- Miałam wspaniałą córkę, dobrego człowieka. Dziś skończyłaby 26 lat, wnuk sześć. A on z zimna krwią ją zakopał w dole jak psa. Przez pięć lat prawie nie spałam, myślałam co się z nią stało. Może ją wciągnęli do jakiejś sekty, głodzą, a co z dzieckiem, była przecież w ósmym miesiącu ciąży - powiedziała pod koniec procesu matka Wioletty S.

Przez chwilę na sali sądowej słychać było tylko stłumiony płacz rodziców zamordowanej dziewczyny. Wcześniej ojciec ofiary Mirosław S. opowiadał, jak szukali córki. Gdy już dotarli do wszystkich jej znajomych, nic też nie dało zgłoszenie na policję, ani plakaty o zaginionej rozwieszone na wielu słupach w ich Nowym Dworze Mazowieckim, udał się w Koszalińskie do słynnego jasnowidza Jackowskiego.

- Proszę wsiąść w Warszawie do metra, dojechać do stacji Ursynów - nakazał mu wróżbita - Na najbliższym skrzyżowaniu niech się pan się uważnie rozejrzy.

Mirosław S. zrobił tak - i zobaczył Wiolettę w białej kurtce, stojącą po przeciwnej stronie. Rzucił się w tym kierunku, ale zatrzymały go czerwone światła. Przejeżdżające samochody zasłoniły dziewczynę na dłuższą chwilę. Gdy kawalkada stanęła, nikogo takiego na przejściu nie było.

Potem ktoś mu powiedział, że dróżniczka z przejazdu kolejowego w Modlinie na widok zdjęcia Wioli na przystankach twierdziła, że tydzień później widziała tę dziewczynę spacerującą pod wiaduktem. Wkrótce wyszedł jej naprzeciw młody mężczyzna, całowali się. Mirosław S. pokazał dróżniczce zdjęcie córki i jej chłopaka Grzegorza T.

Kobieta pokręciła przecząco głową. - Tamci wyglądali zupełnie inaczej - zapewniła.

 

xxx

 

29 marca 2006 roku o trzeciej po południu studentka politologii Wioletta S. zarzuciła na plecy ortalionowa kurtkę i nie odpowiadając na pytanie babci gdzie idzie wybiegła z domu.

Starsza pani od razu się domyśliła –wnuczka znów leci do tego drania Grzegorza T. Babcia nigdy nie pogodziła z faktem, że jej ukochana urodziwa Wiola zadaje się z rozwodnikiem, starszym o 8 lat i żyjącym na koszt matki listonoszki. Ale już ani ona a rodzice nie mieli wpływu na postępowanie dziewczyny. Gdy dowiedzieli się że jest w ciąży, pogodzili się z tym, żźe czasem spędzała noce u swego chłopaka. Choć sam wybranek zdecydowanie nie przypadł im do gustu zapewnili ją, że zawsze może liczyć na ich pomoc i miłość.

Tej nocy z 29 na 30 marca 2006 Wiola też nie spała w swoim domu. Jej matka Irena S. przestała już walczyć z zakochaną córką. Nawet raz zaprosili tego Grzegorza na obiad i wszyscy starali się, aby nie doszło do awantury.

To było drugie, po trzech latach spotkanie matki dziewczyny z potencjalnym zięciem. Wiola jeszcze chodziła do liceum, gdy do Ireny S. dotarły plotki z osiedla, że córkę widziano ze starszym, ogolonym na łyso facetem ubranym jak narodowcy –w glany, spodnie bojówki. Podobno jest żonaty, ma do odsiedzenia wyrok za niepłacone alimenty. Próbowała więc rozliczać Wiolę z każdej wolnej godziny, zamykała ją w domu, ograniczyła wyjścia do koleżanek. Nic to nie dało.

Kiedyś, gdy szła z córka natknęła się na Grzegorza na ulicy. Wykrzyczała mu, aby zajął się swą żoną i dzieckiem. A on bezczelnie - a co pani zrobi, gdy Wiola będzie pełnoletnia?

Ten dzień, gdy Wioletta wyznała matce że jest w ciąży, był pełen płaczu i wymówek. Na krzyk: zmarnowałaś sobie życie, córka odpowiadała: - mamo ty go nie znasz!. I obie trzęsły się z nerwów.

Ale gdy mąż wrócił z zagranicznego kontraktu, pani Irena starała się zachowywać pragmatycznie. Zaprosili Grzegorza do domu, zapytali o życiowe plany. A on, że zamieszkają na próbę i w tym celu wynajmą jakiś pokój. Wtedy rodzice dziewczyny: - próba to już chyba była, teraz czas się zastanowić, z czego zamierza pan utrzymać rodzinę, przecież pan nie pracuje..

- Poradzę sobie - burknął. I tyle było tej rozmowy.

Tydzień przed zaginięciem Irena S. zaproponowała córce, że kupią dziecku wyprawkę.

 

xxx

 

Przez trzy dni rodzice Wioletty szukali córki na własną rękę. Grzegorz T. tylko raz się odezwał - nazajutrz po wyjściu dziewczyny z domu. Zdziwił się, że nie wróciła, wszak byli tylko na krótkim spacerze. Zostawił swój numer telefonu, aby oddzwoniła zaraz po powrocie. - To ona po czterech latach znajomości nie zna numeru pana komórki? - zdążyła zapytać babcia, bo zaraz się rozłączył.

4 kwietnia Irena S. złożyła zawiadomienie o zaginięciu ciężarnej córki na policji. Na pytanie, kogo podejrzewa, odpowiedziała, że Grzegorza. T.

Śledczy ustalali co chłopak Wioletty robił 29 marca. Z zeznań świadków wynikało, że około godz. 11 był u ciotki w Modlinie. Wychodząc wziął narzędzia po dziadku - piłę i młotek. Sama mu zapakowała, bo wspominał o remoncie. Do Nowego Dworu zamierzał iść pieszo - tego dnia nie było mrozu.

Około godziny 15 spotkał się ze znajomą Marzeną T. Wypili piwo. Potem spacerował z Wiolettą.

Jak zeznała jego matka Grażyna T., gdy po szóstej wieczorem wróciła z pracy, syn gotował zupę. Wyniósł śmieci, wykąpał się i wyszedł, bo coś tam miał załatwić. Wrócił po 25 minutach. Zapytała, czy przyjdzie Wioletta. - Po co? –żachnął się .W telewizji jest ważny mecz, chce sam go oglądać.

Następnego dnia Marta I. była dziewczyna Grzegorza dostała rano od niego sms – „Wioletta zaginęła”. Jakiś tydzień przed zaginięciu Wioli ze skrzynki pocztowej Marty I. wysypało się kilkanaście listów. Wszystkie od Grzegorza. Gdy adresatkę przesłuchiwano na ten temat na policji mówiła o korespondencji z widocznym lekceważeniem: - Z tego, co pamiętam w tych listach było to samo. Wyznanie miłości i że on mnie przeprasza, bo zdał sobie sprawę, że tylko mnie kocha. I z jego winy nie jesteśmy razem. Ja wtedy pilnowałam u brata dzieci, byłam zabiegana, nawet mi się nie chciało czytać, wrzuciłam listy do szuflady. Uważałam te wyznania i sms-y za pic na wodę, nieprawdziwe .

3 kwietnia Grzegorz T. przyszedł do Marty aby zwierzyć się, że po spacerze z Wioletta 29 marca w czasie którego się kłócili, on wrócił do domu a ona gdzieś przepadła. Będzie rozwieszał na mieście plakaty o zaginięciu dziewczyny. Pół godziny później wysłał jej sms z pytaniem: „Czy jesteśmy nadal parą?” Nie odpowiedziała.

Rodzina S. szukała jakichś wskazówek, prowadzących do wyjaśnienia, co się mogło stać.

Babcia Wioli zajrzała do pokoju wnuczki. Znalazła tam pudełko ze zdjęciami Grzegorza. Z podpisami: „Szykuję ci małe dachau”; „Pierścień wokół róży/ życie pełne burzy”. Dla kochanej Wioli Grzegorz. Kocham cię mocno”; „Obmyślam plany mojego Dahau (powinno być „Dachau”- red. ) Oczywiście o tobie nie zapominam”; „Czy to nie jest twarz przyszłego Fuhrera?”

Rodzice Wioletty jeszcze bardziej zaniepokojeni tą „twarzą furhera” wysłali zdjęcie córki słynnemu jasnowidzowi Jackowskiemu. Odpisał im:

„Szanowni Państwo. Zaznaczam, że nie każda moja wizja się potwierdza. Ostatnio osoba widoczna na zdjęciu była dość podenerwowana, jakby ktoś bardzo ją rozczarował. Nie wykluczam załamania nerwowego. Ona odeszła jakby na złość, nie mogła już czegoś znieść. Wyjechała do przyjaciółki o imieniu Ewa lub Edyta. Nie ujawnia się celowo. Swym postępowaniem chce dać jakby komuś nauczkę. Jest zakochana w mężczyźnie, który ją lekceważy, to jest człowiek nieodpowiedzialny. Obecnie ona przebywa w dzielnicy Ursynów. Nic więcej nie jestem w stanie zobaczyć.”

Nowych informacji dostarczył śledczym wuj Grzegorza T. Kazimierz S.

- Spotkałem się z bratankiem zaraz po zaginięciu tej dziewczyny - zeznał - był bardzo zdenerwowany bo jak mówił, ktoś do niego zadzwonił z informacją, że dziewczyna martwa leży koło jeziorka, w miejscowości S. Pojechaliśmy tam, żadnego śladu na lądzie nie znaleźliśmy. Mimo zimna na dworze Grzesiek wszedł do wody po pas, szukał ciała. Bez rezultatu.

 

xxx

 

Jak była? Bardzo ładna. 20-letnia blondynka z długimi włosami, o kapryśnie wydętych ustach. Zadbana. Taka na okładkę magazynu młodzieżowego. Studiowała na pierwszym roku politologii w prywatnej uczelni dla pracujących. Nie zaliczyła w pierwszym terminie egzaminu z psychologii, umówiła się na drugie podejście. Raczej domatorka. Świetnie wychodziło jej pieczenie ciast.

Pracowała jako recepcjonistka w firmie poligraficznej. Jej koleżanka z którą się zmieniały zauważyła, że Wiola zawsze pierwsza telefonowała do swego chłopaka, robiła mu zakupy. Ale nie były ze sobą na tyle blisko, aby doszło do zwierzeń.

Jeśli ktoś mógł znać myśli Wioletty, to jej szkolna jeszcze przyjaciółka Katarzyna K. To ją pierwszą 17-letnia Wiola zawiadomiła, że się zakochała.

- Na pewno imponowało jej - zeznała K. w śledztwie - że Grzegorz był starszy, bardziej od niej doświadczony. Ja ciągnęło do takich mężczyzn.

Przyjaciółka była też świadkiem łez Wioli, gdy przybiegała do niej po kłótni z rodzicami, bo dowiedzieli się z kim chodzi. (Długo przed nimi to ukrywała.) Potem okazało się, że jest w ciąży i odbyła się burzliwa rozmowa z matką, nadal namawiającą ją do zerwania z Grzegorzem, („zmarnuje ci życie”) oni pomogą w wychowaniu dziecka. Przyjaciółki rozumiały się tym bardziej, że Katarzyna też oczekiwała dziecka i oswajała się z faktem, że będzie matką samotną.

Irena S. wiedziała co mówi. Popytała na osiedlu, gdzie mieszkał Grzegorz i zebrane informacje ją przeraziły. Okazało się, że ten prawie 30-letni mężczyzna zostawił żonę i niepełnosprawne dziecko, nie płaci alimentów. Jego sąsiedzi z czasów, gdy Grzegorz T. był żonaty zapamiętali pijackie awantury za ścianą, krzyki bitej żony. Ludzie mówili, że upośledzoną córkę przypalał papierosem.

Nigdy nie pracował na stale, miał wyroki za kradzieże.

Katarzyna K. też miała zastrzeżenia do wybranka Wioli - nie podobała się reakcja Grzegorza na wiadomość, że jego dziewczyna jest w ciąży.

- Wiem, że kiedyś podniósł na nią rękę. Nie widziałam radości ani dezaprobaty. Nic na ten temat dziecka nie mówił. Po prostu obojętność.

Z czasem uspokoiło się w domu Wioletty. Jej rodzice w jakimś sensie się pogodzili z tym, że Grzegorz T. pozostanie w ich rodzinie.

Na początku marca 2006 roku Katarzyna K. była w szpitalu, za kilka dni miała rodzić. Tylko raz się skontaktowały sms-ami. Na ostatni K. nie odpisała, bo skończył się jej limit rozmów. Poza tym nie miała głowy do pocieszania przyjaciółki, bo sama miała zmartwienie. Dziecko urodziło się bardzo chorowite.

Dopiero gdy wróciła z noworodkiem do domu, 30 marca przed południem zadzwoniła na telefon stacjonarny Wioli. Odebrała babcia wyraźnie zła; powiedziała, że wnuczka nie wróciła na noc. Było oczywiste, że jak już nieraz, Wiola spała u swojego chłopaka.

Starsza pani S. zdecydowanie nie tolerowała tego związku i w odróżnieniu od rodziców dziewczyny ani na jotę nie zmieniła zdania.

Taki obraz Wiolety S. wyłonił się w czasie śledztwa. A jak widzieli przesłuchiwani Grzegorza T.?

Matka nie powiedziała o synu ani słowa. Skorzystała z prawa odmowy zeznań. W miasteczku plotkowano, że listonoszka wygoniła Grzegorza z domu na wiadomość o zaginięciu Wioli. Ale według innych wieści następnego dnia oboje urządzili w tym mieszkaniu balangę.

Najwięcej miały do powiedzenia o podejrzanym dwie młode kobiety: Marta I. i Małgorzata Ś.

Ta pierwsza, bufetowa w barku przekąskowym przy markecie pozostawała z Grzegorzem w dłuższym związku.

- Najpierw byliśmy parą, przez rok mieszkaliśmy razem - zeznała - potem znajomymi. Przychodził do mnie na kawę. Gdy kiedyś pokłócił się z tą nową dziewczyną, wrócił do mnie. Twierdził, że już się nie spotykają. I nagle się dowiedziałam, że na wesele jego brata on idzie z Wiolą...

Potem ona się dowiedziała, że jesteśmy razem, przyszła do mnie do baru w zaawansowanej ciąży i z pretensjami. Po tej awanturze Grzegorz W. płakał, prosił abym mu wybaczyła. Ja też płakałam, że mnie okłamuje, mówi, że kocha, wysyłał listy miłosne, a jest z Wiolą.. Rozstałam się, teraz mam nowego chłopaka.

Na pytani jak ocenia stan psychiczny swego byłego konkubenta:

- On jest chory ma rozdwojenie jaźni. Kilkakrotnie byłam świadkiem jego odlotów, gdy bardzo pobudzony rozbijał o ścianę różne przedmioty. Zwłaszcza gdy wypił, albo coś go wkurzyło, miał swoje zagrania.

Zainteresowania? Przepisywał do zeszytu życiorysy Hitlera i innych faszystów. Na plecaku miał naszytą swastykę. Nosił spodnie bojówki i nawet latem wysokie buty.

26 – letnia Małgorzata Ś. samotna matka z dzieckiem przez dwa lata mieszkała z Grzegorzem T. po zaginięciu Wioletty. Wuj T. wynajął im jedną izbę w baraku pozostałym po pegeerze. Początkowo uwierzyła konkubentowi, że jego poprzednia dziewczyna uciekła za granicę z innym. Ale gdy był pijany zwierzał się, że tak naprawdę to poprzecinał jej żyły pod kolanami, aby wykrwawiła się na śmierć; potem zakopał w jakimś garażu. Nie poszła z tym na policję, bo nie uwierzyła. Małgorzata Ś. komisariat odwiedziła z innego powodu - złożyła doniesienie, że konkubent ją bije.

Miesiąc przed aresztowaniem T. rozstali się, ona wróciła z dzieckiem do matki. Ale gdy T. otrzymał wyrok za kradzieże i odsiadywał karę, chodziła do niego na widzenia.

Nie miał, co zrozumiałe, dobrego zdania o chłopaku swej córki (jeszcze wówczas nie było wiadomo, że została zamordowana) ojciec Wioletty. Już w czasie pierwszej - i jedynej - wizyty w domu państwa S. przyszły zięć nie potrafił pohamować swej złości. Już po uroczystym obiedzie gospodarz zaproponował partyjkę szachów. Gość przegrał i na pożegnanie powiedział do ojca swej dziewczyny coś bardzo obraźliwego.

 

xxx

 

A jak prezentował się Grzegorz T. w oczach śledczych? Choć właściwiej byłoby zapytać, jak chciał wypaść.

Na policję zgłosił się kilka dni po zaginięciu Wiolety. Wtedy już zdjęcia dziewczyny jej rodzina rozwiesiła na słupach, w sklepach. Grzegorz T w tym żarliwie pomagał.

Gdy przyszedł na komendę widać było, że wypił. Twierdził, że na jego telefon komórkowy zadzwonił mężczyzna, który powiedział, że poszukiwana dziewczyna o jasnych włosach w białej kurtce „leży z plecami rozharatanymi” przy jeziorku w pobliskiej wsi. Wymienił nazwę, po czym telefon się rozłączył. Policjant odnotował, że mężczyzna jest bardzo pobudzony, kilkakrotnie powtarza to samo zdanie, mocno gestykulując. Ale sygnału nie zlekceważono. Spenetrowanie okolic jeziorka podobnie jak wcześniej dna Wisły nie dało żadnych wyników.

Ponownie przesłuchano Grzegorza T.

Twierdził, że ciążę zaplanowali świadomie. Gdy poznał Wiolę, był w trakcie rozwodu z żoną. W tajemnicy przed nową dziewczyną spotykał się z tą dawną, Martą I. Zrywali, po tygodniu wracali do siebie i Wiola skądś się o tym dowiedziała. Zrobiła Marcie awanturę w miejscu jej pracy. Na domiar złego do jej matki dotarły plotki, że córka chodzi z facetem, który się źle prowadzi. Była więc podminowana, w każdej chwili mogła wybuchnąć.

- 29 marca o 9 rano - zeznał Grzegorz T. – Wiola wysłała mi sms z pytaniem czy jeszcze śpię, czy też jestem już w drodze do ciotki mieszkającej w Modlinie. Wiedziała, że wybierałem się tam po narzędzia, jakie zostały po dziadku. Ja rzeczywiście szedłem pieszo do Modlina. Nic tego dnia nie piłem. Od ciotki zabrałem młotek, piłę i w drodze powrotnej wstąpiłem do budki Marty na herbatę. Bo kochałem zarówno Martę jak i Wiolę. Ta druga o tym wiedziała, ale powiedziała mi: - I tak będziesz ze mną.

W marcu Wioletta była na zwolnieniu, dostała 30 dni. Przychodziła do mnie przed południem, gdy matka roznosiła pocztę i oglądaliśmy w łóżku filmy. Później zabierałem się do gotowania obiadu. Na wesoło, bo ją trudno było wyprowadzić z równowagi. Nawet, gdy miała tzw. focha, zawsze pierwsza wysłała mi sms na pogodzenie się. To nieprawda że zwodziłem ją co do małżeństwa Na początku doszliśmy do porozumienia, że nie będziemy legalizować tego związku. Najpierw chciałem mieć pracę i mieszkanie, nie tak na wariata. Ale potem, gdy brzuch był coraz większy, ona jednak naciskała na ślub.

Po zaprotokołowaniu tych zeznań prokurator nie zdecydował się na postawienie Grzegorzowi T. zarzutów.

W kwietniu 2007 roku postępowanie w sprawie pozbawienia wolności Wioletty S. zostało umorzone.

 

Xxx

 

Minęły trzy lata. Na zlecenie prokuratora sprawa zaginionej mieszkanki Nowego Dworu Mazowieckiego została odkurzona.

Biegli zanalizowali kolejność połączeń z komórki Grzegorza T. w dniu 29 marca 2006 roku.

O 9. 45 telefon znajdował się na obszarze zasięgu przekaźnika obsługującego rejon Osiedla Młodych w Nowym Dworze Mazowieckim czyli tam, gdzie mieszkał z matką Grzegorz T.

Między godz. 10.02 a 10.12. na drodze w kierunku Modlina - zatem mężczyzna szedł do ciotki.

10. 17 -12.10 - używający tego telefonu wysyłał sms -y już z Modlina.

12.21 - 12.48 - komórka znajduje się ponownie w rejonie Nowego Dworu.

12.48 - 13.18 w okolicach marketu, gdzie pracuje Marta I.

13.54 - 15.14 – w pobliżu wału wiślanego.

15. 31 - ponownie Osiedle Młodych.

15.54 - został odebrany telefon z komórki Wioli; do godziny 17.58 cisza.

17.58 – komórka loguje się rejonie, gdzie mieszka Grzegorz T.

Okazało się, że w dniu zaginięcia Wioli, między godziną 9 a 15 Grzegorz T. wysłał do Marty I. dwadzieścia pięć sms-ów. Do swej aktualnej dziewczyny - kilkanaście. Ostatniego o godzinie o 15.54. Można zatem przypuszczać ze w tym momencie jeszcze go nie było przy niej.

Dwie godziny później z komórki Grzegorza znów popłynął sms do Wioletty S. Jeśli już wtedy nie żyła, od spotkania z chłopakiem po spacer nad Wisłą, następnie zabójstwa, przyniesienia szpadla, wykopania dołu i oddalenia się od miejsca zbrodni upłynęło 2 godziny 4 minuty. Zrobiono eksperyment z pomocą grabarza. Okazało się, że sprawny fizycznie mężczyzna mógł w takim czasie wykonać wszystkie wymienione czynności.

W czasie przeszukania mieszkania Marty I. znaleziono miłosne listy z 2006 roku pisane do niej przez Grzegorza T. Ich treść wskazywała, że zdradzał Wiolę z Martą.

Śledczy pamiętali, co mówił G. podczas pierwszego przesłuchania: że wbrew jego planom oczekująca dziecka Wioletta nalegała na zawarcie małżeństwa. W grupie dochodzeniowej Komendy Stołecznej Policji przyjęto wstępną wersję: zabójcą jest T. Przyciskany przez Wiolettę do zmiany trybu życia, postanowił się jej na zawsze pozbyć, mordując a następnie ukrywając zwłoki w trudnym do odnalezienia miejscu.

21 marca 2011 roku, pięć lat po zaginięciu dziewczyny postępowanie w sprawie zostało podjęte od nowa.

Jeden z tropów prowadził do Marty I. Skoro Grzegorzowi T. zależało na niej i nawet odtrącony zwierzał się, przesiadywał w barku, gdzie pracowała, mogła wiedzieć więcej niż zeznała w czasie pierwszego śledztwa.

Zaproponowano tej kobiecie badanie wariografem. Zgodziła się. Okazało się, że silnie reaguje na bodźce związane z przykryciem ciała domniemanej ofiary prześcieradłem. A także ha hasło o rozpuszczeniu zwłok w kwasie solnym, rozkawałkowanie. Mniejsze reakcje odnotowano w ciągu pytań, związanych z przewożeniem ciała samochodem, spaleniem ich. Specjaliści doszli do wniosku, że badana nie ukrywa swej wiedzy na temat losów Wioletty po jej zaginięciu. Jest mało prawdopodobne, aby brała udział w pozbawieniu życia ofiary, czy pomagała celowo w zacieraniu śladów.

Ponownie przesłuchano Martę I. Zeznała, że już po głośnym zaginięciu dziewczyny z Nowego Dworu Mazowieckiego spotkała się z Małgorzatą Ś. - kolejną kochanką Grzegorza T. (Znały się jeszcze ze szkoły). Ta kobieta była akurat w wielkim stresie, rozgoryczona zachowaniem się swego konkubenta; dużo pił, wielokrotnie dotkliwie ją pobił. Płacząc, zwierzyła się koleżance, że Grzegorz kiedyś w alkoholowym amoku zagroził jej, że jeżeli będzie się stawiała, spotka ją to samo, co Wiolę. Podetnie jej żyły i gdy się wykrwawi, zakopie w odludnym miejscu.

Grzegorz T. na pierwsze przesłuchanie po wznowieniu śledztwa został doprowadzony z więziennej celi, bowiem od końca 2009 roku odsiadywał karę 4 lat więzienia za kradzieże, oszustwa i włamania. Miał na sumieniu zarówno rozbój, jak i włamania do piwnic w blokach skąd kradł co było pod ręką: zepsuty komputer, prostownik, rower, worek ziemniaków, słoiki z przetworami.

T. najpierw przeszedł badanie wariografem – na co się zgodził w przekonaniu, że wyprowadzi śledczych w pole. Tymczasem z analizy zapisu tego urządzenia wynikało, że u badanego hasło „zabójstwo Wioletty S.” łączy się z takimi skojarzeniami, jak zakopanie ciała, wrzucenie do rzeki.

Grzegorz T. przesłuchiwany następnie w obecności policyjnych psychologów w pewnym momencie przyznał się do zamordowania dziewczyny. Opisał, jak było: - Wywołała mnie sms-ami na spacer nad Wisłę. W rezerwacie Kępy Kazańskie pokłóciliśmy się o Martę I. Poza tym chciała, abym skoro będziemy mieć dziecko poszedł do pracy. Szantażowała mnie, że jeśli się nie zmienię, ujawni na policji kilka spraw, o których dowiedziała się od moich kolegów. Nie dała mi dojść do słowa. Wk….. się. Wyciągnąłem nóż, zawsze go miałem przy sobie. Ona szła przede mną, uderzyłem tylko raz, w plecy. Nawet nie krzyknęła, osuwając się na ziemię. Sprawdziłem - nie żyła. W pobliskiej szopie znalazłem łopatę. Wykopałem dół, ukryłem w nim zwłoki.

Po powrocie do domu, wykąpał się, wypił kawę. Potem specjalnie uczestniczył w poszukiwaniach, żeby nie było podejrzeń.

Na koniec przesłuchania Grzegorz T. wyznał, że nie wie, dlaczego zabił, więzienie w którym już kiedyś siedział tak go zdeprawowało. Wioletta była dobrym człowiekiem.

Następnego dnia wskazał miejsce ukrycia ciała. Nie od razu, trochę szukał, bo przez pięć lat w rezerwacie wyrosły samosiejki. Odkopano zwłoki, a właściwie już tylko szkielet w stosunkowo dobrze zachowanym ubraniu z tworzywa sztucznego. Matka rozpoznała biżuterię córki - kolczyki i łańcuszek z wisiorkiem. Na ortalionowej kurtce od strony pleców było widać 4 cięcia nożem. Z przodu, w okolicy serca jedno. Zatem Grzegorz T. kłamał, gdy przed otwarciem grobu twierdził, że użył noża tylko raz. Do akt prokuratorskich włożono zdjęcie szczątków ofiary. W okolicy miednicy bielały ukształtowane już kosteczki małego dziecka. Rozpoznano, że był to chłopiec.

 

xxx

 

 

Nim sprawa trafiła do sądu, oskarżonego zbadali biegli psychiatrzy i psycholodzy. Przeprowadzono wywiad.

Grzegorza T. wychowywała tylko matka; ojciec po rozwodzie założył nową rodziną. Chłopiec kontaktował się nim tylko wtedy, gdy potrzebował pieniędzy. Dorosły Grzegorz nigdy nie podjął się żadnej pracy, wolał kraść. Żonę okłamywał, mówiąc, że handluje na giełdzie. Gdy dowiedział się, że ich dziecko urodziło się z wodogłowiem, zniszczył samochód lekarza odbierającego poród.

Wykształcenie miał tylko podstawowe, ale jedną książkę przeczytał czterokrotnie – to „Mein Kampf” Adolfa Hitlera. Przepisał nawet całą treść dwa razy, „aby lepiej zrozumieć”. Do specjalnego zeszytu wklejał prasowe notatki o nazistach.

Kilkakrotnie brał udział w zadymie na stadionie: – „było fajnie, lało się kogo popadnie”. Miał kilka spraw o pobicie, mi. in.: lekarza, gdyż był Murzynem , policjanta, a ostatnio konkubiny Małgorzaty Ś.

Kilka dni przed śmierci Wioletty dostał wezwanie do sądu jako oskarżony o sadystyczne zabicie bezdomnego kota. Zwabił go na ulicy na parówkę, rzucił o ścianę i przydeptał.

Wnioski z badania: Osobowość dysocjalna. Niezdolność do odczuwania winy („ Po tym jak zakopałem Wiolettę nigdy nie miałem koszmarów sennych, zawsze dobrze mi się śniło”), nasilony egocentryzm - nie odczuwa potrzeby ponoszenia odpowiedzialności za własne postępowanie, bez oporów opowiada o swych agresywnych zachowaniach. Brak umiejętności podporządkowania się normom społecznym.

Procesowi Grzegorza T. nie przysłuchiwał się nikt z jego rodziny. Z bratem dawno zerwał kontakt, a matka gdy ją powołano na świadka oświadczyła, że nie będzie w procesie syna uczestniczyć. Obrońcę miał z urzędu.

Jedyną osobą, która zareagowała z płaczem na widok oskarżonego była jego ostatnia kochanka. Nie ostudziły jej serca nawet ujawnione na rozprawie dowody niewierności oskarżonego. Tuż przed zaginięciem Wioli wielokrotnie pisał do Marty I.: „Cześć Najukochańsza. Piszę z głębi serca. Bardzo Cię kocham nie potrafię przestać myśleć o Tobie choć przez chwilę. Pragnę się zmienić. Grzegorz.”

Takich wyznań było kilkadziesiąt. Gdy Marta I. wyraziła się na sali sądowej o tej korespondencji z lekceważeniem („Pierwszy list przeczytałam, kolejne już wrzucałam do szuflady bez otwierania koperty, bo on mnie okłamywał), oskarżony zapytał: - Czy świadek jest na 100 procent pewny, że ja to napisałem? Bo jakoś sobie nie przypominam.

Ale biegły grafolog potwierdził autorstwo Grzegorza T.

Obecna na sali Małgorzata S. jak zahipnotyzowana wpatrywała się w oskarżonego. Gdy po rozprawie wychodził w kajdankach, kiwnął na nią palcem - pobiegła za nim nie zważając na uzbrojonych konwojentów.

 

xxx

 

Nadszedł czas na wystąpienie oskarżyciela.

- Jak wyglądał przebieg wydarzeń tragicznego 29 marca 2006 roku, częściowo wiemy z relacji Grzegorza. T.- zaczęła prokurator Małgorzata Komsta.- W postępowaniu przygotowawczym udało się ustalić jeszcze kilka innych okoliczności. Wiadomo, że Wioletta S. w tajemnicy prze z rodzicami była kilka dni wcześniej na rozprawie w sądzie, gdzie T. odpowiadał za zabicie kota. Może wtedy przekonała się na własne oczy, z jakim sadystą ma do czynienia. Następnie dotarły do niej informacje, że ojciec jej dziecka spotyka się z inną kobietą. Straciła nadzieję, że gdy urodzi, ten mężczyzna zapewni rodzinie byt, bowiem on nie ukrywał, że nie zamierza iść do pracy. To mogło przechylić szalę rozgoryczenia i podczas spaceru na Wisłą wyrzuciła z siebie wszystkie żale. Ale czy na pewno doszło do kłótni, jak wyjaśniał oskarżony? Wszyscy świadkowie twierdzili, że Wioletta była osobą łagodną, ugodową, jeśli coś ją bolało, nie okazywała tego, raczej zamykała się w sobie.

Grzegorz T. mówił, że nie dała mu dojść do słowa. Jeśli z tego powodu zabił, to przerażający motyw.

Prokuraturze nie udało się odtworzyć kolejności ciosów. Biegli doszli do przekonania, że pierwszy był w okolice serca. Kolejne cztery w plecy. Czy dziewczyna upadła na twarz, a zabójca ciągnął ją po piachu do dołu? Po pięciu latach tego już nie da się stwierdzić.

Wiadomo natomiast, że zaraz po zakopaniu ciała Grzegorz T. zadbał o alibi, wysyłając sms-a do swej ofiary. A na drugi dzień jakby nigdy nic zadzwonił do rodziny Wioletty pytając, czy jest w domu. Potem pomagał w szukaniu.

- To, że G. się przyznał, wskazał miejsce ukrycia, tylko pozornie jest okolicznością łagodzącą - twierdziła prokurator. Takie postępowanie oskarżonego nie wynikało z jego przekonania, że trzeba wreszcie powiedzieć prawdę. To wyłącznie sukces sprawnie działających śledczych najwyższej klasy.

Dożywocie i aby skazany mógł skorzystał z dobrodziejstwa wcześniejszego wyjścia na wolność, dopiero 35 latach - oto żądanie oskarżyciela publicznego.

Obrońca sugerował sądowi ponowne przebadanie jego klienta przez biegłych psychologów. Bo dokładnie nie wiadomo, co zdarzyło się nad Wisłą. Jest więcej pytań niż odpowiedzi. Sam oskarżony ze zdarzenia niewiele pamięta.

Sąd wniosek odrzucił. Oskarżony w ostatnim słowie: - Jestem winny, wyrządziłem dużo zła Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Chciałbym przeprosić wszystkich. Ale nie jestem zwierzęciem, jak mnie tu opisuje prokuratura. Nie wnoszę o najmniejszy wymiar kary, ale o racjonalny.

Dostał dożywocie. - Czy można przeprosić rodziców za to, że się zabiło ich dziecko? Nie można. - Sędzia Sławomir Bielecki patrząc Grzegorzowi T. w oczy uzasadniał, dlaczego otrzymał najwyższą karę z możliwych. - Za brak doświadczenia życiowego pokrzywdzona zapłaciła najwyższą cenę, bo własnym życiem. Zakochała się w człowieku cynicznym, bezwzględnym w krzywdzeniu innych. Oskarżony mający się za twardego mężczyznę - zawsze z nożem w kieszeni, zwolennik ideologii faszystowskiej, w pełni zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił.

Sąd nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących. Jeśli nieprawomocny wyrok się utrzyma, Grzegorz T będzie mógł ubiegać się warunkowe zwolnienie po 25 lat więzienia.