.

Ekspedientka chciała dobrowolnie poddać się karze. Twierdziła, że dawno już zamierzała odejść z tego sklepu, bo właściciele robili nielegalne interesy, a ponadto bała się napadów agresji Adama.

Agnieszka R. przyznała się do obecności w piwnicy, gdzie był Wiesław B., ale stanowczo zaprzeczyła, że to ona podała szwagrowi młotek. – Tamtej sierpniowej niedzieli 2004 roku nikt nikogo nie zabił - twierdziła - Wiesiek starł się w piwnicy z „Uchalem” i „Małpą” i rozgniewany wybiegł z zaplecza sklepu. Później już go nie widziałam. Prawdopodobnie sporządził sobie lewe dokumenty, znali z Adamem adres takiego fałszerza i prysnął za granicę. Miał powód do zniknięcia; coraz więcej osób twierdziło, że to on zastrzelił Adama..

Kilka dni później R. zdecydowała się ujawnić okoliczności zamordowania jej męża. Mówiła znacznie więcej, niż spodziewał się prokurator. Oto jej wersja.

Tragicznej soboty 6 sierpnia 2004 roku Adam pojechał pod market nie w celach towarzyskich, ale żeby spotkać kumpli z gangu, którzy zbierali haracz dla mafii z Wołomina. Jej mąż bowiem należał do grupy gangsterskiej...

Przesłuchiwana zdawała sobie sprawę z grożącego jej niebezpieczeństwa ze strony „Wołomina” – gdy jeszcze odpowiadała z wolnej stopy, zadzwonił do niej R. („Uchal”), domagał się spotkania. Pojechali w umówione miejsce, bo temu gangsterowi, znanemu z brutalności, się nie odmawia. Odsiadywał już kilka wyroków, m. in. za napaść - w celach rabunkowych wtargnął do warszawskiego mieszkania osiemdziesięcioletnich Henryka i Marii Sz. Związał im ręce, zakneblował, pobił i okradł.

R. usłyszała od „Uchala”, że była narada mafii wołomińskiej, prowadzili ją Edyta żona Roberta R,. odsiadującego wyrok szefa grupy i „Citek”, prawa ręka R. Kazali powiedzieć Agnieszce, żeby się już do niczego nie mieszała, nie rozrabiała, bo życia Adamowi nie przywróci. Wyrok na Adama wydała grupa, Wiesiek był tylko wykonawcą i pierwszy strzelił. Paczki z wynajmowanego mieszkania zabrał „Citek” w ramach rozliczeń; ostatnio Adam oszukał ich na trzy beczki alkoholu.

- Odpowiem na wszystkie pytania, a wiem dużo. Adam nie miał przede mną tajemnic – obiecała prokuratorowi podejrzana Agnieszka R.. Ona również chciała się poddać dobrowolnie karze.

- Czym tak naprawdę zajmował się pani mąż? – zapytał śledczy.

- Adam nabywał narkotyki od „Wołomina”, którym do 2002 roku kierował Jacek K. pseudo „Klepak” a po jego śmierci Robert R. pseudo „Rudy”.

- Gdzie mąż poznał bosa „Wołomina”?

- W 1994 roku w celi. Gdy wyszli na wolność, „Rudy” zaprotegował go do grupy „Klepaka”. Adam był tylko jednym z dystrybutorów narkotyków. Musiał się z tego rozliczać z mafią. Po ponownym zatrzymaniu Roberta R., pieniądze od Adama i innych rozprowadzających narkotyki zbierał Jacek K. „Citek”. Średnio „żołnierz” gangu otrzymywał miesięcznie 2 tysiące złotych, natomiast rodzina osadzonego w więzieniu 2,5 tysiąca. Z czasem mąż nie chciał się podporządkować wiceszefom „Wołomina”. Równocześnie bowiem utrzymywał kontakt z inną gangsterską grupą, w której byli „Uchal” i „Małpa”. Tak, mieli broń palną. Wiem od Adama, że jego ludzie nie tylko handlowali narkotykami, ale też brali pieniądze od alfonsów tzw. tirówek stojących na trasie z Warszawy do Zielonki, oraz z agencji towarzyskich pod Mrągowem. Ściągali też haracze od sklepikarzy. Na naszej ulicy wszyscy mu się podporządkowali oprócz właściciela lombardu, który był nietykalny, bo należał do „Pruszkowa”. 100 dolarów miesięcznie płaciła nam także apteka.

„Jeśli ktoś odmawiał płacenia, to „Adam potrafił go nakłonić do zmiany zdania; miał swoje metody”.

Na pytanie prokuratora czy wie, dlaczego jej mąż został zastrzelony, podejrzana miała gotową odpowiedź: - Bo nie wywiązywał się wobec „Wołomina” z podziału zysków. Wszystkie zdobyte pieniądze powinny iść do „kotła”, a potem miała być wypłata zgodnie z ustaleniami „Rudego”. Z początku Adam zachowywał się wspaniałomyślnie - nie chciał tych pieniędzy, a jeśli już musiał, przeznaczał je na wypiski kobietom tych, którzy siedzieli. Ale z czasem już nie był tak litościwy, coraz trudniej przychodziło mu podporządkowanie się szefowi gangu. Zaczął się stawiać, oszukiwać. Miał już gdzie upłynniać towar, nie potrzebował pośredników. Do interesu dopuszczał tylko Wiesława B. Sam trefnego towaru nie rozprowadzał, zajmował się tym ktoś inny.

Na dowód, że „Rudemu” nie podobała się samodzielność Adama Ch., wdowa po ofierze przekazała śledczym jeden z grypsów, jaki w lipcu 2004 roku boss „Wołomina” napisał z więzienia do jej męża:

„Siemano Adam. Wiem, że ty masz manię wielkości i zapędy, aby szefować. Zapomnij o tym, to miejsce jest zajęte. Ja jestem, żyję, poza tym to wcale nie jest takie słodkie, czasem trzeba za to słono płacić, co właśnie robię. Patrz na siebie i rób tak, aby było git (...) ”.

Autentyczność grypsu potwierdziła przesłuchiwana Marzena Ch.: – W lipcu 2004 roku – zeznała – kiedy Agnieszka odwoziła mnie do domu, zajechałyśmy po drodze do Wołomina do Edyty R. po gryps od jej męża dla Adama. Agnieszka przyniosła do samochodu małą zwiniętą karteczkę w folii. Jak zrozumiałam z jej głośnego czytania, „Rudy” kazał Adamowi pogodzić się z jednym z członków grupy. Widziałam później, jak mój brat zareagował na takie żądanie. – Jakbym poszedł na warunki „Rudego” – powiedział – to musiałbym sobie napisać na czole „huj”.

R. ujawniła też, że jej mąż brał udział w porwaniach biznesmenów. To działo się w latach 2000–2002, gdy jeszcze nie podskakiwał „Rudemu” i „Citkowi”. Nie wszystkie akcje się udawały. Raz porwali jakiegoś biznesmena i już mieli odebrać pieniądze, gdy policja trafiła na ich ślad. Wywiązała się strzelanina. „Rudy” dostał w nogę, zakuli go w kajdanki. Pozostali uciekli.

Oskarżona miała też wiele do powiedzenia o swych sąsiadach i do niedawna przyjaciołach – właścicielach kolektury wyścigów konnych. Wbrew temu, co zeznała wdowa po Wiesławie B. („Nie wiem, co mąż robił z Adamem Ch. Nigdy nie widziałam u niego broni palnej i narkotyków”), przedstawiła ich jako bardzo wciągniętych w biznes środkami odurzającymi.

–- Kiedy nie było Adama czy Wieśka - powiedziała w czasie przesłuchania - Grażyna i jej syn wydawali towar. Narkotyki ważyli na zapleczu punktu totalizatora. Grażyna wielokrotnie jeździła z mężem po haracze do agencji towarzyskich pod Mrągowem. Na pewno znała plan zastrzelenia Adama.

Każda rozmowa z prokuratorem kończyła się oświadczeniem oskarżonej: – „Wyjaśnienia ujawniające funkcjonowanie przestępczej grupy, do której należał mój mąż, złożyłam dobrowolnie. Chcę skorzystać z nadzwyczajnego złagodzenia kary.”

Ale był problem - przesłuchiwana raz po raz zmieniała zeznania w kluczowej kwestii wydarzeń na zapleczu sklepu w dniu, gdy zginał Wiesław B.

Kilkanaście godzin po złożeniu pierwszych odwołała je twierdząc, że gdy w tragiczną sierpniową niedzielę dostała esemesa z żądanie okupu, był przy tym nie tylko Wiesław B., ale też „Uchal” i „Małpa”,. Przyjechali z nieznanym jej blondynem. Wszyscy trzej przesłuchiwali Wieśka B. bijąc go. Ona nie mogła na to patrzeć, wyszła na podwórko ze szwagrem Grzegorzem Ch. Kiedy wrócili, B. siedział na podłodze, zakrwawiony. „Uchal” jej zrelacjonował, czego się dowiedzieli.

Po czym mężczyźni - oprócz Grzegorza Ch. - wyprowadzili B. ze sklepu, i odjechali z nim jej mercedesem.

 

xxx

 

Te informacje rozszerzył kolejny członek grupy wołomińskiej, Wacław B. On również chciał się dobrowolnie poddać karze. Jak twierdził, znalazł uczciwą kobietę i zamierza zerwać z dotychczasowym życiem. Nawet określił swe oczekiwania co do wyroku: cztery lata, w zawieszeniu - „Chciałbym, aby ta sprawa szybko się zakończyła” – napisał w oświadczeniu dla prokuratora.

Adama Ch. rozpoznał w 2002 roku; wie, że handlował narkotykami. Wcześniej mąż Agnieszki uprawiał ten proceder z niejakim Popajem, ale potem pokłócili się przy podziale zysków. Wtedy Ch. wziął sobie za wspólnika Wieśka B. W grupie mówiło się, że go oszukiwał. Adam miał jeszcze nad sobą zarząd „Wołomina” - musiał rozliczać się z „Rudym”, a kiedy ten został aresztowany - z Jackiem K. ksywa „Citek,” z powodu ścigania go listem gończym, ukrywającym się na Mazurach. Po polecenia od „Rudego” jeździła do aresztu w Białymstoku Agnieszka R. Posługiwała się wtedy fałszywym dowodem osobistym. Widzenia z bossem ułatwiał jej pewien mecenas, który też podrzucił „Rudemu” do celi komórkę, Z jednego takich spotkań Agnieszka przewiozła gryps dla Edyty żony szefa gangu (która miała prawo wydawać członkom gangu polecenia w imieniu męża), Nie wiedziała, że kazał on „zrobić z Adamem porządek”.

„Rudy” od dłuższego bowiem czasu podejrzewał Adama, że nie dzieli się z „Wołominem” pieniędzmi z handlu narkotykami i ściągania haraczy. Adam Ch. rozbijał się mercedesami, budował dom, a pozostali gangsterzy chodzili bez pensji wypłacanych im z kasy gangu. Czasem z tego powodu brakowało też pieniędzy na czynsz i inne wydatki Edyty, kobiety jeśli chodzi o ubiory, kosmetyki, bardzo wymagającej. Nie można się było jej sprzeciwić, bo jako ślubna „Rudego” miała wysoką pozycję w zarządzie a swą bezwzględnością w ściąganiu haraczy biła na głowę innych członków gangu.

„Rudy” już raz wydał wyrok na Adama, ale przez pomyłkę postrzelono przypadkową kobietę. Ostateczne zabójstwo zlecił Wiesławowi B. za pośrednictwem „Citka”.

Wacław B. potwierdził ujawnione przez Agnieszkę R. porwanie biznesmena przez członków „Wołomina”. A także adres fabryczki amfetaminy, którą „Rudy” założył z „Citkiem”.

 

xxx

Agnieszka R. na pytanie śledczych czy opuszczała sklep po tym, jak pobity właściciel kolektury Wiesław B. został wywieziony przez „Uchala” i „Małpę” jej mercedesem, odpowiedziała twierdząco. Owszem, jeździła na wieś, do zrozpaczonych rodziców jej męża i tam się spotkała z jego braćmi Grzegorzem i Krzysztofem.

Wywiezienie żywego Wiesława B. z piwnicy sklepu prokurator przyjął za pewnik i po tym przesłuchaniu zgodził się na widzenie Agnieszki R. „przy stoliku” z jej jeszcze nie podejrzanym szwagrem Krzysztofem.

Natomiast zarzuty popełnienia przestępstwa (uprowadzenia Wiesława B.) otrzymali Grzegorz K. („Małpa”) i Krzysztof R („Uchal”). Nie przyznali się, ale i tak trafili do aresztu.

Dwa miesiące później biegli sądowi odkryli ślady krwi Wiesława B. w mercedesie Agnieszki R., m.in. w bagażniku. Potem doszło do konfrontacji między podejrzaną R. a Wacławem B., tym, który podczas przesłuchania ujawnił rolę Adama Ch. w gangu wołomińskim. Mężczyzna zeznał, że w ową tragiczną niedzielę 2004 roku Agnieszka prosiła go o pomoc w wywiezieniu Wieśka B. Kobieta temu zaprzeczyła.

Zarzuty zabójstwa Wiesława B. „w nieustalony sposób”, ale wspólnie z Grzegorzem Ch. i handlu narkotykami. Agnieszka R. otrzymała dopiero w sierpniu 2005, rok po stracie męża. Przesłuchanie trwało 10 minut, oskarżona zaprzeczała. Grzegorz Ch. również się nie przyznał.

Jeszcze w tym samym miesiącu Agnieszka R. opisała odmienny niż poprzednio udział w zdarzeniach „Małpy” i „Uchala”. Już nie wspominała o owym tajemniczym blondynie, natomiast mówiła o bójce między B. a jej szwagrem i że do śmierci właściciela kolektury doszło przypadkowo. Wynikało z tego, że „Uchal” i „Małpa” odjechali spod jej sklepu bez ofiary, tylko radzili jej jak ukryć ciało i aby nikomu nie zdradzała kontaktu Wieśka B. z gangsterem „Citkiem”.

Również ponownie przesłuchiwany Grzegorz Ch. zmienił swe zeznania – przyznał się do kilkakrotnego uderzenia Wiesława B. młotkiem, a następnie zakopania zwłok na swoim polu.

Po kilku dniach zmodyfikował swoje wyjaśnienia o tyle, że to „Uchal” z „Małpą” kazali mu zabić Wiesława B.

W tym czasie przesłuchiwana Agnieszka R. przedstawiła kolejne wersje okoliczności śmierci jej sąsiada. Ona nie słyszała, rozkazu „Uchala” i „Małpy” popełnienia morderstwa. Ci dwaj wrócili, gdy B. już nie żył. To wtedy jej poradzili zakopania gdzieś ciała tak, aby nie było sprawy. Zaprzeczyła, aby szukała na zapleczu sklepu młotka, który miała podać Grzegorzowi. Przeciwnie, złapała go za rękę, gdy trzymał to narzędzie gdyż bała się, że zabije Wieśka.

 

Xxx

 

Grudzień 2005 roku. Początek procesu sądowego oskarżonych o zabójstwo Wiesława B.: Agnieszki R., jej szwagra Grzegorza Ch., Krzysztofa R. („Uchala”), Grzegorza K. („Małpy”),ekspedientki Grażyny M., Norberta Ch. Przewodniczącą składu sędziowskiego jest Barbara Piwnik.

Agnieszkę R. doprowadzono z aresztu. Naprzeciw niej, koło prokuratora, usiadła Grażyna B. jako oskarżyciel posiłkowy. Co jakiś czas nienawistne spojrzenia obu kobiet krzyżowały się, żadna nie chciała pierwsza odwrócić głowy. W pewnej chwili musiały jednak zbliżyć się do siebie – tego wymagały względy techniczne, gdy sąd oglądał na kasecie amatorski film, nakręcony w 2003 roku, w czasie wesela „Rudego” z Edytą. Dla powagi sali sądowej dźwięk był wyłączony, ale zarówno oskarżona jak i oskarżycielka wpatrywały się ekran telewizora, bo po skończeniu projekcji padną pytania o weselnych gości. Prawie wszyscy, to liczące się szychy z wołomińskiej mafii.

A właśnie cały obraz przesłaniały twarze biesiadników przy czteroosobowym stoliku w pobliżu podium dla orkiestry. Siedzą tam dwie zaprzyjaźnione pary małżeńskie: Agnieszka R. z Adamem Ch. i Grażyna oraz Wiesiek B. W szampańskich humorach.

Dwa lata później, na sali sądowej, te kobiety wyglądają jakże inaczej – jedna jest w żałobnym ciemnopopielatym kostiumie, druga, z kajdankami na przegubach rąk, w starych dżinsach i spranej bluzce. Jednocześnie sięgając po chusteczki, nawet nie próbują powstrzymywać łez.

Agnieszka R. jest doprowadzana na dwie różne rozprawy, z innym składem sędziowskim. W tej, gdzie musi oglądać siebie i męża bawiących się na weselu „Rudego” została oskarżona (wspólnie z Grzegorzem Ch.) o zabójstwo Wiesława B. Ponadto ciążą na niej zarzuty: ściągania haraczy od właścicieli sklepów; handlu narkotykami na dużą skalę (w jednej z „dziupli” miała przygotowane co najmniej 7,2 kg heroiny w 72 tysiącach porcji), udziału z bronią w wymuszeniach rozbójniczych zorganizowanej grupie przestępczej; przemycania do aresztu grypsów dla „Rudego”. Nie przyznała się do morderstwa i ściągania haraczy.

Grzegorz Ch. szwagier R. został oskarżony o to, że czterokrotnie uderzył Wiesława B. w głowę, co spowodowało śmierć.

Krzysztof R.(„Uchal”) i Grzegorz K. („Małpa”) dostali zarzuty: kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, handlu narkotykami, namawiania Agnieszki R. i Grzegorza Ch. do zamordowania Wiesława B., a następnie ukrycia ich ciała.

To był trudny proces nie tylko ze względu na wagę przestępstwa. Sędzia Barbara Piwnik miała zasadnicze wątpliwości co do zebranego materiału dowodowego. (Szczegółową analizę tych dokumentów przeprowadziła na ponad 200 stronach uzasadnienia wyroku). Teza głównego zarzutu: śledczy i prokuratura nie respektowały w należyty sposób naczelnych zasad postępowania karnego, co w efekcie przekładało się na sposób gromadzenia dowodów. Sędzia wskazała m. in. na wielokrotne, nieuzasadnione wynikami postępowania przygotowawczego przesłuchania tej samej osoby - zwłaszcza Agnieszki R. - co mogło oznaczać wymuszanie treści zeznań; na udział funkcjonariusza policji jako protokolanta przy przesłuchaniu w prokuratorze, czy też wręcz informowanie osoby przesłuchiwanej o ustaleniach operacyjnych.

Prokuratorowi trudno było odrzucić te zastrzeżenia podczas procesu. Kolejny wezwany na świadka policjant śledczy nie potrafił odczytać własnoręcznie spisanych protokołów z przesłuchań ani wyjaśnić, czy i jak konfrontował zeznania podejrzanych. Najczęstsza odpowiedź funkcjonariuszy na pytanie sądu brzmiała: – Nie pamiętam.

A jeszcze oskarżony Krzysztof R. („Uchal”) poskarżył się, że był straszony przez komendanta CBŚ w Białymstoku, że jeśli nie będzie z nimi współpracował, dostanie zarzuty z „górnej półki”. I właśnie tak się stało. W tej sytuacji on chciałby poinformować sąd, który z funkcjonariuszy ma samochód z przemytu.

Nie zgadzał się z postawionym mu zarzutem – o podżeganie do morderstwa – Grzegorz K.(„Małpa”). Twierdził, że nie miał nic wspólnego z zabójstwem właściciela kolektury. Gdy Agnieszka R. zapytała go, czy poznałby kobietę, z którą ktoś widział Adama pod marketem owej tragicznej soboty, odpowiedział, żeby nie zawracała mu głowy.– Na tym proszę sądu polegała moja pomoc w morderstwie – ironizował.

Grzegorz K przyznał się tylko do obrotu narkotykami.

 

xxx

 

Równocześnie toczył się proces (przewodniczący sędzia Piotr Janiszewski, w chwili pisania tego reportażu jeszcze nie zakończony) - przeciwko mafijnym członkom grupy „Rudego”, oskarżonym o współudział w zamordowaniu Adama Ch. Agnieszka R. była tam oskarżycielem posiłkowym. Gdy „Rudy”, „Uchal”, „Małpa” i „Citek” ubrani w czerwone, jak dla groźnych przestępców kombinezony szli w asyście brygady antyterrorystycznej na salę sądową, a przed nimi policjantki prowadziły Agnieszkę R., słyszał…a padające za jej plecami wyzwiska.

Równie wulgarnymi obelgami rzucali w jej stronę ci oskarżeni, którzy odpowiadali z wolnej stopy. To też członkowie „Wołomina” tylko mniej znaczący, mimo groźnego wyglądu – zwalistych karków, nienaturalnie rozrośniętych pleców i bicepsów jak kłody. Tym większym kontrastem wyróżniała się w tej grupie filigranowa żona bossa „Wołomina” Edyta R. Trudno było jej nie zauważyć. Śmiała się perliście, potrząsała blond lokami, z tupotem białych botków na niebotycznej szpilce przebiegała po sądowym korytarzu, głośno wołając: „halo, halo” do komórki. Uwagi oczekujących na rozprawę nie mogła ujść wydekoltowana biała obcisła bluzeczka, od której ostro odbiła się opalenizna z solarium. Nawet na sali sądowej oskarżona nie przestała szczebiotać z siedzącym obok niej innym oskarżonym. Sprawiała wrażenie, jakby ten proces w ogóle jej nie dotyczył. A przecież ciążyły na niej poważne zarzuty.

Również Robert R. „Rudy” udawał, że nie rozumie, dlaczego został „wkręcony” w zabójstwo Adama Ch.. Z aresztu skarżył się już ministrowi sprawiedliwości. Napisał: „Jestem mieszkańcem osławionego Wołomina i z tego powodu panowie z CBŚ zrobili mnie szefem gangu.” A w liście do żony Edyty (korespondencja, choć miejscami bardzo osobista, intymna, zawiera wtręty adresowane wprost do prokuratora.): „Chcą mnie wrobić w śmierć Adama. Robię ze mnie bestię. Na jakich podstawach te zarzuty nie wiem, domyślam się że jakaś parówa musiała przejebać jakichś, plus zawziętość CBS–ów plus chora wyobraźnia”.

Gdy dowiedział się, że Agnieszka R. zdecydowała się na współpracę z prokuratorem, wysłał z aresztu list do jej rodziców: - „Mam mały problem z powodu Agnieszki. Jej bajki przestały być zabawne a nawet zaczęły mnie irytować. Udowodniła, że jest nie tylko podła, ale po prostu głupia. Jako że cierpliwość moja się wyczerpała, to jeśli ona nie zastanowi się nad swoim postępowaniem, będę zmuszony podjąć pewne kroki i nie będę grzeczny. No i zarówno świat, jaki i Państwo dowiecie się, kim jest ta wasza Agnieszka mitomanka, oszustka bez hamulców która nie uznaje jakichkolwiek świętości. Drodzy Państwo wy jej nie znacie. Ja też jej nie znałem, bo nie chciałem bliżej, gdyż to, co poznałem w pewnym kontekście przeraziło mnie - mnie, który z nie jednego pieca jadł.

Adam był moim przyjacielem, a ta kobieta to potwór. Przekażcie jej żeby wszystko odkręciła, bo jeśli nie, to cóż. (…) Agunia zgnije w takim miejscu, gdzie jej córka Dominisia nie zobaczy prędko. Ja jej źle nie życzę, ale przez pamięć do Adama, daję jej szanse odkręcić to gówno, w tym nawet jej pomogę. Za 2-3 miesiące będzie w domu. Nie lekceważcie tematu, bo to jest dla niej być albo nie być”.

Te dwa procesy uzupełniają się, przenikają. Świadkowie i oskarżeni w sprawie zabójstwa Adama Ch. maję wiele do powiedzenia nie tylko na temat jego gangsterskich poczynań ale i żony Agnieszki.

Przyprowadzony z więzienia Jan M. zeznał przed sądem:

- Do wyjścia na wolność zostało mi jeszcze 12 lat. Adam Ch. i jego żona byli moimi znajomymi, ale nie mieliśmy wspólnych interesów. W latach 2003-4 Agnieszka przychodziła do mnie na widzenia do aresztu w Białymstoku. Potem mówili mi, że na dowód Beaty K. Moja sprawa łączy się z tą, którą prowadzi wysoki sąd. Zostałem oskarżony o morderstwo. Ofiarą był jakiś mężczyzna, którego nie znam. To się zdarzyło w miejscowości Wiartel koło Olsztyna w sierpniu 1999 roku. Siedzę za niewinność, w całą sprawę zostałem wplątany.

Według świadka było tak: Zadzwonił do niego do Zambrowa Adam Ch. Poprosił, aby przenocował w swoim mieszkaniu jego znajomego Roberta R. „Rudego”. Zgodził się, nie pytał, o co chodzi. Człowiek przyjechał, wypili. I wtedy gość mu wyjawił, że razem z Adamem zrobili coś strasznego. Ale nie podał szczegółów. Rano po „Rudego” ktoś przyjechał i zabrał go do Białegostoku. Później Adam opowiedział, że w Wiartlu byli we trzech, razem z gangsterem Jarosławem K. Mieli kogoś pobić (za oszukiwanie w ściąganiu haraczy z domów publicznych), ale tak się złożyło, że facet nie przeżył.

- Wkrótce po wizycie R. - twierdził świadek M. przed sądem - miałem w domu rewizję; znaleźli broń i zostałem oskarżony o morderstwo. Pomówił mnie człowiek, którego z dobrego serca przenocowałem. W akcie oskarżenia w ogóle nie było nazwiska Adama.

Oto, dlaczego - zdaniem świadka - Adam Ch. wynajął mu adwokata. I wysyłał na widzenia swą żonę, która wchodziła do aresztu pokazując cudzy dowód osobisty.

Agnieszka R. miała go przestrzec, aby nawet nie próbował coś mówić na swoim procesie o udziale jej męża, gdyż wysłali już adwokata do „Rudego” i on nie potwierdzi, że Adam był w Wiertlu.

- Ja się zgodziłem ze strachu. Tyle tylko, że naciskałem na Agnieszkę, żeby Adam coś więcej dla mnie zrobił, bo jak nie, to mogę się wygadać.

Agnieszka R. ostatni raz była w białostockim areszcie na początku sierpniu 2004 roku. Wtedy też skończyło się opłacanie adwokatów Janowi M. (miał ich trzech) przez Ch. O tym, że Adam nie żyje, dowiedział się z gazet; już był po wyroku. Złożył apelację, wyrok kilkanaście lat za zabójstwo został utrzymany.

Zapewnienia tego świadka o jego absolutnej niewinności trzeba traktować z rezerwą - poza udziałem w tragicznym wydarzeniu w Wiartlu był skazany za handel heroiną. Przywoził ją z Bułgarii - w jednym tylko roku 60 kilogramów. Miał też na koncie swych przestępstw zmuszanie sprzedających mieszkanie do niekorzystnego rozporządzenia własnym mieniem. Oszukiwał w ten sposób, że na poświadczeniach o przyjęciu zaliczki za sprzedaż lokalu dopisywał dwa zera i składał u notariusza. Poszkodowanym trudno było udowodnić, że pokwitowali jedynie drobną sumę od kupującego.

Ale zeznania Jana M. oraz niejakiego Andrzeja W. na procesie były ważne. Oto, co powiedział przyprowadzony z aresztu) na rozprawę W., który w latach 2003-04 nazywał się inaczej i prowadził w Warszawie kancelarię adwokacką, a jego żona była prokuratorem.

- Adam Ch., w którego sprawach nigdy nie występowałem w sądzie, przyjeżdżał do mojej kancelarii ze zleceniami obrony innych osób. Zazwyczaj był z nim R. („Rudy”). W grudniu 2003 r. dał mi telefon komórkowy, ładowarkę, dyktafon i kasety, abym przemycił do aresztu w Białymstoku Jarosławowi K., oskarżonemu o zabójstwo w Wiartlu w 1999 roku. Ja wtedy byłem pełnomocnikiem jego i Jana M. w tej sprawie. Przy wnoszeniu paczki zostałem przyłapany i postawiono mi zarzut utrudnienia postępowania karnego.

Zeznania więźnia Jana M. uzupełnił też Jacek K. „Citek”. Oskarżony w procesie o zabójstwo Adama Ch. przypomniał sobie, że kiedyś w jego obecności Adam rozmawiał z pewną mecenas o sprawie dotyczącej zabójstwa w Wiertlu: - Mąż Agnieszki R. uważał, że policja nic o nim nie wie, choć jednym z podejrzanych był jakiś Adam. Ale tylko imię się zgadzało, śledczy szli fałszywym tropem. Z tej rozmowy wywnioskowałem, że Adam strzelił w nogę ochroniarza agencji towarzyskiej z Wiertla i zostawił go na ulicy. Facet wykrwawił się na śmierć. Wiem też, że Agnieszka jeździła na widzenia z M. ze śladami pobicia przez jej męża, bo się stawiała, nie chciała ryzykować.

Z kolei inny oskarżony w tym procesie gangster - Piotr O., który aby zostać świadkiem koronnym, starał się ujawnić prokuratorowi jak najwięcej wiadomości o działaniu „Wołomina”, opowiedział jak to w czasach, gdy Adam Ch. nie był jeszcze skłócony z „Rudym”, jeździli na zadymy do dyskoteki w Jastrzębiej Górze.

Kiedyś, gdy byli już pijani, hersztowi „Wołomina” nie spodobało się, że miejscowi podrywają mu żonę. Zaczął wykrzykiwać, kim on jest w gangu i że zaraz rozniosą tę budę. Wywiązała się bójka, ktoś jednemu członków bandy powybijał zęby.

W rewanżu tydzień później najechali na Jastrzębią Górę w sile pięćdziesięciu gangsterów. Wśród zadymiarzy był Adam Ch. z Wieśkiem B. Do dyskoteki weszli bez problemów. Gdy „Rudy” upewnił się, że są już wszyscy, zapytał jednego z ochroniarzy, czy go pamięta z poprzedniego weekendu. Bramkarz wolał sobie niczego nie przypominać. Wtedy gość dał znak do ataku, uderzając mężczyznę pięścią w twarz. I już każdy wiedział, że można wyciągnąć kije bejsbolowe. W czasie tej rozróby „Rudy” krzyczał: „Wołomin przyjechał, zapamiętajcie to sobie”.

Nazajutrz zadzwonił do niego z Gdańska właściciel zdemolowanej dyskoteki z propozycją podarowania mu 50 tys. zł, żeby tylko już się tam nie pokazywali.

W tym czasie Piotr O. ze zwykłego żołnierza, magazyniera sprowadzanej przez „Wołomin” amfetaminy, którą dzielił dla dilerów na porcje („towar trzymałem na strychu naszego bloku. Wnosiła go tam w koszu moja matula, udając, że idzie wieszać pranie. Chętnie to robiła, bo płaciłem jej wszystkie rachunki”), awansował na skarbnika „Wołomina”. Jeździł do „Rudego” z pieniędzmi z haraczy i od tirówek; boss sprawdzał kasę i niszczył zapiski. A honoraria dla członków gangu dzielił według swego uważania. Nie znosił sprzeciwu.

- Na wieczorze kawalerskim „Rudego”, o którego ślubie z Edytą długo mówiono w podwarszawskich gangach - zwierzył się prokuratorowi Piotr O. - odpyskowałem coś panu młodemu. Zdenerwował się, złamał mi rękę i przykrość była taka, że z gipsem nie mieściłem się w garniturze, nie mogłem iść na wesele. Jak tam było wystrzałowo, opowiedział mi Adam Ch., który był świadkiem młodej pary. Wtedy jeszcze była między nimi zgoda, Adam solidnie rozliczał się przed szefem „Wołomina”

I był ważny w grupie. Przez długi czas, póki nie podpadł „Rudemu” prowadził tzw. rozkminkę .W gangu zarządza się ją wtedy, gdy trzeba porozmawiać w grupie, bo coś ważnego się wydarzyło, na przykład aresztowanie, albo bruździ konkurencja.

Piotr O. opowiedział szczegółowo o rozkmince zorganizowanej w hotelu Ibis, gdy chodziło o rozliczenia z gangiem mokotowskim. To właśnie Adam Ch. był tą osobą, która rozmawiała przy stoliku z reprezentacją drugiej strony.

Tenże świadek koronny „sprzedał” też prokuratorowi informację, że gdy wywozili ciało Adama urwało się koło od samochodu. Wie to od Jacka K. („Citka”), którego się bał, bo u niego nie było „przebacz”. Kiedyś był świadkiem, jak „Citek” wymierzał komuś karę.

- Zadzwonił do mnie do domu, żebym zszedł na dół. Przed blokiem czekał w samochodzie, którym od razu ruszyliśmy. Po drodze powiedział mi, że w bagażniku ma małolata Krzyśka, złodzieja samochodów, który kradnie bez zgody grupy. Postanowił go ukarać. Pojechaliśmy do lasu. Chłopak był związany. „Citek” wyjął metalową rurę i kilkakrotnie uderzył w nogę tego złodziejaszka, aż ją połamał. Widziałem, jak się majtała. Ten chłopak do dziś chodzi o kulach.

Wielu świadków na procesie zabójców Ch. charakteryzowało męża Agnieszki R. Na przykład Dariusz P. jeden z żołnierzy gangu wołomińskiego twierdził, że Adam nigdy nie darował, gdy ktoś mu zaszedł za skórę. Kiedyś zdecydował, że trzeba „odpalić” „Małpę”, bo za bardzo rozrabia w gangu. Do zabójstwa nie doszło tylko dlatego, że gangster akurat został aresztowany.

Przy Adamie kręcił się pewien Tomek, jeszcze młokos, zawoził narkotyki do dilerów. Ch. podejrzewał go, że brał udział we włamaniu do jego domu. I zemścił się w ten sposób, że zgwałcił dziewczynę tego Tomka. A potem przegonił chłopaka z narkotykowego rynku, przejął jego kontakty.

Czy Piotr O. jako świadek koronny był wiarygodny? Przesłuchiwany w 2007 roku mówił, że sędzia Piwnik uniewinnia za łapówkę. Pomówienie było oczywiście absurdalną plotką...

W miarę postępowania obu procesów przybywało też informacji na temat Jacka K. („Citka”) oskarżonego o zabójstwo Adama Ch.

Świadek Robert B., który w dniu, gdy zginął Wiesław B. był w tym sklepie i widział krew na bluzce żony Adama usłyszał od niej, że teraz już wie, kto zabił: to „Wołomin”, konkretnie „Citek” rękami Wieśka. Wszystko to miał potwierdzić Wiesław B. w czasie torturowania go na zapleczu sklepu. Podobno jego ostatnie słowa przed śmiercią do Agnieszki R. brzmiały: „Adama nigdy k... nie znajdziesz.”

- Obiecałem jej - zeznał świadek - że pomogę zapakować ciało Wieśka w worek foliowy, ale potem się przestraszyłem i uciekłem. Goniły mnie okrzyki Agnieszki, żebym za jakieś 10 minut nie został aby świadkiem koronnym i nie opowiedział, co widziałem, bo może mi się to nie opłacić.

On jednak po długich wahaniach postanowił ujawnić śledczym tajemnicę zaplecza sklepu. - Zdaję sobie sprawę -zeznał na przed sądem - że grozi mi odpowiedzialność karna. Przesiedziałem w więzieniu dziesięć lat i nie chcę tam wracać.

 

Xxx

 

Gdy proces w sprawie zabójstwa Wiesława B. dobiegł końca, jego obserwatorzy mogli sobie odpowiedzieć na pytanie, kim tak naprawdę była pogrążona w żałobie wdowa Agnieszka R. Czy zakochaną kobietą mszczącą śmierć męża (mimo że ją bił), ślepo wykonującą jego rozkazy, czy też na ławie oskarżonych siedziała groźna, bezwzględna gangsterka.

Zdaniem sądu Agnieszka R. kłamała składając wyjaśnienia śledztwie. Mimo że deklarowała pełną otwartość (za obietnicę niskiego wyroku), pomijała w wyjaśnieniach osoby, co do których ustalenie ich faktycznego związku z przestępczością Adama Ch. było ważne. A prokurator nie tylko nie nalegał, ale wbrew kodeksowym zasadom dochodzenia prawdy – nagradzał podejrzaną. Już w toku śledztwa Agnieszka R. otrzymała zgodę na widzenie „przy stoliku” z bliskimi krewnymi, który mieli być dopiero przesłuchiwani.

Wdowa po gangsterze obciążając inne osoby, chciała uchronić siebie przed odpowiedzialnością. Upływ czasu i sposób prowadzenia jej przesłuchań (często powtarzających się, powierzchownych, niezwiązanych bezpośrednio z treścią zarzutów) sprzyjał układaniu takiej wersji, która miała przynieść podejrzanej oczekiwane korzyści. Jej wyjaśnienia nie były ani spontaniczne, ani szczere, ani konsekwentne. A niekontrolowana rozmowa na widzeniu „przy stoliku” z pozostającym jeszcze na wolności szwagrem wpłynęła na jego późniejsze wyjaśnienia.

Grzegorz Ch. był człowiekiem z innego świata niż jego bratowa. Prowadził gospodarstwo rolne, nie miał nic wspólnego z przestępcami. Pierwszy raz wchodząc w konflikt z prawem był szczególnie podatny na wszelkiego rodzaju obietnice i sugestie zarówno śledczych, jak i żony jego ukochanego brata, jeśli mogło to poprawić jego sytuację. Zapewne dlatego zmieniał wyjaśnienia na przesłuchaniach - najpierw nie przyznawał się do pobicia Wiesława B., potem mówił jak Agnieszka R.( Zadziałały spotkania w areszcie przy?) stoliku

Ale mimo prawdopodobnego uzgadniania z bratową relacji zdarzały się też sprzeczności w ich wyjaśnieniach. Na przykład, jak to było z młotkiem: Grzegorz Ch. początkowo twierdził, że uciekając przed strzelającym do niego z wiatrówki B., dostrzegł młotek leżący przy barierce schodowej. Chwycił go i broniąc się przed napastnikiem uderzył go raz w głowę. Ten upadł, stoczył się schodami.

Potem przesłuchiwany zmienił wersję, twierdził, że to „Uchal” z „Małpą” kazali mu zabić. Ale podczas procesu, zarówno on jak i jego szwagierka nie potwierdzili swych słów ze śledztwa. Możliwe, że Grzegorz Ch. w ogóle nie widział tych mężczyzn., kolegów jego brata. Również doprowadzony na rozprawę Krzysztof R. (nie przyznał się do zarzucanej mu zbrodni, złożył wyjaśnienia odmienne niż w śledztwie) nie poznał Grzegorza Ch.

Sąd nie znalazł też w trakcie procesu potwierdzenia zarzutu, że Krzysztof R. handlował narkotykami z Adamem Ch. Oskarżony temu zaprzeczał, a sugestie wyłącznie Agnieszki R. nie mogły stanowić wystarczającego dowodu.

Zmieniła też przed sądem wyjaśnienia ekspedientka Krystyna M., której prokurator postawił zarzut zabójstwa. W czasie postępowania nie określono jak do tego miało dojść, a żadna z relacji oskarżonej nie dawała podstaw do przyjęcia, że pomagała zakładać worek foliowy na głowę żyjącego mężczyzny.

Sąd miał wiele zastrzeżeń do sposobu gromadzenia dowodów w śledztwie. Przede wszystkim nie przesłuchano na tym etapie pewnych ważnych świadków. Choćby Jana M., do którego, na żądanie męża, jeździła do aresztu w Białymstoku Agnieszka R. Dlaczego pod zmienionym nazwiskiem i dlaczego Adam Ch. opłacał adwokata dla tego oskarżonego a następnie skazanego jeszcze nieprawomocnym wyrokiem? Prowadzący postępowanie powinni byli ustalić działania przestępcze ofiary, które miały związek z podejrzaną Agnieszka R. W tym okoliczności zabójstwa w lipcu 1999 w Wiartlu i porwania biznesmena T.

Niewiarygodne okazały się wyjaśnienia Agnieszki R., jakoby jej widzenie w areszcie z Janem M. ograniczyło się tylko do przekazania mu pozdrowień od jej męża. Podczas procesu wyszło, że chodziło to, aby powstrzymać Jana M. od ujawnienia w czasie rozpraw dotyczących zabójstwa w Wiartlu roli, jaka odegrał Adam Ch. Potwierdzał to gryps od „Rudego”, który był w tym samym areszcie co Jan M. że „Jest on OK. Trzyma się jak stary zasadowiec i na pewno nie popuszcza”.

W śledztwie dotyczącym śmierci Wiesława W. jednych świadków pominięto, innym za bardzo zaufano. W tej drugiej sytuacji był Piotr O. dla prokuratora tak ważny informator, że dostał status świadka koronnego. Kiedy sędzia Piwnik wnikliwie zanalizowała jego zeznania okazało się, że wiedza tego świadka nie jest tak rozległa jak należałoby oczekiwać po lekturze aktu oskarżenia. Piotr O. pytany o działanie grup przestępczych powtarzał ogólniki, informacje prasowe. Sam zresztą stwierdził, że ma problemy z pamięcią i tzw. kurzą ślepotę, w przeszłości korzystał pomocy psychologa, psychiatry. Mylił osoby, okoliczności; można było odnieść wrażenie, że bardzo chciał wyjść naprzeciw przesłuchującemu go w śledztwie, aby nie utracić swego statusu i zagwarantować spokój aresztowanej matce. Bał się więzienia, bo jako aresztowany wcześniej za gwałt na mężczyźnie, wiedział jak skazani traktują osobę o takich jak on skłonnościach.

Za wiarygodne sąd uznał wyjaśnienia Jacka K. pseudo „Citek”, osoby o bogatej przeszłości kryminalnej. Udowodniono - choć Grażyna B. temu zaprzeczała – że Wiesław B. po śmierci Adama Ch. kontaktował się osobiście z ukrywającym się z innego powodu „Citkiem”. Na Jacka K. jako sterującego zabójstwem Adama Ch. wskazała Agnieszka R. Został zatrzymany pod tym zarzutem, bo prokurator ufał wdowie po ofierze. Choć jej wyjaśnienia nie były dyktowane jej faktyczną wiedzą, ale limitowane tym, co pozostawało w kręgu zainteresowania przesłuchujących. Nie chciała na przykład mówić o gangu grochowskim, dobrze jej znanych jego członkach, aby nie wyszły na jaw jej i męża kontakty z tą zorganizowaną grupą.. Prowadzący śledztwo nie nalegali.

Wrobiony przez Agnieszkę R. „Citek” domagał się z aresztu przeprowadzenia dowodów jego winy, pisał do ministra sprawiedliwości. Przed sądem opowiadał, jak go nękano (przez pół roku nie dostał zgody na widzenie z żoną i dzieckiem), nakłaniano, aby obciążył „Rudego”

 

xxx

Ostatecznie Sąd Okręgowy doszedł do przekonania, że wina oskarżonych nie została w każdym punkcie aktu oskarżenia potwierdzona.

Zgromadzony materiał dowodowy pozwalał na przyjęcie, że Agnieszka R. nie tylko doskonale orientowała się w jakich grupach przestępczych jej mąż funkcjonuje, ale też sama w tym środowisku działała, na przykład ściągając haracze od właścicieli agencji towarzyskich. Zdemoralizowana, egoistyczna, bez skrupułów chciała zwalić winę na „Uchala” i „Małpę”, choć to były to jedyne osoby, które jej pomogły. Ani przez moment nie wykazała skruchy w czasie procesu.

Jak wynikało z zeznań członków gangów, orientowali się, że ta drobna blondynka starająca się przedstawić w sądzie jako zahukana ofiara małżonka tyrana, w rzeczywistości miała zupełnie inną twarz. Agnieszka R. pełnymi garściami korzystała z pieniędzy pochodzących z wymuszeń rozbójniczych i handlu narkotykami. Żyła w luksusie– samochód mercedes, budowa willi - który na pewno nie przystawał do skromnych dochodów osiąganych z prowadzenia sklepiku.

Ale choć w swym żałobnym stroju nie budziła na sali sądowej współczucia sąd uznał, że nie można jej, a także Grzegorzowi Ch. - przypisać zbrodni zabójstwa, jako przestępstwa umyślnego.

Wiesław B. znalazł się w piwnicy pod sklepem w chwili, kiedy ani Agnieszka R., ani jej szwagier nie mieli niezbitego dowodu, że Adam Ch. nie żyje. Nawet, jeśli zaczynali już w to wierzyć i że może mieć w tym udział właściciel kolektury, wówczas dla nich najważniejszą sprawą było uzyskanie informacji, gdzie jest ciało. A to ich zdaniem mógł wiedzieć tylko Wiesław B. Zatem nie chcieli go zabić, bo pozbawiliby się źródła informacji. Przetrzymywali go na zapleczu sklepu w oczekiwaniu że zacznie mówić, ale kontakt był utrudniony, bo zamknął się na klucz. A gdy potem postanowił wyjść, strzelał z wiatrówki.

Nie można wykluczyć, że młotek był potrzebny oskarżonym do otwarcia drzwi, za którymi schował się B. W innym przypadku Agnieszka R. posłużyłaby się pistoletem, który miała na podorędziu. Sąd uznał, że zgrana para: wdowa i jej szwagier dopuścili się przestępstwa pobicia. Wniosek prokuratury o nadzwyczajne złagodzenie im kary, bo współpracowali z prokuraturą, został odrzucony.

Agnieszka R. została skazana na 10 lat pozbawienia wolności i przepadek mienia, m. in. mercedesa.

Krystyna M. ekspedientka, która pomagała zacierać ślady pobicia Wiesława B. otrzymała wyrok 3 lata i 10 miesięcy w więzieniu. Grzegorz Ch. szwagier Agnieszki R. – 4 lata i 6 miesięcy za pobicie Wiesław B.

Grzegorz K. ksywa „Małpa” - rok i dziesięć miesięcy za uczestnictwo handlu w heroiną.

Natomiast Krzysztof R. „Uchal” został uniewinniony z zarzutu podżegania do zabójstwa Wiesława B.

Wyrok jest nieprawomocny.