Mało znana restauracja w Wilnie. Pod oknem siedzą dwaj mężczyźni mówiący po rosyjsku. To polski dyplomata Adam Kowalski*, który niedawno wrócił do Warszawy po zakończeniu służby w konsulacie w Mińsku i Białorusin Iwan Kozubow. Gdy kelner układa sztuce, Polak wstaje od stołu przepraszając, że musi iść do toalety. Znika w drzwiach.

W tym momencie do restauracji wpadają antyterroryści. Z sąsiednich stolików sprężyście podnoszą się mężczyźni, którzy tylko udawali konsumentów. W rzeczywistości są funkcjonariuszami policji. Wszyscy otaczają stolik Białorusina, który ani myśli o dobrowolnym zakuciu się w kajdanki. Walczy, uciekając przewraca stoły, krzesła. Przerażeni goście wyskakują przez okno, obsługa chowa się za barem. Kiedy dyplomata wraca na salę, w lokalu jest tylko jedna wystraszona kelnerka. Po jego znajomym i funkcjonariuszach ani śladu.

Wkrótce potem departament Bezpieczeństwa Państwa Republiki Litewskiej na prośbę strony polskiej wydaje Kozubowa służbom bezpieczeństwa RP. Białorusin zostaje przewieziony policyjnym samochodem do granicy polskiej, a następnie po przejęciu go przez polskich funkcjonariuszy helikopterem trafia do aresztu w Gdańsku. Jest styczeń 2007 r.

Nazajutrz w celi odbywa się rewizja. W koszu na śmieci leżą podarte kartki notatnika. Zabrano je, sto kilkadziesiąt strzępów, do pieczołowitego posklejania. Numery telefonów są tam zapisane dziwnym kodem: mianowicie do każdej cyfry są dodane po kolei jedynka, potem dwójka itd. Aby się nie pomylić właściciel notesu zapisywał te numery na różnych stronach

Zakład kryminalistyki potwierdza, że kartki są zapisane ręką aresztanta. Ich treść będzie szczegółowo analizowana w Prokuraturze Apelacyjnej w Gdańsku, gdzie wszczęto śledztwo w sprawie podżegania obywatela polskiego przez Białorusina do pracy wywiadowczej przeciwko Polsce. Już wiadomo, że materiał dowodowy został uzyskany operacyjnie przez pracowników polskiego wywiadu. Dokładnie wiedzieli, kiedy na Litwie dojdzie do spotkania przedstawiciela białoruskiego wywiadu z obywatelem polskim.

 

xxx

Adam Kowalski był nie tylko dyplomatą w konsulacie Polski w Mińsku. To również agent polskiego wywiadu. W sądowych aktach sprawy przeciwko Kozubowowi zakończonej prawomocnym wyrokiem zeznania Kowalskiego są utajnione.

Ale gazety „Lietuvos Rytas", i białoruska „Narodnaja Gazeta” ujawniły pełne dane osobowe i tajną misję tego głównego świadka oskarżenia.

Adama Kowalskiego w randze dyplomaty oddelegowano do Mińska w 2004 roku, tuż po tym, gdy rząd Łukaszenki uznał czworo przedstawicieli polskiego MSZ za persona non grata. Polska w rewanżu wydaliła dwóch pracowników ambasady białoruskiej w Warszawie. Trwała więc dyplomatyczna wojna i utrzymanie się na zagranicznej placówce było jak balansowanie na linie. Kowalski przetrwał inwigilowanie, prowokacje (jak niosła wieść, aby jako osoba non grata opuścił Białoruś, wystarczyło na przyjęciu opowiedzieć złośliwą anegdotę o Łukaszence) nie tylko dlatego, że nie opowiadał dowcipów politycznych, ale z powodu bliskiej znajomości z pewnym pracownikiem najważniejszej w Mińsku ambasady Wspólnoty Niepodległych Państw. To właśnie ten dyplomata, przed powrotem do swego kraju a konkretnie do Moskwy przedstawił Polakowi na pożegnalnej kolacji Iwana Kozubowa.

Do spotkania doszło niby przypadkiem, ale Kowalski za długo pracował w dyplomacji, aby nie zorientować się, że jest to zarzucenie na niego sieci agenturalnej. Porozumiał się ze swoimi służbami. Od tej chwili każdy jego kontakt z Białorusinem miał dyskretnych świadków. Na spotkania Polak zawsze przychodził wyposażony w ukryty mikrofon. W wileńskiej restauracji, gdzie doszło do aresztowania białoruskiego agenta, tajnych funkcjonariuszy z Polski wspierały służby litewskie.

Ale wróćmy do pożegnalnej kolacji, jaką w Mińsku w roku 2005 wydawał pewien ważny urzędnik ambasady WNP.

 

xxx

Mężczyzna, który przysiadł się do stolika, gdzie ucztowali rosyjski i polski dyplomata przedstawił się Kowalskiemu jako Iwan Kozubow doradca mera Mińska. Cieszył się, że poznaje kogoś ważnego z Polski, bo właśnie przymierza się do rozkręcenia turystycznego biznesu z tym krajem. Po kilku toastach, gdy się dowiaduje, że Kowalski wkrótce kończy służbę i wraca do kraju – proponuje mu założenie wspólnego biura turystyki zagranicznej. Wymieniają się wizytówkami.

Po kilku dniach na biurku Kowalskiego w konsulacie odzywa się telefon. To dzwoni poznany w czasie kolacji Iwan. Tonem brata łaty prosi o pomoc dla znajomego w przyspieszeniu wydania wizy do Polski. Kowalski zachowuje się zgodnie z instrukcją uśpienia czujności agenta, która przyszła z Warszawy – załatwić sprawę, a jeśli tamten rewanżuje się zaproszeniem na kawę, nie odmawiać.

Wkrótce jest z Iwanem po imieniu, jako przyjaciele nie mają przed sobą tajemnic w sprawach męsko damskich. Kowalski sprawdza, jakie Białorusin ma wejścia do urzędów państwowych. Prosi go o pomoc w znalezieniu w archiwach państwowych informacji dotyczących działań polskiego Ministerstwa Gospodarki Leśnej we wrześniu 1939 roku. Wtedy to ówczesny minister leśnictwa potajemnie przewoził przez Białoruś całą dokumentację resortu. Konwój został zatrzymany i aresztowany, ale wcześniej udało się gdzieś ukryć część tego bagażu. Pytanie brzmi: gdzie?

Kozubow nie jest jednak w stanie pomóc swemu zagranicznemu przyjacielowi.

Podczas pożegnalnej kolacji w związku z powrotem dyplomaty do Polski, Białorusin robi krok następny w zarzucaniu agenturalnej sieci – właściwie to jest już otwarta rozmowa werbunkowa. Proponuje Kowalskiemu, aby za pieniądze sprzedawał mu z polskiego MSZ informacje ważne dla białoruskich służb specjalnych – jakkolwiek ich nazwa nigdy nie pada wprost. Przekazuje zakres tematów interesujących stronę białoruską: struktury osobowe polskiego MSZ, zastrzeżone numery telefonów pracujących tam ważnych urzędników, a przede wszystkim tajemnice departamentu polityki i bezpieczeństwa europejskiego, gdzie skrywane są m.in. informacje o handlu bronią.

Ustalają stawki. Za drobne informacje będzie dostawał 100 dolarów, za tajemnice większej wagi nawet kilka tysięcy dolarów.

Kowalski uzgadnia z swymi mocodawcami w Polsce, jak ma postępować. Instrukcja brzmi: przeciągać grę, aby można się było dokładnie zorientować w planach Białorusina. Na początek dostarczy „śmieci”, mało istotne informacje, które nie mają klauzuli tajności.

Przed opuszczeniem Mińska Polak umawia się z Białorusinem, że gdy zgromadzi odpowiednie dokumenty z MSW, powie przez telefon: „Skierowanie turystyczne gotowe”. Natomiast, gdy będzie chciał wskazać zaufaną osobę wyjeżdżającą na misję do ambasady RP w Mińsku, wspomni o „sprzedawcy samochodów”.

- A gdybym moi koledzy znaleźli się w Polsce i mając jakieś problemy szukali u ciebie pomocy, to jak cię przyjacielu poznają? Ja nie mam żadnego twojego zdjęcia… - zauważa Iwan.

Kowalski wycina scyzorykiem ze zbiorowej fotografii swoją twarz i daje Bałorusinowi. Uzgadniają hasło: ta osoba ma powiedzieć, że jest od czerwonego kapturka. Szyfr podpowiada Kozubow, pytając Kowalskiego, jaka jest ulubiona bajka jego córki. (W tym momencie w głowie polskiego dyplomaty zapala się czerwone światełko: Niedawno w Rosji wykryto grupę dywersyjną „wilcze stado”. Składała się głównie z kobiet z dziećmi wykorzystywanych jako kurierzy do przenoszenia broni i materiałów wybuchowych. W służbie bezpieczeństwa nazywano ich czerwonymi kapturkami.)

Na pożegnanie Białorusin wręcza Kowalskiemu upominek: zegarek - na oko drogi, szwajcarski. W rzeczywistości tajwańska podróbka.

Kowalski deponuje prezent od szpiega w sejfie Agencji Wywiadu. Przekazuje też informacje o tym, jak Białorusin naprowadzał go na hasło „czerwony kapturek”.

 

xxx

Jak się kontaktowali, gdy jeden już wrócił do Warszawy a drugi mieszkał w Mińsku? Kowalski zaproponował Iwanowi tajny system. (Opracowany przez polskie służby wywiadowcze): Podał Kozubowowi dwa numery telefoniczne wraz z instrukcją: Gdy Białorusin zadzwoni, Polak potwierdzi że jest na linii i rozłączy się. Następnie Iwan w ciągu dziesięciu minut zatelefonuje na drugi numer (w tym czasie Kowalski przełoży do „komórki” inną kartę, używaną wyłącznie do kontaktów z Białorusinem) i będą mogli już bezpiecznie – jego zdaniem – rozmawiać. Oczywiście używając szyfru.

Nawiązanie do sportu znaczyło, że Kowalski ma newsy polityczne. Jeżeli wspomni o wyścigach motocyklowych, ukryje za tym informacje osobowe: kto z kim, kiedy. Pojęcie „diler samochodowy” dotyczyło dyplomatów, którzy wyjeżdżali do Białorusi lub Moskwy i mogliby być przydatni w załatwianiu wiz do Polski.

Kozubow zabiegał, aby po powrocie Kowalskiego do Polski ich kontakty nie ograniczały się do rozmów telefonicznych. Najchętniej widziałby werbowanego Polaka w Mińsku; kusił go perspektywą intymnych spotkań z atrakcyjnymi Białorusinkami. Ale Kowalski pamiętał o instrukcjach rodzimej Agencji Wywiadu: spotkania mają się odbywać poza granicami Białorusi.

Zatem dwa razy umówili się w Pradze. Polak poprosił Białorusina, aby na pamiątkę przywiózł mu do Czech dwie buteleczki białoruskiej wódki, takie po 100 gram. Białorusin spełnia prośbę – nie wie, że „szczeniaczki” z odciskami jego palców powędrują do teczki śledzącego go funkcjonariusza Agencji Wywiadu w Polsce.

 

xxx

- Pojechałem do Pragi - wyjaśniał aresztowany Białorusin polskiemu prokuratorowi - bo remontowałem dom i potrzebne mi były płytki ceramiczne, tej jakości w Mińsku niedostępne. Przy okazji umówiłem się z Kowalskim na spotkanie, gdyż on obiecał, że przywiezie pewne materiały prasowe, które będzie można sprzedać w Mińsku tamtejszemu instytutowi socjologicznemu.

- Czy kupił pan te płytki?

- Nie, nie znalazłem w odpowiednim kolorze, nabyłem tylko wazon z kryształu.

- Dlaczego na rozmowę z Kowalskim wybrał pan restaurację daleko od rynku, której nie odwiedzali turyści?

-, Bo tam było taniej.

- Czy dał pan Kowalskiemu pieniądze?

- Tak, on wymagał zapłaty za przywiezione dokumenty, choć ja nie miałem gwarancji, czy instytut to kupi.

- Jaki instytut?

- Badań Socjalno- Politycznych przy Prezydencie Republiki Białorusi, może w tej chwili przekręcam jego nazwę. Ale skłamałem mówiąc Kowalskiemu, że mam stamtąd zamówienie na informacje z Polski. W rzeczywistości nikogo tam nie znałem. Ryzykując, że mogę ponieść stratę, dałem Kowalskiemu 500 dolarów na koszty podróży do Pragi i zakwaterowanie w hotelu. On mi się żalił, że brakuje mu pieniędzy, bo z powodu choroby matki ponosi duże wydatki. Na jego prośbę włożyłem dolary do planu Pragi.

- A po odebraniu dokumentów prosił pan o kolejne materiały?

-Tak, choć od razu zorientowałem się, że to co Kowalski przywozi, nie ma wartości. Lecz, żeby nie palić mostów, robiłem dobrą minę do złej gry. Poprosiłem go, aby na drugie spotkanie w Pradze dostarczył mi coś konkretnego, m. in. informator wewnętrznych telefonów MSZ. Chciałem się upewnić, czy rzeczywiście został zwolniony z dyplomatycznej służby w Mińsku. A co do materiałów, które dostałem w Pradze, to gdy spotkaliśmy się ponownie, powiedziałem, że rozmawiałem o nich z ludźmi w Mińsku. Ale to nie była prawda. Nikomu ich nie pokazywałem.

- Co było w kopercie od Adama Kowalskiego, przekazanej panu w Pradze?

- Wycinki z gazet, biuletyn informacyjny MSZ, ksero jakiegoś pisma organizacji Wspólnota Polska do MSZ. Wszystko bez znaczenia. Jedyne trochę wartościowe to sprawozdanie pracownika MSZ po spotkaniu z ambasadorem Szwecji. Dotyczyło współpracy Polski i Szwecji w zakresie kontaktów tych państw z Białorusią. W szczególności kontynuowania za granicą studiów przez białoruskich studentów, którzy zostali wyrzuceni z uczelni z powodów politycznych.

- Mimo to zapłacił pan Kowalskiemu 800 euro.

- To była biznesowa inwestycja. Myślałem, że jednak rozwiniemy wspólny interes turystyczny. On mi wiele obiecywał, chwaląc się, że ma duże możliwości. Mówił o jakiejś urzędniczce, z którą pracował w MSZ; uwodził ją, choć była stara i brzydka, ale umożliwiała mu dostęp do dokumentów związanych z Białorusią.

- Na pana wizytówce widnieje: „specjalista prowadzący w Merostwie Mińska”. Czy to zgodne z pana zajęciami?

- Nie. Wydrukowałem taką wizytówkę, aby móc popisywać się przed Kowalskim. Robiła wrażenie.

- Tam jest jakiś numer telefonu..

- To oficjalny numer do biura wydziału promocji merostwa. Pracowała tam moja dobra koleżanka; umówiliśmy się, że gdyby ktoś pod tym telefonem mnie szukał, ona powie, że chwilowo jestem nieobecny, oddzwonię. I da mi znać.

- Dlaczego pan umówił się z Kowalskim na Litwie, skoro to, co dostarczył panu w Pradze było niezadowalające.

- Bo Kowalski nalegał. Obiecywał, że na następne spotkanie dostarczy bardzo cenny pakiet, za 20 tys. euro. Po powrocie z Pragi do domu przemyślałem jeszcze raz całą sytuację; stwierdziłem, że nagłe zerwanie stosunków z Polakiem będzie dla mnie niekorzystne, bo nie odzyskam zainwestowanych w ten interes pieniędzy. Byłem przekonany, że Kowalski awansuje w hierarchii MSW i ponownie przyjedzie do Mińska jako konsul. A wtedy, dzięki takiej znajomości będę mógł na większą skalę załatwiać moim klientom wizy.

- A dlaczego nie pojechał pan na spotkanie z Adamem Kowalskim do Warszawy, przecież pana zapraszał.

- Nie chciałem przekraczać granicy Polski, bo musiałbym ujawnić w wizie gdzie pracuję i wtedy by się wydało, że to byle jaka robota akwizytora, a nie specjalisty w merostwie. Tym samym skompromitowałbym się w oczach Kowalskiego.

 

xxx

Iwan Kozubow twierdził, że jego znajomość z Kowalskim była wyłącznie natury towarzyskiej.

Na pytanie śledczych, co oznaczał termin „sprawy turystyczne” w telefonicznych rozmowach podejrzanego z Kowalskim (wszystko było na podsłuchu) wyjaśnił, że chodziło mu o przyspieszenie wydania wizy polskiego konsulatu dla protegowanych Białorusinów. Poza tym łudził się, że dyplomata z Warszawy załatwi mu posadę konsultanta w jakiejś polskiej firmie turystycznej. Raz chciał, aby Kowalski sprawdził reputację kilku firm turystycznych z Polski, które miały biura w Mińsku. Bo zastanawiał się, czy by nie nawiązać z nimi kontaktu.

Odpowiedzi brzmiały zdecydowanie, jakby były z góry przygotowane. Podejrzany trochę się zaplątał, gdy miał wyjaśnić, na jakiej zasadzie działał w branży turystycznej. („Sprzedawałem skierowania na wczasy do krajów nadbałtyckich i Izraela. Nie odpowiem na pytanie, czy płaciłem podatki”.)

Przedstawiając się w roli szukającego kontaktów początkującego biznesmena Kozubow przekonywał prokuratora, że i Adam Kowalski oczekiwał od niego pomocy. Polak miał planować po zakończeniu służby w dyplomacji uruchomienie w Warszawie wyższej szkoły języka białoruskiego i rosyjskiego. Kadrę z Białorusi miał zapewnić właśnie Kozubow.

W grę wchodziły też drobne przysługi biznesowe –zawsze płatne. Na przykład Kowalski poprosił go o zorganizowanie wywiadu dla polskiego dziennikarza z czasopisma „Gospodarka Leśna” z białoruskim ministrem leśnictwa.

- Gdzie tu biznes?- zapytał prokurator.

- Miałem dostać pieniądze za pośrednictwo.

Aresztowany Białorusin twierdził, że miał wiele innych planów biznesowych związanych z osobą polskiego dyplomaty. Dlatego tak zabiegał o pielęgnowanie tej znajomości. Na przykład starał się dowiedzieć od Kowalskiego, czy ma on wejścia do fundacji charytatywnych. Fundacje europejskie i amerykańskie działające w Polsce wydzielają pewne kwoty dla Białorusi, ale możliwość uzyskania tych pieniędzy jest limitowana. Trzeba zatem mieć dostęp do tych organizacji.

W czasie kolejnego przesłuchania (podejrzany konsekwentnie nie przyznawał się do zarzutu werbowania polskiego dyplomaty) padło pytanie, czy interesował się zagadnieniami, które dotyczyły tajnej kancelarii polskiego MSZ i jej pracowników?

Stanowcze zaprzeczenie: - Ja nawet nie wiem, co to za tajna kancelaria, nie znam struktury tego resortu. To Kowalski wprowadzał mnie w tajniki kadrowe. Z własnej inicjatywy ujawnił, że po powrocie do Polski czeka na niego etat w wydziale MSZ do opracowywania sekretnych analiz. Mówił, że mógłbym otrzymać więcej informacji stamtąd, gdybym na spotkanie w Wilnie – pojechałem tam, aby kupić grzewczą płytę ceramiczną - przywiózł kopertę z 5 tysiącami euro. Ale niczego konkretnego nie uzgodniliśmy. On w istocie proponował mi kota w worku. A to, co przywiózł do Wilna to były kserokopie wniosków na wyjazd grup turystycznych z Białorusi zaproszonych przez polskie fundacje.

- Kto płacił za obiad?

- Powiedziałem mu, że mer, czyli Miejski Komitet Wykonawczy w Mińsku płaci, ale to był żart, wszystko pokrywałem z własnej kieszeni.

A dlaczego chciał spis wewnętrznych telefonów w MSZ? Bo zamierzał sprawdzić Kowalskiego, czy rzeczywiście pracuje na stanowisku, o jakim mówił.

Na uwagę prokuratora, że prościej byłoby w wolnym czasie zatelefonować na warszawską centralę telefoniczną MSZ i poprosić o połączenie z Adamem Kowalskim, oskarżony wzruszył ramionami - taki pomysł nie przyszedł mu do głowy. A jego zainteresowanie sposobem elektronicznego zabezpieczania bramek w MSZ wynikało z .. uprzejmości wobec polskiego dyplomaty, który w czasie ich kolacji w Mińsku rozwodził się na ten temat. Grzeczność gospodarza nie pozwalała na przerwanie wywodu gościa.

A dlaczego do restauracji w Pradze nie wchodzili razem, tylko osobno?

- Nie zwróciłem na to uwagi – odpowiedział przesłuchiwany.

 

xxx

Iwan Kozubow został oskarżony o to, że przez dwa lata na terenie obcych państw nakłaniał obywatela Polski do działań na rzecz białoruskiego wywiadu przeciwko Polsce. Chciał uzyskać od Adama Kowalskiego listę pracowników polskiego MSZ z numerami ich telefonów służbowych, spis osób mających wyjechać na placówki dyplomatyczne, szczegółowe informacje o kancelarii tajnej MSZ wraz z nazwiskami jej personelu i rozkładem pokoi, nazwiska osób zatrudnionych w Wydziale Biuletynów Tajnych Departamentu Systemu Informatycznego MSZ, oraz dokumenty MSZ na temat Rosji i Białorusi. To przestępstwo jest zagrożone karą od lat 3 do 15.

Białorusin nie przyznał się do popełnienia przestępstwa nawet wówczas, gdy przedstawiono mu tzw. twarde dowody - nagrania jego rozmów Kowalskim – tych newralgicznych, gdy już bez kamuflażu składał dyplomacie propozycje pracy dla służb obcego kraju. (Nagrania zostały odtworzone podczas procesu przy wyłączeniu jawności. Dziennikarze nie mieli dostępu do części akta zawierających takie dowody a także opisy technik operacyjnych polskich służb wywiadowczych)

Adam Kowalski nie podlegał karze, ponieważ dobrowolnie zawiadomił polskie służby wywiadowcze o próbach zwerbowania go i potem aktywnie pomagał w zebraniu dowodów przestępstwa.

Ambasada Białorusi w Warszawie nazwała oskarżenia Kozubowa a następnie jego proces prowokacją Polski wobec sąsiada zza wschodniej granicy. Domagała się, aby obywatel Białorusi odpowiadał z wolnej stopy. Poręczyła za niego deklarując, że będzie się stawiał na rozprawy. Sąd odrzucił wniosek tłumacząc swą decyzję nie obawą, jak to w podobnych przypadkach bywa, matactwa ze strony oskarżonego, ale tym, że Iwan Kozubow jako obywatel obcego państwa nie ma w Polsce stałego zameldowania, a więc nie ma adresu, pod który można by dostarczać wezwania na rozprawy.

Podczas procesu Białorusin podtrzymywał wersje swoich wyjaśnień z postępowania przygotowawczego. Równie konsekwentny w składaniu obciążających Kozubowa zeznań był Adam Kowalski. Tylko raz oskarżony stracił na moment czujność i powiedział nie to, co chciał. Zdarzyło się to wówczas, gdy mówił o spotkaniu z polskim dyplomatą w mińskiej restauracji „Nostalgia”. Było to tuż przed opuszczeniem przez Kowalskiego polskiej placówki na Białorusi.

Twierdził, że targowali się o wysokość zapłaty za „sekretnyje” materiały z polskiego MSZ. Kowalski ponoć chciał za jednorazowy pakiet 40 tys. euro.

- Co oskarżony rozumie przez pojęcie „sekretnyje”? - zapytał nsędzia Piotr Schab pośrednictwem tłumacza.

- To znaczy oficjalnie zarejestrowane w ministerstwie, które przeszły przez ręce sekretarki, jak na przykład przeglądy prasy, albo coś w tym rodzaju – odpowiedział czujnie przesłuchiwany. Dodał, że Kowalski sam mu to proponował. A on myślał, że kiedyś sprzeda te materiały znajomym dziennikarzom w Mińsku, albo jakimś politologom. Nie miał wcześniej doświadczenia ze sprzedażą tego rodzaju dokumentów.

Sędzia dalej dociekał: - Czy na Białorusi sam fakt rejestracji dokumentu w sekretariacie jest podstawą do nazwania go sekretnym?

- Ja nie znam dobrze białoruskiego. Moim naturalnym językiem jest rosyjski.

 

Xxx

Po trwającym prawie rok procesie Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że Iwan Kozubow był szpiegiem i skazał go pięć i pół roku więzienia.

Złożony dwa lat później wniosek obrony o warunkowe przedterminowe zwolnienie został odrzucony z uzasadnieniem, że w przypadku tego skazanego „proces resocjalizacji jeszcze się nie zakończył”.

Choć rozprawy toczyły się za zamkniętymi dla publiczności drzwiami z inicjatywy ówczesnego rządu odbyła się na ten temat konferencja prasowa, na której złapanie Kozubowa okrzyknięto jako największy sukces polskiego wywiadu po 1989 r. Ale lektura akt nie potwierdza takiej opinii. Tak naprawdę nie wiadomo, jak ważny szpieg wpadł w ręce polskiego wywiadu – za szybko bowiem go złapano, nie zdążył rozwinąć całej swojej siatki. A przy okazji „spalono” Wilno jako miejsce kontaktów z innymi obcymi agentami wytypowanymi do odwrócenia. Mówił o tym krytycznie w sejmie ówczesny przewodniczący sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Mimo to za zatrzymanie Kozubowa szefowie wywiadów Polski i Litwy zostali w odznaczeni wysokimi orderami zasługi dla swego państwa.

 

*Nazwiska polskiego dyplomaty i skazanego Białorusina zostały zmienione.