23 kwietnia 2007 roku tuż po godzinie ósmej rano kilkaset telefonów komórkowych w Warszawie rozgrzało się do czerwoności. Ich właściciele podawali sobie informację, która brzmiała jak szyfr: „Emil niewypłacalny. Spotykamy się na Bednarskiej”.

To był adres siedziby spółki Interbrok. Godzinę później korytarz i pokoje biura zapełniły się rozkrzyczanym tłumem, który miał tylko jedno żądanie: aby wyszedł do nich Emil D.

Wystraszone urzędniczki początkowo tłumaczyły, że prezesa nie ma, wyjechał, ale że wśród pomstujących interesantów były osoby, których twarze znały z telewizji, szybko uciekły na zaplecze.

Prezesa w biurze rzeczywiście nie było. Zaraz po ósmej wyszedł z gabinetu w towarzystwie dwóch klientów Interbroku - ojca i syna L.

- Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na uprowadzenie - tłumaczyli potem na policji pracownicy spółki – może tylko to, że pan Emil milczał, a ci dwaj szli tak jakoś ciasno koło niego, jakby uważali, aby się nie przewrócił.

Na parkingu panowie L. poprosili prezesa, aby wsiadł do ich pancernego samochodu terenowego, podjadą pod BRE Bank, aby sprawdzić, ile mają na koncie. Wypowiedziane to było takim tonem, że prezes Interbroku wolał nie oponować. Ledwo znalazł się na tylnym siedzeniu, senior Jan L zablokował drzwi i ruszyli. Ale nie w stronę banku. Pruli szosą do podwarszawskiej willowej miejscowości, gdzie stał dom młodszego L., Rafała.

Na miejscu prezes usłyszał od porywaczy: – Albo za pomocą komputera przeleje z konta spółki należne im pieniądze, albo niech się żegna z życiem. Starszy L. bierze na siebie wykonanie wyroku – a strzelać umie.

26 letni Kamil D. nie upewniał się, czy w willi jest broń (nie było). Od razu usiadł przed komputerem, wystukał odpowiednie hasło i przelał na konto starszego pana 420 tys. zł. Gdy syn tego klienta zażądał 1.350.000 zł (zgodnie z kwitem, jaki kilka dni wcześniej dostał z Interbroku), prezes zdążył na tyle ochłonąć, że niepostrzeżenie dla gospodarza zamiast numeru jego konta wpisał jedno ze swoich kont w spółce.

Panowie L. przestali grozić, ale D. nadal był pod strażą, choć siedział na luksusowej kanapie. Po kilku godzinach uwięzienia, pod pretekstem wyjścia do łazienki zadzwonił do żony. Niespostrzeżenie podjechała pod parkan willi; D. zdołał wybiec, gospodarze usłyszeli tylko trzask drzwiczek mercedesa. Też odetchnęli z ulgą, prezes nie był im już potrzebny, skoro odzyskali pieniądze. O tym, że tylko część, przekonali się następnego dnia. Ale już nie było kogo ścigać. Prezes Interbroku, gdy zobaczył tłum wierzycieli okupujących jego biuro, sam stawił się na policji.

Prokuratura już miała zgłoszenie przestępstwa w Interbroku – złożył je Andrzej K, wspólnik Emila D.

 

Xxx

 

Poza tym masowo zgłaszali się poszkodowani – wkrótce było ich prawie 900 osób. W wielkich emocjach zeznawali, jak doszło do ich krzywdy. Z tych pojedynczych losów na kartach akt śledczych układał się zbiorowy obraz klienta jawnej spółki o nazwie Interbrok. Bogatego (nikt nie pytał, skąd pieniądze na starcie), z towarzyskimi koneksjami wśród celebrytów, nie mającego zielnego pojęcia o operacjach giełdowych, ale przekonanego, że został wybrany do szczególnego WIP-owskiego towarzystwa.

Kilka przykładów:

Jarosław J. główny specjalista w dużym, strategicznym przedsiębiorstwie państwowym od dłuższego czasu lokował oszczędności w funduszach powierniczych. Któregoś dnia w 2004 roku spotkał się z kolegą z czasów studenckich, Andrzejem K. jak się okazało wiceprezesem w Interbroku. Dawny kumpel, który zrobił karierę (wcześniej był ministrem do spraw łączności), namówił go na interes życia – inwestowanie w jego spółkę. Powiedział, że lokują pieniądze swych klientów na rynku walutowych kontraktów terminowych (tzw. forex). Przebicia są co najmniej 30 procent rocznie.

Dopiero od prokuratora J. dowiedział się, że na forexie łatwo można zyskać i stracić fortunę, bowiem stosowany jest zazwyczaj mechanizm tzw. dźwigni finansowej. Poza tym na wahania kontraktu mają wpływ setki czynników makro- i mikroekonomicznych, więc granie na tym rynku jest obarczone ogromnym ryzykiem. W branży finansowej mówi się, że sprawny zarządca ma stosunek trafionych decyzji do nietrafionych jak 55 do 45 proc. Ale ta wiedza przyszła do Jarosława J. po plajcie spółki. Póki co był w euforii, że można tak szybko i łatwo zarobić.

- Firma nie ma strony internetowej, chcieliśmy mieć zamknięty krąg inwestorów, nie jesteśmy zainteresowani szeroką rzeszą klientów, to spółka dla VIP-w, bardzo bezpieczna – kusił kolegę K. mile łechcząc jego próżność. J. o więcej nie pytał.

- Założono mi konto - wyjaśnił w śledztwie - na które miały być wpłacane pieniądze w złotówkach. Bankiem czuwającym nad bezpieczeństwem depozytów był BRE Bank. Klient mógł w każdej chwili w ciągu 7 dni zabrać całą wpłaconą kwotę. Zysk był rewelacyjny - 3 procent miesięcznie.

Jarosław J. wpłacił 750 tys. zł. Co miesiąc dostawał od prezesa Interbroku mailem informacje, jaki jest przyrost od zdeponowanej sumy. Rzeczywiście, mógł sobie wypłacać kiedy chciał. 12 kwietnia 2007 roku stan jego konta wynosił 1 mln 326 tys. zł. Wtedy złożył wniosek o drobne uszczknięcie zasobów - wypłatę 75 tys. zł. I nie dostał przelewu. Zaskoczony zadzwonił do prezesa; usłyszał zapewnienia, że wszystko jest pod kontrolą, to tylko drobny poślizg. Za dwa dni pieniądze nadejdą.

Tydzień później przelewu nadal nie było. Odczekał jeszcze kilka dni i skontaktował się z kolegą z lat studenckich, który był wspólnikiem w spółce i rekomendował go prezesowi. To już był 23 kwietnia. Usłyszał, że jest tragicznie, Emil fałszował dokumenty, na koncie nie ma pieniędzy.

Krystynę K. żonę znanego chirurga Andrzej K. wprowadził do spółki, bo był przyjacielem domu. Jeszcze w styczniu 2007 roku upewniała się z mężem u tego wiceprezesa czy ich pieniądze są bezpieczne. Usłyszała, że Interbrok świetnie prosperuje, a Emil D. jest najlepszym brokerem na rynku walutowym. K. mówiąc to, zarzekał się na zdrowie swej matki, operowanej niegdyś przez męża Elżbiety K.

Andrzej K. namówił również na inwestowanie na rynku forex Kalinę J. (lat 50, producentka filmowa). To był rok 2002 .W ciągu pięciu lat wpłaciła 2.400.000 zł. Co miesiąc otrzymywała pisemne oświadczenie prezesa z wykazem transakcji i zysków. Dokonała tylko jednej wypłaty. W połowie marca 2007 roku zgodnie z umową, gwarantującą jej odebranie pieniędzy w każdej chwili, chciała wycofać resztę, która w międzyczasie urosła do 4.700.000. zł.

Gdy przelew nie przyszedł, zaniepokojona zatelefonowała do Emila D. Przeprosił: głupia sprawa, urzędniczka popełniła błąd w numerze konta bankowego. Wydzwaniała do prezesa codziennie, on obiecywał, że pieniądze już, już wychodzą z banku. Ale nie nadchodziły. Tuż po Świętach Wielkanocnych pojechała do biura spółki na Bednarską. Prezes początkowo robił uniki, kłamał, ale przyciśnięty do muru wyznał, że sytuacja spółki jest zła.

- Nie pytałam, jak do tego doszło – wyznała Kalina J. w śledztwie. – miałam przede wszystkim pretensje do Andrzeja K., to on mnie wprowadził do Interbroku. W odpowiedzi usłyszałam, że nie ponosi żadnej odpowiedzialności.

Kalina J. od syndyka dostała 80 tys. zł.

78 letni ekonomista Antoni K. został klientem Interbroku w lutego 2007 r. z namowy swego znajomego Krzysztofa Sz., który wtedy pełnił funkcję członka rady nadzorczej w BRE Banku.

- Sz. był twórcą tego banku, miałem do niego zaufanie – zeznał Antoni K. trzy miesiące później, już po plajcie spółki. - Nie widziałem potrzeby, aby pytać o szczegóły sytuacji finansowej Interbroku. On zaprowadził mnie do prezesa Emila D. – zobaczyłem, że są w b. dobrych stosunkach. Od razu wpłaciłem 300 tys. zł. Niestety, nic z tych pieniędzy nie zdążyłem wyjąć. Od syndyka dostałem 2.600. zł. Wcześniej żadnych wypłat nie robiłem. Domagam się całej kwoty.

W śledztwie doświadczony ekonomista Antoni K. dowiedział się, że Komitet Nadzoru Finansowego, który jako organ państwowy był zobowiązany do sprawdzenia, czy Interbrok ma zezwolenie na prowadzenie operacji giełdowych, dopiero w dnu aresztowania Emila D. zamieścił na stronie internetowej ostrzeżenie, że spółka działa nielegalnie.

Zaskoczyła go też informacja, iż bezpośredni opiekun spółki z ramienia BRE Banku a także jego koledzy, byli klientami tej spółki i w październiku 2006 r., kiedy do banku dotarła informacja o stratach w Interbroku wszyscy wycofali swoje wkłady. Zrobił to również, z wielkim zyskiem dla siebie pan Sz.

- Czyli zachęcał mnie do inwestowania w momencie, gdy sam uciekał ze swymi pieniędzmi? – nie mógł wyjść ze zdumienia leciwy Antoni K.

Jedni zaufali wprowadzającym ich znajomym na wysokich stanowiskach w przekonaniu, że wiedzą co czynią. Innych zwiodła fama, że to giełdowa firma dla wtajemniczonych, klientów z ulicy nie wezmą. Trzeba było mieć minimum 100 tys. zł i osobę polecającą. Małgorzata N. właścicielka firmy reklamowej zeznała w śledztwie, że pierwsze pytanie, jakie zadał jej Daniel D. gdy weszła do jego gabinetu, brzmiało: skąd ma telefon biura.

- „To wyglądało jak rozmowa kwalifikacyjna przed wstąpieniem do tajnego bractwa. Ale czułam się wyróżniona, skoro zyski miały sięgać 30 proc. rocznie”.

Robił swoje blichtr naganiaczy z BRE Banku. Tadeusz Ł. - lat 41 doradca do spraw inwestycji w znanej firmie, wpłacił 140 tys. zł do kasy Interbroku w roku 2004. Na pierwszym spotkaniu z przedstawicielami spółki (bardzo elegancki wystrój biura) usłyszał zapewnienie, ze inwestowanie na forexach nie wiąże się żadnym ryzykiem. Można się tylko szybko wzbogacić. Żył w tym błogim przekonaniu przez dwa lata.

W 2006 roku miał już na koncie 4.530. 000 zł, choć co miesiąc wyjmował 25 tys. zł. Rzadko zachodził do biura przy ulicy Bednarskiej.

24 kwietnia 2007 roku otrzymał dziwny SMS od przyjaciela, również klienta Interbroku, czy wszystko porządku. Zaniepokojony zatelefonował do spółki, chciał rozmawiać z prezesem, który dotąd nie szczędził swego czasu klientom.

Sekretarka odpowiedziała bez zwykłej u niej modulacji głosu na pełny optymizm, że prezesa nie ma, nie wie kiedy wróci, a ona zaraz wychodzi. W tonie jej głosu brzmiało coś takiego, że Antoni K. natychmiast wsiadł do samochodu i pojechał pod firmę. Spotkał tam innych znanych mu z widzenia klientów bezskutecznie dobijających się do zamkniętych drzwi spółki. Następnego dnia zgłosił w CBŚ, że został oszukany – wspólnicy Interbroku przywłaszczyli jego 6.919.950 zł. Tyle miał na koncie według ostatniego statement of account.

Oszukanymi poczuli się też mniej zasobni inwestorzy. Maria Z. spod Warszawy (własna działalność gospodarcza) wpłaciła na początek 200 tys. zł. To był rok 2005.

- Mówili mi, że zysk miesięczny wynosi prawie 50 tys. zł – zeznała na policji – to się potwierdzało, więc donosiłam pieniądze do inwestowania. 15 kwietnia dostałam wyciąg, że mam na koncie 1782.300 zł.

Tydzień później zadzwoniła do pracownika spółki Bartosza G., który opiekował się jej pieniędzmi, bo właśnie wypełniała PIT i coś tam było niejasne. Miała do niego zaufanie, gdyż godnie reprezentował solidność swojej firmy - zawsze elegancki, w dobrym garniturze od Bossa, pewny siebie człowiek sukcesu. I oto słyszy płaczliwy głos w słuchawce, że prezes zniknął, a on się boi linczu klientów. A co do PIT-u to chyba będzie korygowany, bo dostała z nieprawdziwymi danymi.

- Powiedziałam, że muszę przerwać rozmowę, aby usiąść. Gdy zbiorę myśli, zadzwonię. Ale już się z nim nie kontaktowałam. Przyszłam do CBŚ licząc na to, że D. zostanie szybko złapany, co pozwoli na odzyskanie moich pieniędzy.

 

Xxx

 

Kamil D. po dwóch dniach czajenia się, sam zapukał do prokuratora. Nie miał wyjścia - jeden z jego klientów Janusz Wójcik, były trener piłkarskiej reprezentacji Polski, wówczas poseł Samoobrony, (jedyny, który publicznie przyznał, że stracił na interesach z Interbrokiem), zawiadomił o sytuacji w spółce CBŚ.

D. złożył obszerne zeznanie:

Ma 29 lat, na stałe mieszka w Starachowicach. W czerwcu 1996 roku po zdaniu matury przyjechał do Warszawy, dostał się do Wyższej Szkoły Bankowości. Studia przerwał na drugim roku, po czym zatrudnił się w warszawskiej spółce Zone Equity UTD, która zajmowała się szkoleniami chcących inwestować na rynku forex . Firma miała centralę w Singapurze. D. był dilerem, miał pozyskiwać klientów. W ten sposób poznał 12 prominentnych osób, m. in. przyszłych swoich wspólników Macieja S. i Andrzeja K. W 1998 roku z funduszem 100 tys. zł założyli spółkę jawną Interbrok, częściowo wzorując się na tej singapurskiej. Podpisali umowę z BRE Bankiem jako gwarantem.

- W przybliżeniu mogę powiedzieć, że od 2003 roku do 2006 każdy ze wspólników zarabiał co roku około 3 mln zł – zeznał Kamil D.

W drugiej połowie 2003 roku Maciej S. za wiedzą Kamila D. otworzył dla nich dwóch w BRE Banku indywidualne konta, na których bez wiedzy trzeciego wspólnika Andrzeja K. dokonywali transakcji kupna-sprzedaży walut.

Od 2004 roku zaczęli prowadzić podwójną księgowość.

- Polegało to na tym - wyjaśniał prokuratorowi podejrzany Kamil D. - że inne dane finansowe dotyczące zgromadzonych środków otrzymywali klienci, a inne były odnotowane w księgowości spółki. To był mój pomysł. Wtedy na koncie spółki leżało jeszcze prawie 100 mln zł i Maciej S. naciskał na mnie, aby przeprowadzać coraz więcej transakcji, niekoniecznie z dobrym skutkiem, bo chodzi o obrót, od którego mamy prowizję. I żeby te zyski przekazywać na nasze konta prywatne. Pracowników firmy nie wtajemniczaliśmy.

Technicznie wyglądało to tak, że z chwilą korzystnej, na plusie, sprzedaży waluty prezes informował maklerów w BRE Banku aby księgowali transakcje na koncie prywatnym jego i Macieja S. Natomiast w przypadku ujemnego bilansu pozycjonowano to na rachunku spółki.

Zlecenia klientów były zawierane przez telefon do prezesa spółki. .Bank nie przedstawiał klientom Interbrok żadnych informacji o wpływach i wypłatach na ich rachunkach. Wszystkie statementy sporządzał prezes Kamil D.

- Wprowadzałem ich w błąd – zeznał - bo bałem się, że zabiorą swoje pieniądze i odejdą z Interbroku. Raz już było blisko takiej plajty, gdy na początku działalności firmy poinformowałem klientów o stracie. Ledwo opanowałem panikę.

Jak wynikało z wyjaśnień Daniela D. złożonych w prokuraturze, jego dwaj wspólnicy do połowy 2006 roku nie wiedzieli o wprowadzaniu klientów w błąd. Nie informował ich, że fabrykował nieprawdziwe informacje dla inwestorów. I że gdy spółka straciła gwarancje BRE Banku, sporządził fałszywe.

Na kolejnym przesłuchaniu D. zaprzeczył, że podrabiał gwarancje. Przyznał się tylko do części zarzutów. Twierdził, że do jego obowiązków należała gra na rynku walutowym, a obsługą prawną spółki od początku zajmował się Andrzej K. To, że na koncie spółki brakuje około 500 mln zł jest winą Tomasza S., który zawierał transakcje na rynku forex. I Macieja S., który, gdy nie dał mu zgody na zakup za granicą nieruchomości za zyski z inwestowania pieniędzy klientów, odszedł z firmy. A potem z zemsty, bo chciał wrócić, ale D. się nie zgodził, informował klientów, że spółka plajtuje.

Próbowałem ratować firmę. – zapewniał D. prokuratora – to by się udało, bo nadal zgłaszali się możni klienci, ale, niestety, byli już uprzedzani przez S. o dużych stratach.

Drugi wspólnik prezesa Interbroku Maciej S. też początkowo ukrywał się przed policją (żona twierdziła, że nie wie, gdzie mąż przebywa). Po zatrzymaniu, nie przyznał się do zarzutu „zaniechania jakichkolwiek działań w zakresie realizacji zadań spółki oraz rzetelnego prowadzenia jej spraw”. Twierdził, że wszystko było w rękach prezesa. To Emil D. nie zgadzał się na utworzenie każdemu klientowi oddzielnego subkonta na rachunku bankowym, w związku z czym nie można było ustalić rzeczywistej wysokości depozytu. To prezes odstąpił od prowadzenia ksiąg rachunkowych, jak też informowania klientów o prawdziwym stanie ich konta. Raporty miesięczne z transakcji forex inwestorzy dostawali sfałszowane, - niezmiennie wykazywały zyski. S. twierdził, że długo nie miał o tym pojęcia.

A oszustwa uchodziły Emilowi D. bezkarnie tak długo, bo miał w kręgach bankowych dobrą opinię. Prezes rady nadzorczej BRE Banku nazywał go cudownym dzieckiem bańkowości Europy Wschodniej.

W październiku 2006 roku księgowa powiedziała Maciejowi S., że mają na koncie 70 mln zł. Ucieszył się, bo we własnych statementach miał wypisane ze dysponuje 8 mln zł. W pół roku później 18 kwietnia 2007 roku zadzwonił do niego Andrzej K. proponując aby się spotkali, bo „Emil przegrał pieniądze a księgowa jest kompletną idiotką”.

Wtedy – zeznał Maciej S. – podjąłem decyzję o wyciągnięciu ze spółki jak najwięcej pieniędzy i ostatecznym rozstaniu się z tym interesem.

Maciej S. został również oskarżony o to, że wspólnie z Emilem D. i Andrzejem K. prowadził działalność w zakresie obrotów maklerskich bez zezwolenia Komisji Papierów Wartościowych i Giełdy a następnie Komisji Nadzoru Finansowego.

Nie przyznał się do popełnienia przestępstwa Andrzej K. W prokuraturze twierdził, że o nietrafionych inwestycjach na forexie dowiedział się od Emila D. pod koniec października 2006 roku.

Wtedy stracił 55 mln zł. i był już tak nieufny (zwłaszcza, że niespodziewanie, bez słowa wyjaśnienia odszedł ze spółki Maciej S.), zażądał od prezesa całej prawdy. Wtedy dowiedział się, że Emil D. mają z Maćkiem S. subkonta ze zdeponowanymi własnymi funduszami, którymi grali na rynku forex poprzez Interbrok. K. uznał, ze to niedopuszczalne, wbrew interesom klientów. Ale tę wiedzę póki co, zachował dla siebie.

 

Xxx

 

Wspólnicy Interbroku siedzieli w areszcie, a śledczy przesłuchiwali pracowników niższego szczebla usiłując poznać mechanizm oszustw.

Naganianiem klientów od chwili powstania spółki zajmował się m. in. 34-letni Bartosz G. po licencjackich studiach ekonomicznych. Z Danielem D znał się z liceum, razem przyjechali do Warszawy. G. zawierał umowy inwestorami, ale nie pamiętał, aby brał od nich gotówkę. To należało do prezesa.

Tradycyjnymi metodami, jak choćby przez telemarketing nie pozyskał ani jednego klienta. Ale wiedza o firmie rozchodziła się pocztą pantoflową. Wystarczyło mieć kilku WIP-ów w rejestrze i te nazwiska działały jak magnes. Ostatecznie dorobili się 900 inwestorów. To była wysoka półka, bo minimalna stawka pierwszego wkładu wynosiła 100 tys. zł. Raz w miesiącu wysyłano do nich statementy.

Bartosz G. twierdził w śledztwie, że choć znał się z prezesem od czasów szkolnych, Emil D. nie wtajemniczał go w sposób działania spółki. On był tylko pośrednikiem, doprowadzał klienta do gabinetu prezesa i zamykał za nim drzwi. Nie brał udziału w tworzeniu statementów. Nic nie wiedział o podwójnej księgowości w firmie, nie kojarzył wśród klientów osoby p. Sz., przewodniczącego rady nadzorczej BRE Banku. Sam zainwestował w Interbroku 80 tys. zł. i osiągnął zyski, ale przecież pracował uczciwie.

Dlatego był przerażony, gdy klienci, którzy stracili swoje pieniądze podjeżdżali pod jego dom z wyzwiskami. Musiał wywieźć w bezpieczne miejsce żonę i dzieci.

Ostatnie pytanie prokuratora: - Nie dziwiło pana, z zawodu ekonomistę, że z transakcji forem są wyłącznie zyski?

- Nie.

Dilerem został również Marcin J. Potwierdził śledczym, że większość klientów przychodziła z polecenia innych osób. W umowach nie była ujęta kwota związana z ryzykiem inwestycji.

- Praktycznie wyglądało to tak - zeznał - że klient pytał, ile może stracić a wtedy ja mu oznajmiałem, że prezes ma duże doświadczenie i ryzyko nie istnieje. W przypadku bardo nieufnych osób podpisywalismy aneksy do umowy z których wynikało, że zabezpieczenie dotyczy maksymalnych strat miesięcznych do 10 proc. od kwoty depozytu. Ten procent był rzekomo określony na podstawie umowy między Interbrok a BRE Bankiem, ale ja takiego dokumentu nigdy nie widziałem. Mydliłem oczy inwestorom. Dlatego, gdy firma przestała być złotą kurą, postanowiłem szybko się z niej ewakuować.

Naganiaczy (oficjalne stanowisko: specjalista od marketingu) uczył techniki łowienia klientów sam prezes Daniel D. Między innymi takie nauki pobierał Grzegorz J. Również on zeznał, że nie miał pojęcia o sytuacji finansowej spółki. Nie pamiętał ani jednego miesiąca, który by według statementów sporządzanych przez prezesa zakończył się stratą. Nie, nie wydawało mu się to dziwne. Wiedział, że niektórzy klienci mają bardzo wysokie stanowiska, więc myślał, że oni wiedzą, jaka jest prawda.

Od inwestowania na rynku walut był w Interbroku Tomasz S. Znali się z Kamilem D. ze studiów, które obaj przerwali po pierwszym roku, a następnie pracy w Zone Inwesment. Transakcjami na rynku forex 30-letni S. zajmował się w Interbroku od 2004 roku. Jak zeznał w śledztwie, zdarzało się, że zawierał zyskowne inwestycje, które przez noc tracił. Gdy deficyt w spółce sięgnął miliona dolarów namawiał Emila D, aby się wycofał. Ale prezes chciał, aby odrobili straty. Więc grał dalej. W listopadzie 2004 mieli już na minusie 20 milionów dolarów. D. nadal wierzył, że wkrótce zła karta się odwróci. On jednak nie wytrzymał tego napięcia, już był pewien, że „rynek forex to głęboka kaszana” i kilka tygodni później złożył wymówienie. Nie obeszło się bez awantury - prezes wykrzyczał mu, że jest nieudacznikiem, o mało co nie doprowadził spółki do całkowitej plajty.

Od przelewania rozliczeń dla klientów był Robert A. Z tytułem analityka finansowego, wykształcenie średnie.

- Sporządzając statementy – zeznał w śledztwie - opierałem się na tym, co mówił D. Nigdy nie zaglądałem do danych firmy. Wierzyłem prezesowi, że nie mieliśmy strat. Na początku kwietnia 2007 Daniel i pan Andrzej K. poprosili mnie oraz Bartosza G. do gabinetu – wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy, że firma ma zawirowanie w płynności finansowej. Ale wiceprezes K. kazał informować klientów, że zlecenia wypłat poniżej 50 tys. zł będą sukcesywnie realizowane. Natomiast te powyżej, są wstrzymane na 2-3 miesiące. Już dwa dni później okazało się, że nawet przy takich obostrzeniach nie jesteśmy wypłacalni.

Niewiele wniosło do akt prokuratorskich przesłuchanie księgowej Iwony G. Twierdziła, że nie wyliczała prowizji, bo dostawała od prezesa już gotowe zestawienia. Nie weryfikowała tych danych, gdyż miała zaufanie do Daniela D. Nie wiedziała, że wspólnicy spółki są jednocześnie jej klientami i dwóch z nich ma osobne konta w BRE Banku.

Takie informacje nie dotarły również do kasjerki w Interbroku.

- Do moich obowiązków – zeznała - należało przyjmowanie pieniędzy od klienta. A także wypłaty uposażeń. Wiceprezesowi Maciejowi S. wypłacałam przez pewien czas miesięcznie od 100-600 tys. zł, to było w okresie, gdy budował dom. Normalnie prezesi brali około 30 tys. miesięcznie, a ile sami sobie przelewali, to nie wiem. Nie pamiętam takiej sytuacji, aby któryś z prezesów wpłacał coś do kasy. Nie miałam nic wspólnego z przelewami dla klientów. Do tego trzeba było znać hasło, którym dysponował tylko prezes D.

 

Xxx

 

Czy w BRE Banku, który udzielił spółce gwarancji i z tego powodu miał obowiązek monitować jej finansowe decyzje wiedziano, co się dzieje w Interbroku?

Agnieszka G. była z ramienia tej instytucji opiekunem spółki. Jej przełożona nie orientowała się, że G. jest jednocześnie klientem Interbroku. Pod koniec listopada 2006 roku G. spotkała się na lunchu z prezesem D. Pożalił się jej, że Maciej S. nie jest już wspólnikiem; odszedł (dokładniej powiedział – „uciekł”) z Interbroku, gdy dowiedział się że do płynności finansowej brakuje im 50 mln zł.

Uznała, że powinna poinformować o tym swych przełożonych. (Gwarancje banku były wówczas na poziomie 19 mln zł.)Wtedy dyrektor banku wysłał do spółki prośbę, aby pokazali, jakie ostatnio klienci otrzymali statementy. Jednak do tego nie doszło. Agnieszka B. kilkakrotnie umawiała spotkanie obu prezesów. D. ciągle odkładał termin. A to przeciągało się przygotowanie raportu, to nagle zachorował - i tak termin przedłużenia gwarancji dobiegł końca. Później już bank się tym nie interesował.

Klienci Interbroku nie mieli o tym pojęcia – gdy w kwietniu 2007 r. przyszli do banku, aby w ramach gwarancji odzyskać swoje pieniądze, dowiadywali się, że takowe są od kilku miesięcy nieaktualne.

Andrzej K. na kilka dni przed zatrzymaniem przyniósł do BRE Banku kserokopie dokumentu spółki, uwierzytelniającego liczbę i rodzaj transakcji na rynku walutowym. Jarosław B. specjalista od instrumentów finansowych powiedział mu, że dane znajdujące się na tym zaświadczeniu nie są prawdziwe, a sam dokument podrobiony Również gwarancje banku były sfałszowane.

- Pamiętam – zeznał w śledztwie - że różnica między stanem rzeczywistym konta spółki a uwidocznionym w przyniesionych dokumentach okazała się znacząca. Na przykład na rachunkach Interbroku kwota zabezpieczona przez nasz bank to było ponad 72 mln złotych, gdy w rzeczywistości chodziło o 2 miliony.

W styczniu 2007 roku alarmujące sygnały dotarły również do Komisji Nadzoru Finansowego.

Jeden z zaniepokojonych klientów Interbroku, który nie mógł doczekać się wypłaty swoich pieniędzy, przekazał kopię zawartej nim umowy na inwestowanie na rynku forex. Z dokumentu wynikało, że spółka prowadzi działalność maklerską pod postacią zlecenia dotyczącego walut i zarządza nimi nie pytając klienta o zgodę.

- Zachodziło podejrzenie - zeznał w śledztwie Marcin P. pracownik KNF - że spółka nie miała zezwolenia Komisji. Rynek forex to rynek instrumentów finansowych. Pod rządami poprzedniej ustawy tego typu działalność wymagała zgody Komisji Papierów Wartościowych i Giełdy. Dopiero od maja 2004, czyli od wejścia Polski do UE, takie zezwolenie nie było wymagane. Została więc zawiadomiona prokuratura.

Nazwa spółki znalazła się w ostrzeżeniach publicznych na stronie internetowej KNF.

 

Xxx

 

Po roku śledztwa, w lipcu 2008 roku akt oskarżenia przeciwko trzem wspólnikom Interbroku: Emilowi D., Andrzejowi K. i Maciejowi S. wpłynął do sądu.

Prezesowi prokurator zarzucił wyrządzenie szkody na 237.231.985. zł – tyle wynosiła różnica pomiędzy wpłatą a wypłatą inwestorów, pomniejszona o prowizje.

W uzasadnieniu stwierdzono, że część klientów Interbroku oddając swe pieniądze na forex uzyskała znaczne dochody i być może ci beneficjenci nie mieli świadomości, że w rzeczywistości pieniądze nie pochodzą z transakcji walutowych, ale zostały zabrane innym klientom. Faktycznie bowiem od chwili powstania, spółka ponosiła na transakcjach forex straty, obliczone pod koniec na 65.735.633 ,06 zł. Nie był to jeszcze pełny deficyt, gdy biegli nie mieli kompletnej i wiarygodnej dokumentacji. W PiT-ach, które klienci dostawali do urzędu skarbowego – ich dane finansowe były „z sufitu”.

Wiceprezes Andrzej K. został oskarżony o to, że jako wspólnik spółki „nie dopełnił obowiązku czuwania nad prawidłowym ewidencjonowaniem i rozliczaniem wpłat i wypłat klientom z transakcji forex. Lekkomyślnie pozostawił to prezesowi Emilowi D. co doprowadziło do poważnych nadużyć.”

Podobny zarzut otrzymał Maciej S.

Adwokaci walczyli o zwolnienie oskarżonych z aresztu za kaucją, bo ich klienci współpracują z prokuraturą. Po upływie pewnego czasu wnioski zostały uwzględnione..

Poszkodowani wnieśli o naprawę szkody. W większości przypadków roszczenia dotyczyły kwot powyżej miliona złotych

Na pierwszej rozprawie sala sądowa pękała w szwach, bo stawiło się kilkuset poszkodowanych. (Zawiadomienie o rozprawie pojawiło się w ogłoszeniu w „Rzeczpospolitej”) Ale nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami. Unikali też ich kamer i aparatów fotograficznych. Jakby obawiali pytań, skąd u osób wykształconych, obeznanych w robieniu pieniędzy (na początek trzeba było mieć co najmniej 100 tys. zł wkładu) wiara, że można bez ryzyka pomnażać operacjami na giełdzie majątek z zyskiem 30 proc. rocznie. Przecież musieli słyszeć o piramidzie finansowej Grobelnego, czy systemie argentyńskim współfinansowania operacji pożyczek.

Poszkodowani nie wzbudzali u obserwatorów procesu szczególnego współczucia. Już się rozniosło na mieście, że wśród występujących o naprawienie szkody byli tacy, którzy zarobili znacznie więcej niż włożyli.

Daniel D. stawił się na rozprawę w tandetnym polo i wytartych dżinsach.. Na pytanie o miejsce pracy odpowiedział, że aktualnie jest bezrobotny, na utrzymaniu rodziców-emerytów i siostry. Na utrzymaniu – tym razem żony - pozostaje Maciej S.

Trzeci oskarżony Andrzej K. podał, że zarabia w pewnej spółce tysiąc złotych.

Przed sądem były prezes Interbroku przyznał się do części zarzutów. Przede wszystkim do tego, że wprowadził klientów w błąd co do wysokości osiąganych zysków. Owszem, fałszował dane w PiT- ach klientów. Nie zgodził się natomiast z prokuratorem, że miał obowiązek prowadzić dla każdego klienta subkonto. O „wygenerowanie” strat spółki obciążał głównie Tomasza S., który zajmował się w spółce inwestowaniem na rynku walut. (S. nie miał postawionych zarzutów).

- Nie informowałem mego wspólnika Macieja S. – wyjaśnił Daniel D. na pytanie sędzi - o stracie na transakcjach, bo praktycznie nie miało to dla niego znaczenia, prowizja dla zarządu była liczona od obrotów. Te pieniądze przekazywałem na różne konta, możliwe, że również na wspólne dla mnie i Macieja S. Nie jestem w stanie wyjaśnić, jak to się stało, że w spółce były cztery różne pliki dotyczące wyliczeń z prowizji. I dlaczego w pierwszym roku działania spółki mimo, że nie było żadnego zysku, klienci otrzymali zwrot depozytów w kwocie większej niż wpłacili.

Zdaniem oskarżonego prezesa, Andrzej K. od jesieni 2006 r. wiedział o tej praktyce. Ale nie reagował.

- To, co się wtedy działo, było jak gaszenie pożaru, czyli wypłacanie klientom pieniędzy na żądanie, zastanawialiśmy się tylko, komu i ile. Jeśli chodzi o depozyty, to pod koniec 2006 roku brakowało około 200 mln zł.

Daniel D. nie zgodził się z zarzutem prowadzenia podwójnej księgowości, gdyż jak twierdził, on w ogóle się tym nie zajmował. Od tego miał księgową Iwonę G., która wiedziała o stracie. Nie rozumie, dlaczego powiedziała wspólnikom, że deficyt jest znacznie mniejszy, niż faktycznie.

Daniel D. przyznał się fałszowania gwarancji BRE Banku, choć jego zdaniem została nieprawidłowo przyjęta kwalifikacja prawna w tym zarzucie. Wyjaśnił, że wspólnik Andrzej K. nie wiedział o jego poczynaniach w tej mierze.

- Niespełna miesiąc przed głośną plajtą – twierdził oskarżony prezes - przekazałem Andrzejowi K. dokumenty, obrazujące stan kont inwestorów. Zamieszczone tam dane nie były nieprawdziwe. Zrobiłem to, aby informacja, że mamy jeszcze pieniądze przedostała się do ludzi i chociaż na krótko ich uspokoiła. Podrobiłem dokumenty, że niby miały pochodzić z BRE Banku. Moim zdaniem Andrzej K. zorientował się, że jest to sfabrykowane i chciał zawiadomić prokuraturę.

Oskarżony kwestionował listę wierzytelności sporządzoną przez syndyka. - „Ja to sprawdzałem wyrywkowo, niektórzy teraz uznani za pokrzywdzonych według moich wyliczeń wybrali więcej niż włożyli”.

Obciążał też BRE Bank za brak reakcji na nieprawidłowości w Interbroku. Sugerował, że mogło się to wiązać z tym, że klientem spółki był ówczesny przewodniczący rady nadzorczej banku Krzysztof Sz. a ponadto w tej radzie zasiadał Andrzej K.

- Obliczam – dodał Daniel D. - że BRE Bank zarobił dzięki spółce 70-100 mln zł.

Pozostali dwaj wspólnicy powtórzyli przed sądem to, co mówili w śledztwie – są niewinni. Nie uczestniczyli w oszustwach finansowych.

Maciej S. gdy dowiedział się o złej sytuacji spółki natychmiast postanowił z niej wystąpić. Jedyne co go interesowało, to wyciągnięcie pieniędzy. Napisał do prezesa, że należy mi się około 20 mln. Wspólnicy obliczyli, że dostanie jedną trzecią tego.

Andrzej K. też zaufał Emilowi D. Na początku działalności spółki, w latach 1999-2000 mieli inspekcję z Urzędu Kontroli Skarbowej; siedziała pół roku i wydała spółce bardzo dobrą opinię.

- Dziś wiem - wyjaśnił w sądzie oskarżony Andrzej K - że już wtedy były nieprawidłowości, pierwszy rok działania na rynku forex zakończył się 4 milionami strat. Ale ani księgowa ani my dwaj wspólnicy o tym nie wiedzieliśmy, Emil D. wszystko ukrywał, kombinował na własną rękę. Gdybym znał prawdę, może udałoby się spółkę uratować. Zawsze mówiłem, że najważniejszy jest klient, potem zapłacenie podatków, na końcu nasz zysk. Emil jeszcze pod koniec lutego 2007 roku zapewnił mnie, że pieniądze w spółce są, co najmniej 50 mln zł gwarancji i 226 mln zabezpieczone przy transakcjach forex. Dał mi kilka pism rzekomo z BRE Banku, tak świetnie podrobione, że wyglądały na prawdziwe; ze statementów wynikało, że w lutym 2007 powinniśmy dysponować około 300 mln zł. Ale mnie coś tknęło. Zorientowałem się, że księgowa nie ma kwalifikacji - to wszystko, co należało do jej obowiązków, nawet wystawianie PIT-ów, robił Emil. D. Według swego precyzyjnego, tajnego planu działania.

K. poprosił prezesa, aby udostępnił mu hasło do komputera, sprawdzi finanse konto. Nie dostał. Wtedy poszedł do BRE Banku z papierami od prezesa, a tam zdziwienie, bo nic takiego nie wystawiali. Dowiedział się, że na koncie firmy jest 1,8 mln zł. Poprosił, aby dali mu 24 godziny, nim zawiadomią prokuraturę.

 

Xxx

 

Ostrożne wyjaśnienia oskarżonych niewiele odsłoniły z codziennego życia spółki - piramidy. Przed sądem wspólnicy ważyli każde słowo, aby budowany przez nich mit orłów giełdy do końca się nie skompromitował.

Wzywani na rozprawę świadkowie - w większości byli pracownicy Interbroku nie żywili tych obaw. Do nich nikt nie miał pretensji.

Młodzieżowo ubrana, w nader krótkiej spódnicy kasjerka (a równocześnie ktoś w rodzaju sekretarki szefa spółki) zeznała, że prezes to najbardziej lubił, gdy klienci przynosili pieniądze w reklamówce i mógł je schować do szuflady biurka.

Na pytania prokuratora, co się potem działo z tą gotówką, odpowiedziała wzruszeniem ramion: - Nie wiem, to już należało do pana Kamila.

Sędzia - Czy wspólnicy pobierali te pieniądze dla siebie?

- Tak, bo mieli też swoje konto.

- Czy pani wiedziała, na czym polegała transakcja forex?

- Nie interesowałam się tym.

- W jaki sposób spółka dokumentowała wyniki transakcji walutowych?

- Czasem przekazywałam statement klientowi. Dostawałam od prezesa, ale nie wiedziałam, kto to tworzył, i jakie były wyliczenia.

Świadek nie orientowała się, czy księgowa rozliczała każdego klienta indywidualnie. W ogóle o sprawach finansowych spółki nie miała pojęcia i wcale tego nie ukrywała. Odetchnęła z ulgą, gdy sędzia przeszła do łatwiejszych pytań.

–Czy wszyscy wspólnicy byli codziennie w spółce?

- Każdego dnia przychodził tylko prezes. Pan Andrzej K. pojawiał się ze dwa razy w miesiącu. Pan Maciej S. różnie, czasem codziennie, czasem 2-3 razy w tygodniu.

- Czym zajmował się Maciej S., gdy był w spółce?

- Tak naprawdę to nie wiem.

A wiceprezes Andrzej K.?

- Czasem przyprowadzał klientów, ale tylko tyle widziałam, bo prezesi zamykali się w swoich pokojach. Nie wiem, czy był jakiś wewnętrzny podział obowiązków.

Niewiedza wezwanych na świadków pracowników Interbroku na jakiej zasadzie funkcjonowała spółka budziła podejrzenia, że jest to jakaś gra przed sądem. Bo czy to możliwe, aby świadek (Bartosz G.) wyznaczony do kontaktów z inwestorami i robienia transakcji transferowych nie miał pojęcia, jak były naliczane zyski? Nie słyszał o arkuszu kalkulacyjnym?

Sąd: - Czy to oznacza, że pan się na tym nie znał?

- Nie, dlaczego? – zdziwił się świadek - zostałem przecież zgłoszony jako osoba, która może składać zlecenia na forex.

- Skąd miał pan wiedzę o funkcjonowaniu tego rynku? .

- Skończyłem liceum ekonomiczne. Emil zaproponował mi, abym robił analizy transakcji.

- Jak pan sprawdzał, czy przynosiły zyski lub straty?

- Sam sobie wyliczałem, ponieważ nie miałem dostępu do wyników transakcji, które zawarłem.

- Czy należy rozumieć, że świadek przez dwa lata nie zajrzał do dokumentów, w których można było sprawdzić wyniki zleceń giełdowych?

- Nie wiem, gdzie to można było znaleźć. Ja nie miałem dostępu do wyciągów bankowych.

- Kto w spółce miał takie uprawnienia?

- Prezesi. Ja dostawałem informacje od Emila, czy moja transakcja się powiodła, ale o kwocie nie mówił. Zawsze wychodziło, że był zysk.

- Pan miał swoje konto klienckie?,

- Tak, namówiłem też babcię, brata.

- Czy oni stracili?

- Nie, bo zrobiliśmy wypłaty na początku 2007 roku, było zaplanowane kupno nieruchomości.

(Z ław, gdzie siedzą poszkodowani niesie głośny śmiech.)

Sąd drąży dalej: - Czy pan pamięta, ile pan włożył?

- 50 tys. zł

A ile pan zyskał?

Nie jestem w stanie powiedzieć.

- Czy coś pan wie na temat gwarancji bankowych?

- Pokazywałem klientom ksero takich gwarancji, gdy żądali wypłaty ich pieniędzy. Ale oryginału nigdy nie widziałem.

- A kto w spółce zajmował się gwarancjami bankowymi?

- Prezes.

- Czy pan wie, że Emil D. został uprowadzony?

- Ja tego dnia niczego nie zauważyłem.

Publiczność na procesie zamieniła się w słuch, gdy na salę wszedł Krzysztof Sz. Lat 77 z zawodu ekonomista, były członek władz BRE Banku, przewodniczący a następnie członek rady nadzorczej banku do 2007 roku. Sz. był klientem Interbroku od 2003 roku, do spółki został wprowadzony przez Andrzeja K.

- Inwestując pieniądze nie sprawdzałem kondycji finansowej spółki. – zeznał. - Wpłacałem i wypłacałem, generalnie zarobiłem. W latach 2005-06 przyrost zysku rocznego był około 30 proc. Nie znałem osoby z BRE Banku, która była bezpośrednim opiekunem spółki.

- Czy z racji funkcji, jaka pan pełnił w banku nie miał pan wglądu do finansowych dokumentów Interbroku? –zdziwiła się sędzia.

- Kiedyś przypadkiem zapytałem o to jednego z dyrektorów. Zapewnił, że spółka ma pieniądze na koncie, co zresztą sam stwierdzałem, bo wypłacała mi pieniądze.

- Ale czy pytał pan o wyniki transakcji na forex?

- Nie badałem efektywności pod tym względem.

- Czy pan zachęcał znajomych do inwestowania za pośrednictwem Interbroku?

- Myślę, że tak. To może nie była rekomendacja, ale mówiłem, że jestem klientem tej spółki.

- Czy pan wiedział, że na taką działalność potrzebne jest zezwolenie Komisji Papierów Wartościowych?.

- Tego typu wymóg może pojawił się w 2006 roku, ale na pewno nie w 2003.

- Czy pytał pan o wyniki transakcji?.

- Dosyć często Andrzeja K., interesowało mnie, ile zarobię w następnym miesiącu, on odpowiadał, że dobrze. Osobiście wpłaciłem 300 tys. zł. Na początku 2007 r, wypłaciłem, bo chciałem kupić dom ale zrezygnowałem, z inwestycji. Obecnie mam na koncie ponad 5 milionów złotych.

- Czy dostał pan informację, że z pieniędzmi dzieje się coś złego?

- Nie, dowiedziałem się o tym dopiero w kwietniu 2007 roku, gdy klienci zebrali się pod siedzibą spółki.

Adwokat Emila D.: - Jaką opinią cieszył się oskarżony?

- Miał dobre wykształcenie z zakresu inwestycji walutowych, pracował dla firmy z Sajgonu w Warszawie. Ja uważałem że to orzeł giełdy. Ale nie miałem informacji, jakie wyniki osiągał w firmie. O tym, że D. miał tak świetne wyniki w spółce sajgońskiej mogłem wiedzieć od jego wspólników, może od kogoś z banku.

Na pewno takie opinie przedstawiałem w rozmowie z różnymi osobami. Żałuję, że moje informacje mogły przynieść im szkodę.

- Czy BRE Bank zarobił na Interbroku?.

- Tak.

Aktualną sytuację spółki przedstawił zajmujący się jej majątkiem syndyk. Stwierdził, że jedynym przedmiotem działalności Interbroku było inwestowanie pieniędzy klientów na rynku forex w latach 1999 - 2007. Spółka nie naruszała własnych środków. Całymi latami dochodziło do strat, jedynie tylko w roku 2002 był minimalny zysk. Nie da się określić skali zabezpieczeń pieniędzy klientów gwarancjami BRE Banku.

W dokumentacji spółki nie ma wystąpienia do Komisji Nadzoru Finansowego o jakkolwiek licencje na prowadzenie działalności maklerskiej. Nie ma też śladu, aby organy nadzoru finansowego interesowały się spółką.

Choć kasa firmy została wyczyszczona niemal do dna (zostało w niej niecałe 2 mln zł), to jednak ze względu na to, że Interbrok był spółką jawną — wspólnicy odpowiadają za jej długi. Wierzytelności uznane opiewają na prawie 300 mln zł, ale cały czas wpływają nowe zgłoszenia.

Xxx

 

Najbardziej aktywni inwestorzy, np. przedsiębiorcy, zatrudnieni w zagranicznych korporacjach menedżerów, przedstawicieli wolnych zawodów, prawnicy, finansiści, wykładowcy akademiccy, założyli Stowarzyszenie Osób Poszkodowanych. Na spotkanie przyszło prawie 150 osób.

Ich reprezentant prawnik Lechosław D. powiedział w sądzie, że po ogłoszeniu plajty Interbroku jeden z klientów chciał popełnić samobójstwo.

Lechosław D. zeznał, że miał wiele zastrzeżeń natury prawnej do umowy, jaką zawarł z z Interbrokiem, ale uspokajał go przyjaciel, który był klientem spółki od 1999 (to on wciągnął go do systemu zapewniając że jest świetny „dil” do zrobienia) i w międzyczasie wypłacił sobie duże pieniądze.

Sędzia musiała wysłuchać wielu opowieści poszkodowanych inwestorów. W swej treści przedstawiały życiowe tragedie, ale dramatyzm tych zeznań rozśmieszał oskarżonych. Daniel D. wyglądał na zdumionego, słysząc te jeremiady. Dał do zrozumienia, że to była świadoma gra inwestorów. Przecież nikt na zdrowy rozum nie wierzy, że rok w rok mogło „na bank” przybywać na kontach inwestorów giełdowych aż 30 procent.

Również oburzenie inwestorów, że spółka nie miała licencji, wydało się oskarżonemu nieszczere. Podejrzewał, że niektórym klientom takie funkcjonowanie poza systemem oficjalnej kontroli i nadzoru finansowego mogło być na rękę – nie musieli się bowiem tłumaczyć, skąd mieli tak duże pieniądze na początek giełdowej gry.

Poszkodowani byli jednak głusi na takie aluzje. Wielu żądali w pozwie nie tylko kwoty, którą według swoich wyliczeń utracili, ale również dodatkowej, tytułem utraconych korzyści.

Niemal wszyscy kwestionowali wyliczenia syndyka jako bardzo zaniżone, lub wręcz niesprawiedliwie. Wszak inaczej umawiali się z prezesem.

Oto przykłady tego rodzaju roszczeń: Andrzej M. automobilista, umowę ze spółką zawarł w lipcu 2002 – wtedy w trzech ratach wpłacił 250 tys. W statemencie z końca marca 2007 roku miał napisane, że pobrał ze swego depozytu 300 tys. zł. Jako klient Interbroku zgłosił swoje wierzytelności w postępowaniu upadłościowym, ale nie dostał pieniędzy. Argument syndyka był taki, że suma kwot, które wpłacił, była niższa od sumy wypłaconej. M. swoje straty określił na 3.155.000 złotych, plus 150 tys. dolarów. Co do kwoty w obcej walucie nie mógł okazać pokwitowania, bo ufał Emilowi D. tak dalece, że nie naciskał, aby taki dokument zostali wystawiony.

Inny świadek, artysta estradowy: wpłacił 415 tys. zł; od syndyka otrzymał 6 tys. zł.

Kolejny zgłaszający roszczenie z listy 566 poszkodowanych był przekonany, że miał na koncie 435 tys. zł, a syndyk twierdził, że 299 tys. zł.

 

xxx

Sąd Okręgowy w Warszawie uznał Emila D. winnym wyrządzenia szkody inwestorom w spółce na sumę 261.118.446 zł. (O prawie 30 mln zł. więcej, niż w akcie oskarżenia). Utrzymały się też kolejne zarzuty: o prowadzeniu jawnej spółki bez zezwolenia, podrobieniu dla 400 osób bankowych dokumentów w postaci gwarancji dobrego wykonania umowy, poświadczenia nieprawdy w PIT-ach dla Urzędu Skarbowego.

Emil D. został skazany na 8 lat więzienia. Ma też oskarżenie z urzędu skarbowego. Pozostali wspólnicy spółki dostali takie same wyroki: 3 lata i 6 miesięcy odosobnienia w celi.

Ponadto sąd zarządził od wszystkich trzech oskarżonych solidarnie tytułem naprawienia szkody zwrot poszczególnych wierzytelności. Były one różnie wycenione - od 60 tys. zł do kilku milionów. W pozwach klienci Interbroku zgłosili ż 600 mln zł wierzytelności.

Wyrok nie jest prawomocny.